27.11.2020

Wszystkie nasze oceny zależą od sytuacji. Na dłuższą metę nie da rady udawać mądrego. Wystarczy, gdy się zabierze głos. Wtedy od razu wiadomo, że jest to głos zakutego łba. Ale, gdy będzie milczał, przez długi czas może uchodzić za człowieka wielkiego umysłu.
Tego rodzaju filuta opisał Balzak. Namalował portret męża Marii Luizy Anais de Bargeton, starawej kochanki głównego bohatera „Straconych złudzeń”. Ów rogacz maskował swoją głupotę za pomocą trzymania języka za zębami, bowiem zdawał sobie sprawę, że kiedy coś powie, z mety wyjdzie, kim jest.
Połowica prowadziła tak zwany salon literacki, on zaś pełnił w nim milczącą rolę wicegospodarza. Nie miał innego wyjścia, tylko trzeba mu było być interesującym, mądrym, elokwentnym i zabawiać prowincjonalnych notabli przybywających do jego domu.
A że „bawić gości”, oznaczało dlań, „być poddawanym towarzyskim torturom”, wymyślił sobie cwany sposób na erudycję: przed inwazją gości uczył się, wkuwał w siebie łaciński cytat, jakiś fragmencik błyskotliwego sformułowania użytego przez kogoś znanego. W trakcie konwersacji z zaściankową śmietanką tak manewrował i naprowadzał rozmowę, by móc powiedzieć: NATOMIAST W TYM TEMACIE WIELKI MYŚLICIEL CYCERO RZEKŁ TO i TO. Niedbale rzucał łacińską sentencją prosto w rozdziawione gęby salonowych gości. Co wzmacniało opinię o nim, że jest chodzącą encyklopedią.
Teraz wystarczy przenieść się w dzisiejsze czasy. Wyobrazić sobie, że przytoczony delikwent nie jest postacią powieściową, tylko przebywa na jawie: siedzi w sejmie i cuchnie mądrością. Lub przebiera się za męża stanu i decyduje, kto ma rację: psy, czy ogon.
Z racji psychicznej urody zadowala się bezrefleksyjnym powtarzaniem cudzych wypowiedzi. Sam niczego nie powie, bo nie potrafi wykrzesać z siebie nic innego, niż to, co usłyszy od swoich niegramotnych doradców. Więc w ten sposób jego prawdziwe oblicze zostanie ujawnione dopiero wówczas, gdy nastąpi zmiana władzy. Do tego momentu nie ma takiej siły, która by tego dokonała.
*
Są prawa niezmienne na niby. Żeliwne, acz mało żelazne. Stalowe dla ubogich. Prawa przestrzegane pro forma. Kodeksy p o s t ę p o w a n i a ż y c z e n i o w e g o.
Jestem zwolennikiem przestrzegania postanowień i mam zamiar ich dotrzymać. Ale czy zdołam?
Tu dopada mnie wątpliwość. Ogarnia refleksyjna zawierucha myśli. Toteż idę po rozum do głowy i zadaję sobie pytanie: czy zawsze i wszędzie nakazy te są możliwe do dotrzymywania? A jeżeli ktoś je respektuje, to jak go nazwać? Jak określić, kim jest? Rygorystą, czy zaślepionym frajerem?
*
Są prawa sezonowo słuszne i dlatego ich przestrzeganie jest niewykonalne. Przytoczę niektóre, łamane nagminnie.
Nie zabijaj.
Powiedzmy, że jako sędzia mam wydać wyrok w sprawie wielokrotnego mordercy. Zabił całą rodzinę, a zanim tego dokonał, pastwił się nad nią ze szczególnym okrucieństwem. Z czego był dumny, z lubością zagłębiał się w detale swojej zbrodni, a w swoim ostatnim słowie rzekł, iż gdyby dano mu szansę, zrobiłby to jeszcze raz, bo kocha zabijać.
Nie kradnij.
Znaczy to: nie kradnij WCALE. Jednak jeśli nie kradniemy samochodów, rowerów i sakiewek, to czy możemy mówić, że jesteśmy uczciwi? A co z internetowym oprogramowaniem, co z piractwem płytowym lub beztroskim wynoszeniem z pracy różnych materiałów biurowych?
Kochaj bliźniego swego, jak siebie samego.
Czy mam kochać mordercę mojej rodziny, pedofila gwałcącego moje dziecko, faceta, który z dzikim entuzjazmem życzy mi śmierci, bo dowiedział się, że mam raka?
Żyjemy w społeczeństwie. Mordercy, złodzieje, pedofile, terroryści. żyją poza nim. Są na marginesach dla szubrawców. Nie są ludźmi. Nie są moimi bliźnimi.
Słomiany zapał
Od czasu do czasu, jak uporczywy giez, prześladuje nas chętka na prędziutkie dokonywanie zmian. Chcemy zluzować swoje poślady, dokonać w sobie jakiejś modyfikacji, jakiejś naprawy, coś nas męczy i nie pozwala patrzeć na siebie, jak na ludzi wolnych od wyprysków na sumieniu.
Za dużo palimy, kaszlemy coraz częściej, dusi nas, z trudem łapiemy smogowe powietrze, a na dodatek ciągle słyszymy, że ten przestał, tamtemu się udało, więc kombinujemy, że chyba i nam nie zaszkodzi spróbować, bo a nuż.
Pijemy też. Pociągamy nieźle, bo jak bez jednego na zapęd, tak całkiem na trzeźwo przetrwać z tym wybrakowanym światem, argumentujemy. W pracy jest nam również nie tak, jakbyśmy pragnęli. Szefostwo wymaga, byśmy byli aktywni, kreatywni, dyspozycyjni, co nie zawsze jest możliwe. Mamy więc zgagę i poczucie winy. Ale jest sposobność, by pozbyć się moralnego kaca. Sposobność ta ma tytuł: obietnice.
Przy lampce szampana, rozbawieni, roztańczeni, uniesieni powszechną euforią, składamy solenne śluby: od jutra won z przywarami, od jutra będziemy zacni do ostatniej kropli krwi. Będziemy dbać o zdrowie, jegomość Prezes odzyska do nas zaufanie, da nam premię, podwyżkę i przelotny awans.
Lecz upojna euforia kończy się bladym świtem i, jak w piosence: wszystko przemija nam, bo dopada mnie refleksja: wszak obietnice składamy częściej. A to żonie, że przestaniemy ją bijać regularnie co tydzień i ograniczymy się do jednego razu na miesiąc, a to narzeczonej, że nie spojrzymy na żadną inną w każdy wtorek.
Przykładów mamy po grdykę, a dni obiecanek frygają po kalendarzu i coraz nam ciaśniej w krainie przesadnych deklaracji i coraz nam bardziej żal tych naszych wygłupów z dotrzymywaniem słowa.
ps.
Nie wszyscy ulegli dominacji idiotów i nie każdy dał się zauroczyć tandetnym gustom dyktatorów umysłowej nędzy! Jeszcze są ludzie wrażliwi! Nadal istnieje piękno, film, książki, muzyka, malarstwo, chodzimy do teatru. Nasze obecne mody i rankingi, oglądalność i pozostałe wciórności, wkrótce zaczną wyciągać kopyta i zdychać na potęgę, jak szczury w „Dżumie”. Obecni troglodyci brykną w niebyt, a większość z nich wejdzie do szpar i na powrót stanie się bezkresną małością.

Marek Jastrząb
Pisarz
Debiutował w 1971 roku na łamach „Faktów i Myśli”. Drukował także w wielu innych czasopismach swoje opowiadania, felietony, eseje, recenzje teatralne i oceny książek. Jego prozatorskie miniatury były wielokrotnie emitowane w Polskim Radiu w Bydgoszczy.
źródła obrazu
- jastrzab: BM
