Celebryci i kasa-niemowa2 min czytania

()

2017-05-30.

W amerykańskim reality show, dla mnie głupawym, a dla Grażyny tak idiotycznym, że nie do oglądania, pary startują do wyścigu dookoła świata, zdobywając punkty za harcerskie sprawności; awansują, lub z płaczem odpadają z konkurencji. Wszystkie pochodzą z „ludu”: dwie lesbijki, rozwiedziona para, która spotyka się tu po latach, dwaj emeryci, którzy przed występem stracili po 20 kilo, siostry albo bracia-bliźniacy, małżeństwo, które kłóci się w życiu, a więc i przed kamerami, ojciec-taksówkarz z synem-filozofem, dwie potężnie utyte panie, które chcą pokonać swoje ciała…

Przeloty kilkusetosobowej ekipy, co najmniej 50 kamer, samochody przemierzające tysiące mil, helikoptery pokazujące to wszystko z góry… nie wyobrażam sobie, żeby koszt godziny tego programu zamknął się w dziesięciu milionach dolarów.

TVN kupiła licencję. Na jeden program przeznaczyła pewnie milion złotych, nazwała to „Agent gwiazdy”. Uczestnikami są celebryci, prowadzą też celebryci. Wszystkie panie wyglądają jakby wyszły z tej samej fryzjerni i od tej samej kosmetyczki; pod szminką gubi się – wątpliwy – urok amerykańskiego pierwowzoru. Koncepcja „agenta” gwiazdy, jątrzącego wśród uczestników, rodem z Wielkiego Brata (czyli pomieszanie z poplątaniem), zabija sens przedsięwzięcia, w którym widz ma całym sercem kibicować harcerzom i z nimi poznawać „wielki” świat (co za pieniądze przeznaczone w Polsce na taki program jest po prostu niewykonalne).

Dyrektorzy programowi polskich telewizji ze sprytem sprzedawców konfekcji damskiej w oku, (nie wiem czy wszyscy, ale co do jednego jestem pewien), lekceważąc inteligencję widzów udają, że wiedzą jak zarobić na tej taniosze (celebryci!!!!)… a nazajutrz słupki pokazują im, że jednak nie wychodzą na swoje.

Niejaki Wojewódzki, inna rozpaczliwa kopia amerykańskiego „talk-show”, każdej nocy zdradza z kasą swoją inteligencję. Wciąga celebrytów w otchłanie ich głupoty, nie potrafiąc dotrzeć do pokładów ich mądrości. Celebrytow można dostać za nic – albo za grosze; zapatrzeni w zamiary producenta, myśleniem mówienia sobie nie przerywają.

W moich czasach telewizja też przepełniona była programowymi głupolami, tylko rządziła propaganda. Nic bym w tej telewizji dobrego nie zrobił, gdyby nie polityczne „instancje”, które ujmowały się za moim pomysłami i pomagały przebić telewizyjny mur ideologiczny.

Wtedy autor mógł przynajmniej rozmawiać i walczyć o swoje. Dziś rządzi kasa, która jest niemową.

Marian Marzyński 

Life on Marz (2007) & RISD Student Films (1972-1976)

„My name is Marian Marzynski,” I introduced myself in broken English to my film class. „It’s too long,” they said. „Can we call you Marz?” In 1972, my students at the Rhode Island School of Design were the siblings of those WHO rebelled in the 60s. This new genera

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.