Kolejna rocznica śmierci św. Jana Pawła II (2 kwietnia) to dobra okazja by porównać obecnego papieża Franciszka z polskim Papieżem. Okazją jest również publikacja książki, w której argentyński papież jest negatywnym bohaterem, wręcz czarnym charakterem. Ale o tym za chwilę.
Tymczasem chciałbym przypomnieć jak młodziutki polski papież (58 lat na stosunki watykańskie to pierwsza młodość!) od października 1978 roku do listopada 1982 roku (tyle trwa pontyfikat Franciszka) zdążył odebrać prawa nauczania wielu wybitnym katolickim teologom z Hansem Küngiem na czele i spacyfikował skutecznie rozwijającą się wspaniale do czasu objęcia przez niego Stolicy Apostolskiej teologię wyzwolenia w Ameryce Łacińskiej. Poza tym zdążył już wielokrotnie wyrazić swoje poparcie dla ruchu Solidarność w Polsce. Ale rzecz najważniejsza i chętnie podkreślana przez apologetów Jana Pawła II: 7 czerwca 1982 r., doszło do spotkania prezydenta USA Rolanda Reagana z Janem Pawłem II. W czasie rozmowy w cztery oczy w Bibliotece Watykańskiej obaj mężowie stanu rozmawiali na temat ustanowionego po II wojnie światowej w Jałcie podziału Europy i dominacji komunistycznej nad Europą Wschodnią. I jak wiadomo, to spotkanie było brzemienne w skutki.
Dla zainteresowanych polityką wewnątrz kościelną należałoby dodać liczne nominacje biskupie, które bardzo szybko wyeliminowały z gry tzw. liberalnych i postępowych hierarchów
A papież Franciszek? Poza tym, że jest ulubieńcem liberalnych mediów, że udziela ciekawych wywiadów właściwie nic nie zrobił, by swoje idee wprowadzić w życie. Ciągle tłumaczy niezadowolonym hierarchom (przede wszystkim polskim!), że nadal jest wierny przesłaniu świętego polskiego papieża, trzyma na czele najważniejszej Kongregacji Nauki Wiary konserwatywnego kardynała Gerharda Müllera, wiernego ucznia Josepha Ratzingera, który przez cały pontyfikat Jana Pawła II skutecznie wyciszał jakąkolwiek niezależną myśl teologiczną. A w Polsce na jedno z najważniejszych stanowisk biskupich mianował abpa Jędraszewskiego – raczej mało znanego z otwarcia, tak charakterystycznego dla Franciszka.
W tym sensie Paweł Lisicki, autor świeżo wydanej książki „Poza polityczną poprawnością. Polska, Europa i Kościół między nihilizmem a islamem” ma rację. Franciszek jest bezradny. Bark mu zdecydowania i bezkompromisowości polskiego papieża. Jej recenzent i przyjaciel autora Dominik Zdort ma rację: „Najciekawsze konstatacje wychodzą spod pióra redaktora naczelnego ‘Do Rzeczy’, gdy zaczyna przyglądać się wypowiedziom Ojca Świętego Franciszka”.
A są to głównie wypowiedzi krytyczne, nawet gniewne. Bo Lisicki ma za złe papieżowi Franciszkowi, że wprowadza zamęt, chaos, i że brak jego pontyfikatowi jasnej linii obrony katolicyzmu. A co gorsza kontynuuje i rozwija idee zapoczątkowane przez Sobór Watykański II, który, zdaniem Autora wielu książek teologicznych, był największym nieszczęściem jakie spotkało Kościół katolicki.
A że to nie jest myślenie katolickie to ani Zdortowi, ani oczywiście samemu Lisickiemu nie przeszkadza.
Zdaje się, że nie przeszkadza to również polskim księżom i hierarchom, którzy myślą zresztą podobnie, choć tak śmiało swoich myśli nie wyjawiają. Tak jak w przypadku poprzednich książek Pawła Lisickiego, jego ostatnią pozycję czeka triumfalny pochód przez media narodowe.
Znam ten teksty bo były już wcześniej publikowane. Z niektórymi próbowałem polemizować (bezskutecznie bo autor nigdy nie raczył odnieść się do moich uwag). Na heretycki charakter jego niby teologicznych poglądów zwracali uwagę inni recenzenci (jak wybitny teolog katolicki John Pawlikowski czy znakomity historyk, również katolik zresztą John Connelly) dziwiąc się, że polscy biskupi nie odnoszą się do tych tez głoszonych jakoby w imię Kościoła.
Ja się nie dziwię – bo wiem, że większość polskich biskupów myśli podobnie jak Lisicki, a nie jak papież Franciszek. Wystarczy porównać, co abp Jędraszewski myśli o Reformacji, a co ten ostatni.
Widocznie jednak schizma się dokonała, tylko nikt o tym głośno nie ośmiela się powiedzieć. Co gorsza to schizma z papieskim błogosławieństwem.
Stanisław Obirek


Z jednym tylko zdaniem się nie zgadzam w tym artykule…
Polski KRK to nie schizma, to SEKTA…
Zapomniałem dodać, że to antychrześcijańska sekta…
A ja się bardzo cieszę, że Pan profesor Obirek spojrzał realistycznie na Franciszka, bo, jak pamiętam, łączył z tym pontyfikatem duże nadzieje. Z krk niczego dobrego wiązać nie można. Tak jak z mafią pod przewodem Lucky Luciano czy z KPZR za czasów Andropowa.
I kto by pomyślał, dwanaście lat minęło.
Co z oczu to i z pamięci, orutne.
Zmarł 1-go kwietnia, miałem na nasłuchu i wizji RAI.
O godzinie 20-stej podano omuniat że Wojtyła nie żyje. Dwie godziny później zapopdano że jedna żyje bo nie wypadało zemrzeć mu akurat pierwszego kwietnia.
Pamiętam tę światową histerię prawie jak po śmierci Soso po naszej stronie.
Jedynym portalem co w Internecie ogłosił oficjalnie że nie obchodzi żałoby to była Alternatywa.com
Ilość wejść na stronę przekroczyła pojęcie.
I temat „Co JP II zrobił dobrego dla Polski?”
Działo się po tym pytaniu, ho ho ….. wychodziło że nic…
Przepraszam za literówki, klawiatura protestuje..
Zamiast komentarza – anegdotka.
W okresie największej histerii związanej z czuwaniem i modłami o jeszcze jeden dzień życia JPII, we Wrocławiu jacyś nawiedzeni idioci usiłowali przeforsować prohibicję obejmującą wyszynk alkoholu w lokalach. Ponieważ było to nie do przeprowadzenia w sposób formalny – po knajpach łaziły trójki parafialne złożone z co bardziej odjechanych religijnie studentów i terroryzowały popijających piwko. W mojej ulubionej wyszynkowni (nb – tuż koło katedry św. Magdaleny) przy barze siedziało sześciu całkiem sporych facetów o różnym stanie ołysienia ( z przewagę zupełnego) ze szklanicami pełnymi złocistego trunku. Na twarzach pełnych szczerego frasunku mieliśmy wymalowane czarnym mazakiem łzy rozpaczy. W pewnym momencie do lokalu wmaszerował z rozwianym włosem, kurdupelkowaty przewodnik stada trzech szarych myszek z wyrazem totalnej afektacji na buziach. Od baru – powoli – odwróciły się do nich nasze „zapłakane” mordy a z sąsiedniej sali (z ogromnym wyczuciem chwili) lekko się zataczając – kolega o 200 cm wzrostu i jakichś 110 kg wagi. Przewodnik już robił wdech ….ale zamarł. Żona Lota przy jego osłupieniu to posiadaczka ADHD. Nasz dryblas wybełkotał…. – „My tak z rozpaczy”…….. Szybkość jaką osiągneła ta czwórka parafialna podczas ewakuacji mieściła się miedzy drugą a trzecią prędkością kosmiczną. Kumpel (dość znany fotoreporter) powiedział do mnie….”Jarek….hmmmm – to pokolenie JPII chyba raczej nie rokuje.” Nasze czuwanie skończyło się tym, że taksówkarzowi musiałem napisać kulfonami adres – bo za cholerę nie mógł zrozumieć co ja tam pod nosem bełkoczę.
Na drugi dzień było mi tak po ludzku wstyd, że ci wzmożeni idioci zmusili nas do takiego (w sumie) paskudnego zachowania. Zamiast zadumy nad przemijalnością.
Magogu – dla mnie ateisty – ten fakt przesunięcia daty śmierci z primaaprylisowej na dzień następny jest symboliczną kwintesencją tego pontyfikatu. Po którym został polskim katolikom Pan Dziwisz.
Pozdrawiam
Franciszek dla jednych heretyk, dla drugich schizmatyk, a jeszcze innych niedorajda tylko z różnych powodów, ciekawe, że podobne teksty ukazały się w tygodnikach tak różnych jak „Do Rzeczy” i „Newsweek”. Mnie by było jasne Franciszek nadal jest bliski i śledzę z zainteresowaniem recepcję jego pontyfikatu w poważnych pismach teologicznych. To, co się dzieje w Polsce to histeria tylko odmienna od histerii janopowłowej (o przeciwnym znaku wręcz).
Pytanie czy można coś wprowadzać ponad glowami hiererchow, czyli nie zmieniać nikogo, aby zmienic wszystko co trzeba lub też realnie da się zmienić?!
Technika zarządzania to oczywiście poważne wyzwanie, zwłaszcza dla papieża spoza Curia Romana. Wojtyła po prostu wyjeżdżał z Watykanu i był sprawnym menadżerem emocji tłumu, potrafił też mianować biskupów, którzy mu przygotowywali grunt w terenie (vide Ameryka Łacińska i eliminacja prawie całkowita zwolenników teologii wyzwolenia, to samo zresztą w USA), w Polsce to widać kogo mianował (mierny, bierny ale wierny). Franciszek ma mniej czasu i pewnie sobie odpuścił teren i jeździ tylko tam gdzie chce i gdzie jest mało katolików. Ciekawy np. przypadek Polski gdzie przyjechał tylko dlatego, że musiał…
@OBIREK
Tekst inspirujący.
Bezpośrednie porównanie JPII do F jakby wskazywało na silniejszą pozycję JPII, co może budzić rozczarowanie w stusunku do pokładanych nadziei w F.
Proponuję inny punkt widzenia.
Wizerunkowo cała uwaga medialna kierowana jest na papieża, formalnie posiadającego władzę absolutną – tak to jest właśnie obmyślone : Watykan ma być postrzegany poprzez wizerunek papieża, polityką zaś Kościoła w cieniu swoich gabinetów zajmują się kardynałowie, sprawując władzę realną, będąc gwarantem zachowania ciągłości obranego kursu politycznego. Dobór kolejnych następców na tronie piotrowym jest starannie obmyślany z dużym wyprzedzeniem. Już przy wyborze BXVI poważnie brano pod uwagę kontrkandytaturę F.
Linia polityki Kościoła jest czytelna i zgodna z kierunkiem aktualnej ekspansji. Wspaniały okres rządów Kościoła katolickiego w Europie należy już (raczej) do przeszłości – trend jest wyraźny i nie widać perspektyw na jego odwrócenie. Za to niezwkle dynamiczny przyrost ilości wiernych notowany jest poza starym kontynentem, głównie na obu kontynentach amerykańskich i w Afryce. W skali światowej w latach 1978- 2009 Kościół k. zyskał ok. 56% nowych wiernych!!!.
W takiej sytuacji utrzymanie linii konserwatywnej (ocieplonej oficjalnym wizerunkiem F) jest w pełni racjonalnym rozwiązaniem, co potwierdzają obserwacje zachowania ciągłości realnej polityki Kk od pontyfikatu JPII.
Obrany Kurs konserwatywny potwierdzają też poczynia wobec Polski.
Sądzę, że Tu nie może być mowy o żadnej schizmie.
Motywacje złożonych, czasami nawet pozornie sprzecznych działań, zawyczaj mają proste wytłumaczenia.
Motywacyjną rolę Instynktu walki o władzę należy rozpatrywać w pierwszej kolejności.
Na marginesie: mnie też imponuje wizerunek Franciszka
Jednym z uroków (może największym) pisania i komentowania na łamach SO jest świadomość, że się wyraża własną opinię i czyta się opinie innych. Nikt nikomu niczego nie narzuca ani się nie dziwi, że inni mają odmienne zdania. Tak traktuję przynajmniej komentarze pod moimi tekstami. A odnosząc się do opinii Obywatela RP to chcę stwierdzić, że jest mi ona nie tylko bliska, ale wyraża faktyczny stan rzeczy. W istocie katolicyzm w ostatnich latach nie tylko zwiększył swój stan posiadania (ale to akurat odpowiada po prostu wzrostowi ludności na ziemi), ale owo „posiadanie” przesunęło się zdecydowania na sferę południową naszego globu (znowu dotyczy to również globalnego wzrostu ludności właśnie na tej części Ziemi – głównie Afryka i Ameryka Południowa, też po części Azja ale to nieco odmienny temat). Nie jest wykluczone, że jesteśmy świadkami stopniowej utraty znaczenia (przynajmniej jeśli chodzi o wpływy katolicyzmu) Europy. Być może to właśnie zrozumiał Franciszek i nie przywiązuje większej wagi do wewnętrznych sporów na naszym kontynencie, w tym również w Polsce.
„Nie jest wykluczone, że jesteśmy świadkami stopniowej utraty znaczenia (przynajmniej jeśli chodzi o wpływy katolicyzmu) Europy.”
Ja myślę nawet, że jesteśmy świadkami stopniowej utraty znaczenia Europy. Mam na myśli kontekst polityki światowej i rosnącego znaczenia innych obszarów, m.in. w sferze handlu. Nie można wykluczyć, że wielka epoka historyczna, w której żyjemy dobiega końca (co jest normalnym zjawiskiem pod słońcem: Egipt, Grecja, Rzym i inne wcześniej też przeminęły; to jest po prostu bieg dziejów.)
Jest to bardzo zajmujące, niemniej jednak budzące obawy i niepewność. Czasem przychodzi mi na myśl clash of civilizations. Na przykład dzisiaj: byłam w mieście, w okolicy dobrze mi znanej, w której jednak przez przypadek nie byłam już wiele miesięcy. Musiałam coś załatwić w filii pewnego dużego banku i zobaczyłam, że nie tylko obraz ulicy był całkiem inny od znanego mi, że nie było już dawnych sklepów, że inni ludzie siedzieli w ulicznych kafejkach, ale i sam bank był zmieniony – przystosowany do obsługi nowej klienteli. Ten obraz ulicy – to był w moich oczach zwiastun przyszłości. To już nie jest Europa, jaką znam. Czy tę nową pokocham jak tę starą?
Czy wpływ katolicyzmu może mieć tu jeszcze jakiekolwiek znaczenie? (Zaznaczam, że od polskiego niechrześcijańskiego katolicyzmu się odcinam.)
Tak jak JPII miał do odegrania wielką rolę (jego zaniechania tu mniej ważą), tak, sądzę, Franciszek jest na miarę obecnej fazy rozwoju.
Pan Profesor Obirek uraczył nas jak zwykle ciekawym tekstem. To dobra odskocznia od bieżącej polityki, która powoli wszystkim wychodzi bokiem. Tę zmianę tematu widać także po ciekawej dyskusji, jaką profesor wywołał. Myślę, że obydwa pontyfikaty są bliskie Polakom, choć wywołują ostre spory. Niezależnie czy jesteśmy wierzący czy nie, czy tej wiary czy innej, zdajemy sobie sprawę z doniosłości pontyfikatu „naszego” JPII. Odebrał on rolę w hostorii świata jako stymulator i katalizator zmian, które doprowadziły do upadku komunizmu. Tej roli JPII nie da się zakwestionować. Z drugiej strony odegrał negatywną rolę dla samego chrześcijaństwa, odwracając się od postępowych idei w KRK. Jak również otaczając się kościelną konserwą. Polski KRK ma dziś to, na co sobie zasłużył. I w swojej bucie ie dostrzega, że jedzie po równi pochyłej w nicość.
.
Dlaczego dla Polaków papież Franciszek może być bliski? Myślę, że jego postępowe idee dociersją bez problemów do znacząco większej części naszego społeczeństwa, które potrafi być solidarne, postępowe, otwarte na świat i nie koniecznie zapiekle religijne.
.
Jak długo będzie się panoszył europejski nurt w KRK, tak długo Watykan będzie tracił wpływ na to co się dzieje na świecie. Dlatego uważam, że są tu konieczne głębokie zmiany i ideowe i osobowe. Być może łagodny papież Franciszek tych zmian nie dokona. Ale dla historii KRK to on prawdopodobnie zapisze się złotymi zgłoskami jako ten, który rozpoczął dyskusję o tym, dokąd dąży katolicki Kościół. Chyba, że Watykan wygra z postępem i skarze się na marginalizację, jaka już następuje w samej Europie.
Jestem zmuszony trochę zdystansować się do wcześniej (wyżej) przedstawionej oceny sytuacji w Kk.
Skąd ta zmiana?
Przy porannej kawie przybliżyłem żonie mój pogląd na możliwość postrzegania Franciszka. Z uwagi, że mamy zwyczaj dość skrótowego porozumiewania się między sobą – formuła pełnych zdań to strata czasu, gdy słucha się jednocześnie TokFM, spróbuję jej stanowisko wyłożyć w formie bardziej przystępnej.
Usłyszałem, że grubo przesadzam – to zbyt duże uproszczenie ; F musi postępować rozsądnie wobec tak silnej opozycji kardynałów w najbliższym gronie; on nie chce rozłamu w Kościele, liczy się natomiast z osobistą klęską, zapowiadając możliwość abdykacji; prezentowane przez niego poglądy daleko wybiegają poza formułę działań czysto wizerunkowych; jest uosobieniem postawy pluralistycznej, z szacunkiem podchodząc do każdego „bliźniego” – bez względu na różnicę w poglądach osobistych , w duchu rdzennego (=prawdziwego) chrześcijaństwa, konsekwentnie burzy wszelkie przejawy sztywnych form sztucznego dystansu między duchownym i wiernym – budowanych od stuleci; wyraża (osobistą) gotowość zniesienia celibatu – nie chce iść jednak na otwartą wojnę, (…) ; liczy na proces przemian w Kościele, z nadzieją powrotu do korzeni; jego Wizja Kościoła Przyszłości jest czytelna – To nie może podobać się „arystokracji” Kościoła i musi rodzić silny opór …
Mniej więcej tak to zrozumiałem.
Dla mnie jest to interpretacja wiarygodna i przynajmniej równoprawna.
Na pewno papież Franciszek jest papieżem innym od dotychczasowych standardów papieskich. Chociaż po Janie Pawle przyzwyczailiśmy się do madialnej strony papieskiej (tutaj oczywiście Franciszek odbiega od niezwykle teatralnego Wojtyły), to pewne jego zachowania mogą zaskakiwać. Przede wszystkim zaskakuje czasami swoją normalnością. Ten argentyński papież po prostu pokazuje się czasami jako normalny człowiek bez wielu dotyczasowych pompatycznych elemntów, chociaż wiele można by na tym polu jeszcze podreperować jak np. herby, tytuły, stroje, ceremoniał feudalno-bizantyjski, itd. Itd. (mnie np. nadal drażni sposób manifestowania kleryckiego ubioru: dlaczego wzór „katolickości” ma się przejawiać w noszeniu sutanny, stroju, który ni jak się ma do historycznego Jezusa; czemu pepież wreszcie nie zdecyduje się na chodzenie „na krótko,” tak jak większość biskupów to na co dzień czyni? od ponad wieku bowiem garnitur a nie sukienka jest typowym męskim strojem…). Zaskoczeniem jest dla nas, że papież sam niesie swoją teczkę, mieszka w prawie normalnym mieszkaniu, mówi „Dzień Dobry,” jeździ zwykłym samochodem, itd. Jakże daleko zatem papiestwo odbiegło przez te setki lat od normalności, że dziś zaskakuje nas, iż papież zachowuje się normlanie? To brzmi przecież absurdalnie. Franciszek czasami powie lub zrobi coś, co normalność, przywoitość czy zwykła empatia oczekuje od normalnego czlowieka – a my się tym zawchwycamy (a niektórzy katolicy bardziej papiescy od samego papieża próbują pokrętnie tłumaczyć to zachowanie w mediach…).
Jeżeli zaś wejdziemy nieco głębiej w działalność obecnego papieża, to – jak słusznie zauważa prof. Obirek – widać jasno, że Franciszek nie radzi sobie zupełnie ze „starymi, kościelnymi wyjadaczami.” Któryś rzymski kurialista słusznie kiedyś zauważył: „Papieże się zmieniają – my jednak pozostajemy…” I chyba jesteśmy tego świadkami: po kilku latach pewnych prób zmodyfikowania kurii (do reformy jeszcze bowiem bardzo długa droga), kurialny wrzód znowu powraca. Obrona kurialnego status quo jest przecież wyznacznikiem katolickiej tradycji, i to tej najgorszej, z tórą Kościół boryka się niemal od początku. Papież sam nic tu nie poradzi nawet przy najlepszych chęciach. A wrażenie mam takie, że od początku Franciszek nie zamierzał poważnie podchodzić do zreformowania niereformowalnej kurii. Skoncetrował się, i słusznie, na krytykowaniu zmaterializowania kleru – jednak na ogół przyjęte to zostało jako zbyt wyidalizowane oczekiwanie. Próbował (wreszcie) realnie spojrzeć na problem rozwodników i ich miejsca w Kościele – i tu napotkał na zaporę gotową okrzyknąć papieża heretykiem. Trudno rozważać, czy Franciszek od początku zdawał sobie z tego sprawę i od początku skapitulował, robiąć tylko piękne aczkolwiek puste gesty (jak to powiadają: „mądrą minę do głupiej gry”). Czy też, Franciszek – jak wielu idealistów – „chciał, ale mu nie wyszło.” Jedno jest pewne, nie powinniśmy się spodziewać wielkich zmian w czasie tego pontyfikatu. A następny najprawdopobodniej również niczego konkretnego nie wniesie. Kościół, niestety będzie jeszcze bardzo długo dryfował po głębinach abrudów jakże dalekich od przesłania galilejskiego nauczyciela.
To właściwie samodzielny wpis, który znakomicie się nadaje na wielkotygodniową refleksję na wszystkich katolików.