Ernest Skalski: Trumpy dwa

Print Friendly, PDF & Email

11.11.2018

Po ostatnich wyborach w USA Trump ma nowe kłopoty, a świat ma stare kłopoty z Trumpem i nowe powyborcze oczekiwania. A do tego różne i sprzeczne.

Publikujemy, napisane w oczekiwaniu tych wyborów, dwa teksty napisane przez dwóch rosyjskich publicystów. Znanych z krytycznej postawy wobec obecnej władzy i popularnych ze względu na trafne uwagi. W tym przypadku ich uwagi też są trafne, ale przeczą sobie nawzajem.

– Rebe, jeśli ci dwaj przeczyli sobie nawzajem to nie możesz mówić,  że każdy z nich ma rację!

– I ty masz rację.

Wiem, że za stare dowcipy tarzano w smole i pierzu, ale do tego dwugłosu innego komentarza nie jestem w stanie wymyśleć.

Ernest Skalski


Czwarta wojna i artykuł piąty

Andriej Piontkowskij, matematyk i publicysta.
W przeszłości działacz polityczny.

Inicjatorzy czwartej wojny światowej, która ma być rewanżem za przegraną trzecią (zimną) wojnę, ułatwili pracę przyszłym historykom, własnoręcznie wybijając datę jej rozpoczęcia (20 lutego 2014 roku) na medalach„Za zdobycie Krymu”. Przez te cztery i pół roku koncepcja wojny, którą reżim Putina wydał znienawidzonemu Zachodowi ze szczególnym uwzględnieniem StanówZjednoczonych, nie uległa zmianie: silniejszego pod każdym względem (gospodarczo i na wszystkich poziomach potencjalnej eskalacji konfliktu wojskowego) przeciwnika wciągnąć w pojedynek polityczny i zmusić do kapitulacji, szantażując perspektywą użycia broni jądrowej i śmiercią milionów, własnych i cudzych, obywateli. Jak powiedział prezydent Rosji, „Niech ktoś z (ukraińskich)  wojskowych spróbuje strzelać do swoich ludzi… za którymi będziemy stać my… nie przed a za… Niech spróbują strzelać do kobiet i dzieci. Chciałbym zobaczyć tego, kto na Ukrainie wyda taki rozkaz.”

Ta koncepcja dojrzała jesienią 2013 roku, kiedy Barack Obama przekreślił w Syrii wszystkie swoje „czerwone linie” po sztuczce Putina i Baszara Asada z „rozbrojeniem chemicznym”. Społeczność międzynarodowa, reprezentowana przez czasopismo „Forbes”, okrzyknęła wówczas Putina najbardziej wpływowym człowiekiem na świecie, słusznie zauważając, że „gdy Obama okazuje słabość, Putin prowadzi zdecydowane działania na arenie międzynarodowej”. Umowa Ławrow – Kerry o „rozbrojeniu chemicznym w Syrii” stała się Monachium zbliżającej się czwartej wojny światowej.

Trzeba obiektywnie oceniać rolę Obamy. Ciążyła na nim i nasekretarzu stanu USA Johnie Kerrym, odpowiedzialność za tragiczny los Syrii.Jednak w 2014 roku, w momencie szczytowej euforii „rosyjskiego świata” irealnej groźby rozszerzenia agresji na kraje bałtyckie, przeprowadził kompletniezbędnych działań, wymaganych w takich sytuacjach od prezydenta StanówZjednoczonych i przywódcy wolnego świata. Szczyt NATO, który odbył się wewrześniu 2014 roku w Walii, potwierdził wzajemne gwarancje bezpieczeństwa i zdecydowało wydzieleniu sił natychmiastowego reagowania na wypadek napaści Rosji najednego z uczestników sojuszu. Bezpośrednio przed szczytem Obama złożyłoficjalną wizytę w Tallinie, podczas której padły oczekiwane przez krajebałtyckie słowa: „Obrona Rygi, Tallina i Wilna jest dla nas równie ważna, jakobrona Berlina, Paryża i Londynu. Już raz straciliście niepodległość. Z NATO tosię nigdy nie powtórzy”.

Warszawski szczyt NATO w 2016 roku podjął dalsze kroki w tym kierunku, zwiększając stałą obecność wojsk amerykańskich w krajach bałtyckich iw Polsce oraz przygotowując skoordynowane procedury przerzucenia w razie potrzeby na te obszary znacznych sił. Można było przyjąć, że Zachód odpowiedział na zadane mu pytanie „Czy jest gotów umierać za Narwę?” odbijając je z powrotem w stronę Kremla, ale weterani sowieckich i rosyjskich służb specjalnych uznali inaczej. A wśród nich pewien były major z rezydentury w Dreźnie. Widocznie weterani służb specjalnych, zwłaszcza ów były major, dysponowali dodatkowymi informacjami oprócz protokołów szczytów NATO… Był sierpień 2016 roku, w Stanach Zjednoczonych trwała kampania prezydencka. Republikanie szykowali się do triumfalnego osadzenia na urzędzie swojego kandydata. Szef jego sztabu wyborczego, szacowny dżentelmen w bardzo drogiej marynarce, gorliwie bronił przed wykreśleniem z programu partii zapisów o wspieraniu Ukrainy w walce z rosyjskim agresorem. Nie domyślał się wtedy, że dwa lata później zostanie skazany na długoletni wyrok więzienia.

Zostawmy go na razie w spokoju i wróćmy do głównego tematu naszych rozważań, to znaczy do kremlowskiego scenariusza czwartej wojny światowej. Wielkim sukcesem w tej wojnie, swoistym Czerwonym Sztandarem nad Reichstagiem, byłoby obalenie artykułu piątego Traktatu Północnoatlantyckiego, czyli odmowa państw NATO udzielenia pomocy członkowi sojuszu, który padł ofiarą agresji. Takie epokowe, historyczne wydarzenie oznaczałoby koniec NATO, koniec Stanów Zjednoczonych jako światowego mocarstwa i gwaranta bezpieczeństwa Zachodu, a także pełną polityczną dominację Rosji, nie tylko na obszarze „rosyjskiego świata”, ale na całym kontynencie europejskim.

Żeby obalić artykuł piąty, wystarczy przeformatować według określonego klucza sposób myślenia zaledwie kilku osób. A dokładnie, jednego człowieka: prezydenta Stanów Zjednoczonych. Jeśli uda się osiągnąć ten cel, wszystkie materialne składniki potęgi militarnej USA (ogromny budżet wojskowy, arsenały jądrowe, lotniskowce, samoloty niewykrywalne przez radary, stosy najlepszej na świecie broni konwencjonalnej) przestaną się zupełnie liczyć.

Jak może wyglądać taka odmowa, już w czasie kampanii prezydenckiej zademonstrował guru od polityki wewnętrznej Donalda Trumpa, były spiker Izby Reprezentantów Newt Gingrich, nazywając Estonię „przedmieściem Sankt Petersburga, dla którego nie zamierza iść na wojnę jądrową z Rosją”. Ciekawe, kto włożył w usta Gingricha i, co za tym idzie, w uszy Trumpa, to misterne sformułowanie, doskonale oddające istotę szantażu nuklearnego Kremla? Nawiasem mówiąc, w swoim czasie Gringrich był gorącym orędownikiem wstąpienia krajów bałtyckich do NATO; widocznie nie dysponował jeszcze wówczas szczegółowymi informacjami co do ich geografii. 

Tak czy inaczej, operacja „Trump nasz” stała się nie tylko elementem czwartej wojny światowej, lecz wręcz głównym kierunkiem natarcia, obiecującym pewne zwycięstwo. Spróbujmy ocenić jej rezultaty na chwilę obecną. Są skrajnie sprzeczne. Operacja spaliła na panewce we wszystkich aspektach z wyjątkiem jednego, niezwykle ważnego dla Kremla.

Jawny triumfalizm wnuka Mołotowa, który przerwał posiedzenie Dumy Państwowej, by ogłosić wyborcze zwycięstwo Trumpa i odkorkowywanie przez członków rosyjskiego parlamentu butelek szampana nie były bynajmniej bezpodstawne. Za dwa miesiące na fotelu prezydenta Stanów Zjednoczonych miał zasiąść człowiek, którego wizja amerykańskiej polityki wewnętrznej spełniała marzenia Kremla. Prezydent USA jest urzędnikiem, który naprawdę wiele może. Jednakże Stany Zjednoczone to wysoko rozwinięta demokracja z wielopoziomowym system hamulców i przeciwwag. Republikanie dysponują (pisane przed ostatnimi wyborami – e.s.) większością w Kongresie, jednak znaczna część republikańskich kongresmenów kategorycznie się sprzeciwia proputinowskim fantazjom Trumpa, choć na razie w wielu innych sprawach jest gotowa go poprzeć.

Natomiast zdecydowanie antykremlowskie nastawienie demokratów w dużym stopniu jest pochodną polityki wewnętrznej. Ich głównym wrogiem jest nie Putin, lecz Trump. Osobliwy filoputinizm Trumpa jest jednak jego piętą achillesową, więc świadomie i bez litości w nią kopią. W rezultacie nastąpiła konsolidacja amerykańskiego establishmentu, jeśli chodzi o stosunek do Rosji i Trump ma związane ręce. Kongres niemal jednomyślnie przegłosowuje jeden pakiet surowych sankcji wobec Moskwy za drugim. Takie nastroje panują nie tylko w Kongresie, lecz także w łonie administracji Trumpa.

Jednak pozostaje jeszcze jedna, niezwykle ważna dla rosyjskich planów sfera, w której słowa prezydenta Stanów Zjednoczonych, bez względu na stanowisko innych amerykańskich polityków i instytucji, mają natychmiastowy i bezpośredni wpływ na militarno-polityczną rzeczywistość. Chodzi o osobisty stosunek prezydenta USA do Sojuszu Północnoatlantyckiego i artykułu piątego traktatu. Dla krajów bałtyckich gwarancje NATO w praktyce oznaczają gwarancje USA. A gwarancje USA to gwarancje prezydenta USA. Tylko prezydent może wydać rozkaz użycia potęgi militarnej Stanów Zjednoczonych do odparcia agresji na inny kraj członkowski NATO. Ani Kongres, ani rząd, ani establishment nie są w stanie zmusić go do działania, jeśli z jakichś powodów postanowi zachować bezczynność. Później można uruchomić przeciwko niemu procedurę impeachmentu z powodu niewykonywania obowiązków głowy państwa, ale do tego czasu kilka krajów NATO znajdzie się już pod okupacją.

Od 2003 roku gwarantem pomocy wojskowej Zachodu dla krajów bałtyckich w wypadku rosyjskiej napaści jest jeden człowiek. Kiedyś nazywał się George Bush, później Barack Obama. Obecnie nazywa się Donald Trump i od dwóch lat robi wszystko, by poderwać zaufanie do owych gwarancji. „Przestarzałe NATO” i „Estonia jako przedmieście Sankt Petersburga” nadawały ton antynatowskiej retoryce Trumpa już w czasie kampanii prezydenckiej. Po objęciu urzędu ani razu nie wydusił z siebie deklaracji przywiązania do artykułu piątego traktatu, za to wielokrotnie groził, że w określonych okolicznościach nie wywiąże się z zobowiązań wobec sojuszników. Na ten użytek wymyślił mit (i niewykluczone, że w swojej ignorancji sam w niego uwierzył) o jakimś „budżecie NATO”, do którego sojusznicy Ameryki rzekomo nie dopłacają. W rzeczywistości czegoś takiego jak „budżet NATO” nie ma, jest tylko procentowy udział wydatków na obronność w budżetach poszczególnych państw, które jeszcze długo przed Trumpem umówiły się, że będą go stopniowo zwiększać. I robią to zgodnie z ustalonym grafikiem. Ale Trump nie zawraca sobie tym głowy; chodzi mu tylko o to, żeby systematyczne podrywać psychologiczne i polityczne gwarancje bezpieczeństwa dla nowych członków NATO.

I jest zupełnie nie ważne, czy dyktuje mu to własny „rozum”, czy ulega czyimś naciskom. Skandaliczny wywiad, udzielony przez Trumpa nadwornemu dziennikarzowi Tuckerowi Carlsonowi trzeciego dnia po historycznym spotkaniu z Putinem w Helsinkach, jest apoteozą zdradzieckiej postawy prezydenta USA wobec sojuszników z NATO. Czy to aby nie w stolicy Finlandii zawładnęła nim myśl o „agresywnych Czarnogórcach”, którzy na bank wciągną NATO w kolejną wojnę światową?

Wywiad ten zaszokował nie tylko wschodnich, lecz w ogólewszystkich europejskich sojuszników Stanów Zjednoczonych z SojuszuPółnocnoatlantyckiego. Jako alternatywa dla NATO pojawił się pomysł utworzeniawspólnych (anglo-francuskich) sił reagowania współfinansowanych przez Niemcy.Europa zrozumiała, że przy takim prezydencie USA, żadne amerykańskie gwarancjebezpieczeństwa nie istnieją. A Moskwa utwierdziła się w przekonaniu, że nie możemarzyć o lepszym dla siebie lokatorze Białego Domu na wypadek wkroczenia„uprzejmych zielonych ludzików” do krajów bałtyckich.

Katastrofalny koniec operacji „Trump nasz” nastąpił 15 lipca 2018 roku. W Helsinkach przed miastem i światem stanęli obok siebie dwaj ludzie – jeden bardzo mały, drugi bardzo duży. Wyglądali jak podręcznikowy przykład patologii w stosunkach międzyludzkich. Miliony oglądających tę scenę telewidzów nie miały cienia wątpliwości, który z nich jest dominującym samcem, a który znajduje się w głębokiej psychicznej zależności od drugiego. Był to dzień hańby dla Ameryki i politycznej śmierci Trumpa. Jego życie po śmierci potrwa jeszcze kilka miesięcy po dacie szóstego listopada, kiedy to Kongres w nowym składzie będzie mógł formalnie rozpocząć procedurę impeachmentu. Te miesiące będą dramatyczne nie tylko dla Stanów Zjednoczonych. Moskwa zda sobie w końcu sprawę, że zaczęło się ostateczne odliczanie do wyprowadzki z Białego Domu zaplatanego we własne problemy Trumpa. Razem z nim na zawsze odejdzie jakże pożądana szansa na „zwycięstwo” w czwartej wojnie światowej. Jakie decyzje mogą zapaść wówczas w kremlowskim bunkrze?…

Komentarze internautów:

Oleg Szulgin: Mam wiele szacunku dla Andrieja, ale wydaje mi się, że w tym artykule wykazał się nadmiernym optymizmem.W ślad za Trumpem nie wiedzieć czemu także Macron dał się zrobić Putinowi. Przez idiotyczną europejską politykę imigracyjną podnosi głowy finansowana przez Putina prawica… Możliwe, że gra się dopiero zaczyna, a nie zbliża do końca.

Natalia Madison: Znakomity artykuł! W pełni zgadzam się z autorem. Trump chodzi u Putina na krótkiej smyczy i wszyscy w Ameryce o tym wiedzą. Po zeznaniach, które złożył w sądzie jego prawnik i wspólnik, Cohen, nawet sam Trump nie ma już wątpliwości, że czeka go impeachment. Przed nami jeszcze wiele interesujących ciekawych wyznań Cohena, który nagrywał wszystkie rozmowy telefoniczne ze swoim szefem, i Manaforta, który jest skłonny współpracować w śledztwie. Impeachment jest nieunikniony. W Białym Domu nie ma miejsca dla Trumpa. Ze swoją paranoją i „spiskiem wrogów” wzbudza jedynie pogardę.

Nateli Vog: Wszyscy judasze, sprzedający wolność i demokrację za putinowskie srebrniki i żerujący na nienawiści do uchodźców, muszą zrozumieć, że to pieniądze ukradzione rosyjskiemu narodowi i że niedługo ludzie nie będą mieli już co jeść, zaczną wsadzać wszystkich za wszystko, a wtedy ten naród też zacznie do nich uciekać. Czy są gotowi na przyjęcie milionów uchodźców?

Sergiej Kuzniecow: Trump miał pecha, że urodził się w Stanach, gdzie wprawdzie z pomocą Kremla dorwał się do władzy, ale nie będzie w stanie urzeczywistnić swoich dyktatorskich zapędów. Z bezsilności wygraża, że zniszczy wolność mediów, wyjdzie z NATO, odetnie się murem od świata, zerwie umowy handlowe z partnerami, itd. Bo ten niedouczony, pozbawiony kultury kołchoźnik w workowatym garniturze nie czytał Konstytucji Stanów Zjednoczonych i nie wie, że już dawno wpisano do niej gwarancje ochrony demokracji przed autokratami, którzy dorwali się do władzy.

Jewgien Gołowianow: Generalnie racja, ale nie trzeba obrażać kołchoźników.

Andrew Abramow: Clinton lepsza?

Andrew Abramow: Jewgien Gołowianow: zarobki rosną, gospodarka odnotowuje rekordowy wzrost, wolność słowa przebija dno nienawiści, maleje nielegalna imigracja, Rosja ledwo zipie pod ciężarem sankcji, Ukraina dostaje broń, Koree rozpoczynają proces pokojowy, Jerozolima zostaje uznana za stolicę. Tak to ogólnie wygląda. Normalna „dyktatura”, nieoglądająca się na wrzaski idiotów. I rzeczywiście, kołchoźników i kołchoźnic nie należy obrażać, są sto razy mądrzejsi od lewackich profesorów z socjalistycznym zakażeniem mózgu…

Eduard Kamałow: Trump rzeczywiście coraz częściej zachowuje się jak zdrajca! Ciekawe tylko, co go do tego skłoniło? Broń psychotropowa? Co? Okazała się bardzo skuteczna przy przeprowadzaniu ataków w Turcji, Europie i Ameryce! Człowiek, który ma przed sobą wspaniałą przyszłość, rodzinę, pracę, nagle dokonuje ataku terrorystycznego, jakby działał „na sygnał z zewnątrz”, idzie na śmierć i ginie! Dziękuję, Piontkowskij! Ale są jeszcze inne siły niż Kongres, wojsko i wywiad USA! One nie pozwolą Trumpowi się skurwić!

Ludvig Gerhard: Światowy żandarm zrobił sobie wolne i zajął się własnym podwórkiem, więc światowy chuligan ma wolną rękę.


Audiatur et altera pars:

To właśnie „słabe strony” Trumpa mogą się znacznie przyczynić do zniszczenia rosyjskiego imperium – pisze Aleksandr Hoc, filolog i dziennikarz, poeta, grafik. Autor naukowych prac m.in. o Dostojewskim i publicysta piszący o aktualnych problemach. „Prawozaszczitnik”, czyli działacz ruchu ochrony praw.

Za dwa dni zaczną (już zaczęły – e.s.)obowiązywać sankcje amerykańskiego departamentu stanu (zakaz eksportu do Rosji nowoczesnych technologii i produktów podwójnego zastosowania), wprowadzenie w życie sankcji wobec uczestników projektu Nord Stream 2 to kwestia tygodni. Jak słusznie utyskuje Kreml, stosunki Rosji ze Stanami Zjednoczonymi są dziś „gorsze niż w czasach zimnej wojny”. Nie były aż tak złe nawet w okresie prezydentury Baraka Obamy, który marzył od „resecie”, a zakończył urzędowanie „smutną konstatacją” na temat roli swojego „przyjaciela Władimira” w poderwaniu amerykańskiej demokracji. (Lecz wtedy było już za późno.)

W tym miejscu dochodzimy do zadziwiającego fenomenu, który zawisł nad reżimem Putina i nazywa się Donald Trump. O Trumpie słusznie powiedziano już wiele złego i trudno się z tym sprzeczać. Zwłaszcza, jeśli chodzi o politykę wewnętrzną. Amerykański prezydent jest niestabilnym psychicznie pozerem, egocentrykiem i (wszystko na to wskazuje) człowiekiem niezbyt lotnego umysłu. Jednak dostępna naszym zmysłom rzeczywistość pokazuje, że jeszcze żaden przywódca Stanów Zjednoczonych nie zaszkodził rosyjskiej kleptokracji i reżimowi Putina bardziej niż Trump, któremu udało się wziąć Rosję w kleszcze na długie lata. Do spółki z Kongresem oczywiście, momentami wbrew sobie, musiał obrać twardy kurs i włączyć departament stanu w politykę reperkusji. Wyszło na to, że walka z Nord Stream 2 to inicjatywa samego prezydenta, wymierzona nie tylko w Putina, lecz także w sprzedajne europejskie „elity”, które pompują w agresora pieniądze, utrzymujące na powierzchni autorytarny reżim surowcowy. Trump uderzył podwójnie: po kieszeni „putinizmu” (w dochody z surowców) oraz w europejskich „agentów Kremla”, gotowych handlować z Rosją i złamać jej międzynarodową izolację. Pomieszał szyki Angeli Merkel, która wstąpiła na śliską ścieżkę „Siemens”, by pożywić się pieniędzmi maruderów-okupantów. Uderzenia w europejskich „zaopatrzeniowców” Putina nie sposób nazwać żartobliwym policzkiem. To cios w splot słoneczny. Jeśli to nie totalna wojna, nie pętla na szyi, nie „rozbój w biały dzień”, nie zachęta do przewrotu pałacowego (razem wzięte), i to z długofalowymi konsekwencjami – to w takim razie co?

Wracając do fenomenu Trumpa, moim zdaniem mamy do czynienia z zagadkową „ironią historii” (mówiąc językiem Marksa). To właśnie „słabe strony” obecnego prezydenta, jego „niestabilność” i „reaktywność”, mogą odegrać ważną rolę w zniszczeniu rosyjskiego imperium. Trump jest wyrazicielem pewnej „zbiorowej nieświadomości” części Zachodu, która instynktownie wyczuwa zagrożenie ze strony autorytarnego reżimu Putina i jest gotowa (używając określenia Woltera) „rozdeptać to łajdactwo”. Owszem, wydaje się to „prymitywne”, „nierozsądne”, „irracjonalne” (jak sam Trump), ale kto powiedział, że Historia trzyma się ram racjonalnej ewolucji? W końcu Reagan też nie był intelektualistą, jednak to właśnie jego twarda polityka podkopała fundamenty sowieckiego „imperium zła”. Gotowość do podejmowania ryzyka, „prymitywne” interesy światowego przywództwa uosabianego przez Trumpa, stanowią nieporównywalnie większe zagrożenie dla „putinizmu” niż „wyważona polityka” wykształconego i światłego Obamy. To właśnie jest paradoksalny wkład „prymitywa” w rozwój historii, którą zwą czasem „Pochwałą głupoty”.

Z punktu widzenia zdrowego rozsądku, reagonowski wyścig zbrojeń i projekt wojen gwiezdnych były „kompletnym szaleństwem”, a jednak zimna wojna wytrąciła z torów sowiecką gospodarkę, która inaczej jeszcze długo mogła pasożytować na życzliwej Europie, kupując od niej fabryki, towary i technologie. Reagan położył kres tym praktykom obwołując ZSRR „imperium zła”. W sensie estetycznym, było to aktorstwo, pozerstwo, „gra pod publiczkę”, podobnie jak wizja Stanów Zjednoczonych jako „błyszczącej świątyni na wzgórzu”. Jednak ta teatralna retoryka nie najwyższych lotów zaskakująco trafnie odzwierciedlała skuteczną politykę, która doprowadziła do zadławienia Związku Radzieckiego. Politolodzy mogliby napisać wiele tomów o roli „prostaka” w dziejach świata, o przypadkach i ambicjonalnych utarczkach, które zmieniły bieg historii. (O tym właśnie opowiada Szklanka wody Eugene’a Scribe’a). Na razie możemy jedynie skonstatować, że rozchwianie sytuacji międzynarodowej, spowodowane niestabilną osobowością Trumpa mocno zachwiało przewidywalnością i stabilnością historycznych związków putinizmu z jego europejskimi donatorami. A to cios w fundamenty reżimu. Jeśli to nie pętla na szyję, to w takim razie co? Mam nadzieję, że i przewrotu pałacowego się w końcu doczekamy.

WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com