Dowiemy się tym razem, skąd brali Rusowie nowogrodzcy drzewo na swoje potężne dłubanki, których rozmiarów nawet nie podejrzewamy – szerokie nawet na 4 metry! I dowiemy się, co ich ciągnęło na arabskie południe…
Tu muszę wprowadzić pewien bardzo istotny kontrapunkt mojej dotychczasowej narracji: nie można przypisywać Rusom bardzo jeszcze skandynawskim, jeszcze nie zeslawizowanym, choć mówiących językiem Słowian (bo jakby się z nimi porozumiał tłumacz, nie znający staro-nordyckiego?), wyłącznej dominacji na szlaku wołżańskim. Słowienie nowogrodzcy, zowiący się Rusami, handlowali bronią swojej produkcji nader wcześnie, a nie tylko na szlaku wołżańskim.
[border width=”2″ color=”#dd3333″]Tekst podzielony na strony, numery stron poniżej są aktywnymi odnośnikami.[/border]Wiedza naszych arabistów pozwala mi skorygować błędne datowania z pierwszej mojej książki o Nowogrodzie Wielkim: autor najwcześniejszego dzieła geograficznego w kulturze arabskiej, istny omnibus nauki i sztuki, ibn Churdadhbih, pierwszą wersję swojej „Księgi szlaków i królestw”, z mnóstwem rzeczowych informacji o szlakach handlowych, o władcach, z którymi się kupiec zetknie, napisał około roku 846, wplatając w tekst anegdoty i zabawne opowieści; przerobił ją w roku 885. I to od niego wiemy o kupcach „ruskich”, ale, podkreślmy, z „plemienia Słowian”, którzy przywożą skóry wydr i lisów oraz miecze „z najdalszych krańców Slawonii” – cytuję za rosyjskim archeologiem i historykiem metalurgii, Borysem Kołczinem – nad morze Rumejskie (Rzymskie). Wedle Kołczina było to morze Egejskie, ale znając zasięg posiadłości arabskich, które objęły już większość Sycylii, i Kretę, wnioskuję, że chodzi o tę część morza Śródziemnego… Tak czy inaczej, możemy dzięki aż podwójnej wskazówce lokować tych słowieńskich już Rusów i tym bardziej podziwiać ich zmysł ekspansji. Nie tylko na szlaku kaspijskim. Także na szlaku czarnomorskim. Znacznie wcześniej, niż do tej pory sądziliśmy: w roku 860 najechali Carogród, i to w zemście za krzywdy rodaków – najpewniej kupców…


Jak zwykle super opowieść.
Pytanie: dlaczego w tych etymologicznych wywodach pomija się „valdheim” jako „leśną siedzibę”? Języki Skandynawów należą do rodziny germańskiej, a słowo „wald” narzuca się samo w pierwszej chwili.
Kult drzew znany był w całej północnej Europie i trwał niemal po dzień dzisiejszy. Ale też lasy północne to było co innego, niż „krzaczki” nad Morzem Śródziemnym. Tu się trafiały okazy budzące podziw ogromem, rozrosłymi korzeniami działające na wyobraźnię.
Co do dóbr oferowanych przez Słowiańszczyznę, nie należy zapominać o czerwiu, bardzo cennym towarze. Ponoć dzięki niemu mamy czerwiec.
@JŁ: Masz oczywiście rację. U nasz pod Grunwaldem to były lasy że hej! Ale nie lekceważ jednak tych mikrusów znad śródziemnego, czyli tych cedrów libańskich, cośmy zbudowali z nich tyle okrętów i świątynię króla Salomona. Albo tych starych oliwek, co zajmują niejeden rynek greckich miast. Natomiast co do tych etymologii, nieraz się już naciąłem na pozornie oczywistych, więc ostrożność i doświadczenie radzą ufać Bratkowskiemu,
Toć wiem, że pozory mylą. Dlatego niczego nie twierdzę, a tylko pytam, bo fonetycznie to się samo narzuca. Zaufanie do autorów to ja mam z definicji ograniczone, bo tak każe metodologia, dlatego lubię każdy szczegół wyjaśnić, nawet taki drobny tym bardziej, że tu piszemy „bez aparatu”.
Jeśli chodzi o cedry i inne drzewa na Bliskim Wschodzie, to oczywiście, że i tam się trafiały okazy. Ostatecznie Abraham i jego współwyznawcy stawiali paleniska ofiarne w pobliżu drzew. Dopiero za Mojżesza to się zmieniło.
Jednak drzew w takiej obfitości i rozmiarach nie było tam nigdy. Rzymianie opowiadali sobie legendy – horrory o lasach w Germanii (a do niej zaliczali też Słowiańszczyznę).
Dwa miesiące temu zasadziłem w moim przydomowym, osiedlowym ogródku potwora – mamutowca. Na pohybel mojej administracji osiedla, co uważa, że my zrobiliśmy z naszego ogródka „busz”.(czarna sosna, daglezja, wejmutka, sosna Banksa, kilka cisów, poszycie dna lasu, czyli barwinek, kopytnik, czosnek niedźwiedzi i wszystko co jest.
Ten potwór posadzony w mojej drugiej siedzibie, na południowym zachodzie, w „Albert Schweitzer Anlage” Darmsztatu, 120 lat temu przez dziadka tego ogrodnika, co kupiłem od niego za całe 80 Euro, wyrósł tam już na przeszło 30m, a kiedyś będzie jak w tym Yosemite National, czy innym Yellowstone (zawsze mi się myli). Jak miałem 15 lat i pisałem „pracę o czymś” (Zoszczenko) to ojciec mnie uświadomił, że powoływanie się na autorytety jest uprawnioną metodą, że jednak ten „aparat” ma swoje ograniczenia. A jeśli idzie o straszne lasy północnych Niemiec, to nie mam źródeł rzymskich, ale ładną piosenkę niemiecką (z pamięci, niestety. śpiewnik pożyczyłem, umarli zanim oddali.
„Als die Römer frech geworden
sim sirimsim simsim sim.
Kamen zu dem Deutschlands Norden
sim sirimsim simsim sim.
Vorne im Trompetenschall
sim sirimsim simsim sim.
Ritt der Generalfeldmarschall
sim sirimsim simsim sim.
Herr Quintinius Varus
sim sirimsim simsim sim.
Herr Quintinius Varus
schnäderededräng, schnäderededräng.
Doch im Teutoburger Walde”… itd.
P.S. W tym necie wszystko znajdziecie! Więc i ja odszukałem w kilka sekund oryginalną wersję piosenki. Rzeczywiście ona się różni trochę od mojej, zapamiętanej.
„Doch das kann einen Seeman nicht erschüttern. Keine Angst Rosemarie”. Więc tak żeglujemy sobie po tej sfalowanej korze, zaś jeśli te fale nazbyt strome, słusznie nazywają nas bałwanami.
Und wenn die ganze Erde bebt,
Und die Welt sich aus den Angeln hebt
Fajna piosenka 🙂