19.12.2020

Czy państwo to firma? Taka duża firma o międzynarodowym znaczeniu i takim też zakresie działania?
Wystarczy chwila, aby stwierdzić, że tak. Tak można myśleć o państwie w innym niż prawniczy języku. Jeżeli zaś tak, to idźmy dalej w szukaniu podobieństw i różnic w działaniach, w systemach zarządzania i kierowania państwem i firmą.
Założenie, jakie poczyniłem na wstępie, jest mi potrzebne do tego, by omówić stan polskiego państwa, w którym od przeszło pięciu lat rządzi Zjednoczona Prawica — a właściwie PiS, czyli Jarosław Kaczyński.
Państwo i firma to skomplikowane organizacje. Zachodzą w nich bardzo złożone — czasem burzliwe — procesy, zapadają decyzje o znaczeniu strategicznym. I w państwie i firmie mamy do czynienia z zarządzaniem i kierowaniem. Różne są podstawy prawne, różne obowiązują procedury — ale jedno jest wspólne: i tam i tu funkcjonują zespoły kierownicze, i tam i tu są ludzie zajmujący pozycje i odgrywający rolę społeczną szefa, prezesa, dyrektora czy kierownika.
Jeśli tak, to pomyślmy — czy mogłaby jakaś firma, duża organizacja, być tak zarządzana i kierowana, jak dziś państwo polskie?
Nie trzeba subtelnych analiz i uczonych wywodów, aby dojść do wniosku, że nie. Taka organizacja musiałaby upaść. Upaść pod presją albo jej akcjonariuszy/pracowników, albo pod presją czynników ekonomicznych na czele z utratą płynności finansowej.
Nasze dotychczasowe krytyczne uwagi wobec rządów „dobrej zmiany” skupiały się (i słusznie) na dużych problemach — takich jak Trybunał Konstytucyjny, Sąd Najwyższy, przestrzeganie Konstytucji, trójpodział władz i inne z tej samej półki. Było oczywiste, że te problemy są ważne tylko dla niektórych, dla zdecydowanej mniejszości polskiego społeczeństwa. Większość obywateli brała 500+ i mówiła, że nareszcie jest władza, która dba o prostego człowieka, że jak mówiła, że da — to dała, a nie tylko mówiła.
Myślę, że to była i nadal jest główna przyczyna wysokich, chociaż malejących ostatnio wskaźników poparcia dla PiS. To właśnie dlatego szybko zapominano fatalne wpadki i ewidentne błędy rządu i pozostałych organów władzy państwowej.
Dawało to rządzącym złudne poczucie, że mogą wszystko, że żadna ulica i zagranica nic im nie zrobią: hulaj dusza, piekła nie ma.
To wtedy można było z posła Sasina robić ministra a później wicepremiera polskiego rządu; Sasina, którego nazwisko weszło do języka potocznego neologizmem „sasinić” — i nie jest to pozytywne dla noszącego to nazwisko posła. To wtedy można było zrobić z posła Suskiego ważnego członka kierownictwa państwa, zapamiętanego z komisji śledczej jako domagającego się adresu Katarzyny Wielkiej, którego rozbrajającą niekompetencję mógł zobaczyć każdy. To wtedy można było czynnych posłów, bardzo jednoznacznie określających się na politycznej scenie posłać do Trybunału Konstytucyjnego jako orzekających sędziów.
Takich przykładów można podać bardzo wiele. Nie miało to większych skutków dla państwa. W ostatnich wyborach jako suweren — my, Polacy — powierzyliśmy znowu rządy prezesowi Kaczyńskiemu, wybierając jego większość sejmową, jego prezydenta — a w senacie prawie, prawie.
Jest jak jest. Ale czy tak będzie nadal?
Chcę postawić prostą tezę – tak dalej nie będzie, już się nie da. I nie dlatego, że władza zmądrzała, tu nie ma zmiany. Zmieniło się pole gry. Z dużych i trochę abstrakcyjnych problemów zeszliśmy na poziom konkretu. Pandemia i wskaźniki umieralności stawiające nas na drugim, niezaszczytnym miejscu w Europie po Bułgarii, pogłębiająca się niewydolność polskiego systemu lecznictwa, zapaść gospodarcza, której nie da się łatwo zasypać nawet pieniędzmi z programów pomocowych Unii Europejskiej, których zresztą nie chciał rząd ani prezes w imię obrony suwerenności (czytaj dalszej bezkarności w demolowaniu państwa prawa).
To są konkretne problemy, to zrozumie większość Polaków poza tymi, którzy tworzą sektę wyznawców prezesa Jarosława i Tadeusza Rydzyka z kościoła toruńskiego. Ich nic nie przekona — ale ich jest niewielu w stosunku do całej sceny politycznej.
Wchodzimy w nowy okres: trzeba będzie wykazać się sprawnością w realizacji stawianych przez siebie celów.
Jestem pełen czarnych myśli czy to się rządzącym uda. Chciałbym, aby im się udało. Sprawa jest tak ważna, że dobrze życzę nawet temu rządowi. W walce ze śmiertelnym zagrożeniem nie ma miejsca na polityczne swary.
Nadzieja umiera ostatnia, nadzieja jest też matką głupich – zobaczymy, która z tych mądrości jest bardziej prawdziwa.
Obserwując jednak zamęt i chaos decyzyjny w sprawie akcji szczepień na koronawirusa można przypuszczać, że szybciej umrę niż to się rozstrzygnie w realu.
Zobaczymy, już teraz, w tych dniach, jak rząd sobie poradzi z organizacją akcji szczepień, jak poradzi sobie z niesfornym społeczeństwem, które, jak zawsze, wykaże się wielką kreatywnością w obchodzeniu zarządzeń i prawa. Zobaczymy, jakie zaproponuje formy pomocy dla całych branż i regionów dotkniętych skutkami potrzebnych i słusznych restrykcji ograniczających nasze swobody w czasach epidemii.
Takich wskaźników sprawności rządzących mogę podać tysiąc. Ważne jest tylko to, że to nie są abstrakcyjne wartości. To są konkrety, które rozumie każdy. A ci, których dotyka to szczególnie – najbardziej !

Zbigniew Szczypiński
Polski socjolog i polityk. Założyciel i wieloletni prezes Stowarzyszenia Strażników Pamięci Stoczni Gdańskiej.

Jeśli tak, to pomyślmy — czy mogłaby jakaś firma, duża organizacja, być tak zarządzana i kierowana, jak dziś państwo polskie?
Nie trzeba subtelnych analiz i uczonych wywodów, aby dojść do wniosku, że nie. Taka organizacja musiałaby upaść. Upaść pod presją albo jej akcjonariuszy/pracowników, albo pod presją czynników ekonomicznych na czele z utratą płynności finansowej.
Sądzę inaczej. Weźmy za przykład USA. Światowy kryzys rozpętały amerykańskie banki, za którymi szybko podążyły inne. Spektakularne plajty (najpierw banków, potem innych podmiotów) tysiące ludzi bez pracy jako skutek bezpośredni i miliony później, wyludnione całe dzielnice. Przesłuchania w Kongresie i co? Nic. W obliczu załamania, państwo wzięło na siebie zadłużenie sprawców. A co to oznacza? Oznacza to tyle, że po raz kolejny odpowiedzialność przerzucono na obywateli, którzy i tak już zostali poszkodowani. Ludzie odpowiedzialni za katastrofę żyją jak gdyby nigdy nic, często nadal działają w branży bankowej. Za ich chciwość zapłacą również kolejne pokolenia. Proszę zerknąć na skalę amerykańskiego długu publicznego. Jaka firma mogłaby funkcjonować w ten sposób? Chyba żadna, a państwo daje radę i może tak plajtować jeszcze całe dekady, przy okazji zaciągając kolejne długi.
Akurat dług firmy może wyznaczać przepływy inwestycyjne, co z reguły ma miejsce.
PS. Panie Tadku ja tu ciągle widzę Pański palec..
I to jest bardzo słuszne spostrzeżenie, tyle, że proszę też zwrócić uwagę na inwestorski, bo struktura inwestycji wskazuje, iż ów przeinwestowany kraj, to jedynie fasada. Inwestorzy mają to do siebie, że lubią mieć kontrolę. 25 bilionów to całkiem spory obszar kontrolny. Długi można spłacać na rozmaite sposoby, ale spłacać jednak trzeba. Żeby tylko komuś nie wpadł do głowy jakiś globalny reset zadłużenia.
Zwróciłem uwagę na nieadekwatność przykładu – wskaźnik rozwoju jakim jest wzrost PKB jest ściśle powiązany z kredytem. Ostatni kryzys amerykański miał wiele wspólnego z uprawnieniami banków inwestycyjnych na rynku finansowym.
„Jestem pełen czarnych myśli czy to się rządzącym uda. Chciałbym, aby im się udało.”
W profesjonalnie zarządzanej organizacji bardzo trudne cele osiąga się dzieki umiejętnościom, organizacji pracy, przywództwu i mądrze zaplanowanym działaniom współnym, działaniom ogółu. Tymczasem u nas ma „się udać”!
Skala wyzwań przed którymi wspólnie stajemy jako zbiorowośc sprawia, że nic nie moze sie udać. Medzy innymi z następujących powodów:
– bardzo niskich lwalifikacji kierownictwa en bloc i pojedynczych jego członków,
– źle zorganizowanej pracy i fatalnym strukturom,
– braku nowoczesnego przywództwa & przywództwu negatywnemu,
– źle lub wcale nie zaplanowanym działaniom.
Społeczeństwo, o którym wspomina autor nie jest niesforne a kompletnie zdezorientowane z powodu chaosu nieprzemyślanych lockdownów, idotycznych obostrzeń – ferie, stoki narciarskie, załamanie służby zdrowia,
NIe uda się, bo nie ma przesłanek aby sie powiodło. To co nas czeka będzie znacznie gorsze i przerażające (ofiary) niz do tej pory. NIe sadze jednak aby rządzacy dobrowolnie zrezygnowali ze swojej fatalnej strategii niszczenia państwa polskiego. Opozycja nie umie albo nie chce podjać planu ratunkowego.
Pomysł aby zestawić państwo i firmę jest tylko symboliczny. Państwo to nie firma a firma to nie państwo – chodziło mi tylko konstrukcję umożliwiającą porównania. Ocena stanu naszego państwa zawarta w pańskim komentarzu to to na czym mi zależało. Dramatyczne tego skutki odczujemy wszyscy, rządzący w wymiarze biologicznym w najmniejszym stopniu – dla nich nie zabraknie miejsca w rządowej klinice ani respiratora. Rząd się, jak zawsze, sam wyżywi – jak stwierdził to klasyk. My nie.
Mimo wszystko liczę na polski cud – zdarzenie które nie powinno się zdarzyć a zdarzy się i przetrwamy.
Tak, to łatwo zdekodować, że odniesienie państwa do firmy ma charakter symboliczny. Oczywiście skutki będą dla nas obywateli dramatyczne, a nawet tragiczne, a „rząd sie jakoś wyżywi”. My też się wyżywimy, choć nie tak dobrze jak rząd. Oczywiście, że przetrwamy, chociaż wyjdziemy z tych terminów jako społeczeństwo mocno przetrzebieni. Wielu z nas będzie musiało rozstać się z naszym najcenniejszym darem – życiem. Odwołując sie do slów znanej piosenki: „…odpadnie stu, lecz następni pójdą dalej…”.
*
Polski cud – takie zdarzenie, jeżeli zaistnieje, może być ważnym wsparciem . Chciałbym podzielać Pańską wiarę, bo ona jest nam właśnie potrzebna do przetrwania. Wiara i determinacja to istotne składowe przetrwania – one stanowią właśnie przesłanki polskiego „cudu”.
*
W trakcie pisania tego komentarza słucham audycji Jana Emila Młynarskiego „Wesoła warszawska fala Janka Młynarskiego” w internetowym Radio Nowy Świat. Dzisiaj przypomniał on przedwojenne nagrania polskich kolęd. Nasze kolędy w większości pochodzą z XVIII i XIX wieku i jak słusznie zauważył Młynarski, są jedynymi elementami staropolskiej kultury, które przetrwały do dzisiaj w niewiele zmienionej formie. Te elementy przetrwały niezależnie od wiary czy religijności Polaków, jako element tradycji, a nie jedynie religii właśnie.
*
Pamiętam z dzieciństwa jak przy stole wigilijnym spiewaliśmy kolędy i jak rodziła się w nas – wszystkich śpiewających – atmosfera szczególnych wiezi i poczucia siły. Potem tę atmosferę wigilli co rok przenosimy na kolejne pokolenia. Siła jaka tkwi w kulturze i tradycji polskiej jest nie do przecenienia, chociaz to siła „miękka” trudna do uchwycenia.
Pare lat temu wzruszyłem się opowiadaniem o ambasadorze brytyjskim w Polsce, który w XVIII wieku był na konsultacjach w Anglii i uprosił swojego króla, aby ten zechciał go wysłać do Polski z odpowiednim wyprzedzeniem, tak bardzo bowiem chciał zdążyć aby spędzić wigilię w Polsce.
*
Pochodzę w dwunastym pokoleniu z rodziny, która przywędrowała do Polski z Saksonii za chlebem, bo wówczas nadmiar rzemieślników powodował tam masowe bezrobocie i biedę. Moi przodkowie od wieków byli młynarzami – prowadzili wiatraki. Po przybyciu do Wielkopolski rodzina bardzo szybko się spolonizowała. Z przekazów rodzinnych wiadomo, że już w drugim pokoleniu moi prapradzadowie posługiwali się polskim, a po niemiecku znali tylko pacierz. W trzecim pokoleniu umieli po niemiecku już tylko się przeżegnać. Oczywiście procesowi polonizacji pomagały matki, które „od zawsze” pochodziły z polskich rodzin. Było jednak coś jeszcze. Tym czymś jest właśnie dość trudna do określenia siła kultury, tradycji i stosunków międzyludzkich w Polsce, które dla przybyszy z zewnątrz sa tak atrakcyjne, że wsiakaja w polskość. Potem kolejni moi przodkowie walczyli i ginęli we wszystkich zrywach narodowych, na wszystkich frontach polskiej walki o niepodległośc. Mój ojciec i jego dwoje rodzeństwa z zachowanym niemieckim nazwiskiem przesiedzieli prawie 5,5 roku w obozach pracy w Niemczech, a w szereoko rozumianej rodzinie nikt nie zdecydował sie na podpisanie volkslisty. Jedna z ciotek mojego ojca, była kapitanem AK i z rozkazu przełożonych podpisała volsklistę, aby móc wykonywać zadania służbowe, za co została zamęczona przez Gestapo.
*
To wszystko napisałem, bo sam zastanawiam się od lat co takiego w kulturze Polaków stanowi ów magnes przyciagający innych. Mam wiele odpowiedzi cząstkowych, ale żadna z nich nie jest wyłączna, ani tym bardziej zadowalajaca. Coraz bardziej przychylam się do przekonania, iż własnie suma tych wielu odpowiedzi składa sie na odpowiedź całościową. Właśnie ta całościowa odpowiedź jest tą „miękką siłą” toźsamości Polaków. Siłą miłości, życzliwości, uczynności, altruizmu, wybaczania, akceptacji, empatii i serdecznosci… oraz wielu innych, dobrych ludzkich postaw, uczuć, cech i zachowań. To chyba właśnie ten „cud” i dzięki niemu jako społeczeństwo przetrwamy, choc pewnie jakaś częśc naszcych bliskich… już się nie odliczy.
Właśnie takie rozumienie wiary miałem na myśli pisząc o cudzie – polskim cudzie. Wszystkim zainteresowanym poważna analizą polecam książkę Marianny Mazucatto – „Przedsiębiorcze państwo”