23.01.2022
Co to znaczy ofiarować komuś konia z rzędem? – Pytanie takie padło któregoś dnia na antenie radia Zet w ramach uatrakcyjniania programu wciąganiem słuchaczy do wspólnej zabawy, rzecz w tych czasach niezbędna do podnoszenia słuchalności czy oglądalności. Jakaś panienka dodzwoniła się jako pierwsza i coś tam wygrała. Ale nie w tym rzecz, co innego nagle zwróciło moją uwagę.
Wiadomo z pogranicza podstawówki i szkoły średniej, że obdarowany drzewiej koniem z rzędem mógł się czuć doceniony i zaszczycony, bowiem był to dowód uznania wyjątkowych zasług, o nie tylko praktycznej, ale i sporej materialnej wartości. Pchnięty satyrycznym impulsem zacząłem się zastanawiać, cóż mogłoby znaczyć wyrażenie z przestawionym szykiem wyrazów, czyli: ofiarować komuś rząd z koniem. Tak i ruszyło z kopyta w tym kierunku. No bo moiściewy! Obecni otóż z bożej łaski nam niepanujący nad niczym politycy, ci z najwartościowszej w dziejach Rzeczypospolitej opcji, ofiarowali nam wspaniałomyślnie ni mniej, ni więcej, tylko rząd właśnie… z koniem.
A właściwie w koniu ten rząd. Trojańskim!
Przy błyskawicznej głębszej analizie wyszło mi, że, na miarę teraźniejszości, model to owego konia nader uwspółcześniony. I nie był to bynajmniej wielkopański gest wart docenienia i wdzięczności. W dodatku z góry sugerujący kłopoty i straty. Żarty? Absolutnie!
Zaraz zaraz – chwila refleksji – ale czy w zaślepieniu to nie my sami sobie tego konia wprowadziliśmy jak ongi Trojanie?
Proszę tylko powrócić pamięcią do piętnastego roku trzeciego tysiąclecia. Wtedy, kiedy głosami wymanewrowanych wyborców pojawił się na terytorium Polski, wywołując w wielu trzeźwo myślących kręgach niedowierzanie, enigmatyczny twór z dykty i tektury, wielce przydatnych notabene materiałów mających z czasem posłużyć do zbudowania nowego polskiego składu bezładu. Kiedy to z wnętrza tej maszkary powyskakiwały niewyględne, ledwie w pośpiechu ociosane, trojańskie koniki i z żywotnością owsików rozpełzły po wielu zakamarkach ministerstw, urzędów centralnych i terenowych, samorządowych nie oszczędzając.
I, niby matrioszki, dalej dzieląc się na jeszcze mniejsze figurynki, poroznosiły wszędzie wyciągniętą z lamusa filozofię, oraz dekonspirujące je na odległość resztki słomy i trocin wyściełających bebechy transportowego monstrum. Niejedna z tych komandosów łajza do dziś buja się gdzieś tam na biegunach własnej niekompetencji i arogancji. Albo wytrwale próbuje wydrapać dostęp do zasobniejszego koryta i medialnego zaistnienia.
*Spektakularnym tego przypadkiem miał być desant do Parlamentu Europejskiego, z tuzem nowej ekipy abordażowej, profesorem, a jakże, na czele. Jednym z tych, co to na Niemcach jeżdżą jak na łysej kobyle, ale na ich kasie i gruncie siedzą bezwstydnie od lat. Zakusy zakończone falstartem – banda zagalopowała się bezczelnością i zmuszona do powściągnięcia cugli, zmarginalizowana, poprzestała na kontrowaniu, szkalowaniu i opluwaniu. I inkasowaniu euro.
Trojany na krajowej arenie natomiast, obecne już prawie we wszystkich nadwiślańskich atomach, od lat infekują i rozkładają organizm państwa.
- Jak ten krystaliczny kłamca z potwierdzającym to sądowym certyfikatem, absolutnie pozbawiony honoru szef polskiego rządu. Bezwolny, bo sparaliżowany partyjnymi układami i bezwarunkowym oddaniem swojemu Geppetto.
- Jak ten zajadły mściciel odwołany z banicji, metodycznie rozjeżdżający obowiązujące prawo własnoskleconym bezprawiem. Bomba kasetowa pokrywająca polem rażenia wymiar sprawiedliwości całego kraju. Szczodry patron bojówek piątej kolumny.
- Jak jeden z najgenialniejszych agentów, ten serdeczny przyjaciel pomocnika aptekarskiego z Łomianek. Pogromca rodzimej wojskowości i obronności, wyznawca i tropiciel spektakularnych teorii spiskowych. Psim swędem nadal na garnuszku podatników.
- Jak ci cyniczni zaklinacze pandemii, dla partykularnych interesów, wespół z antyszczepionkowymi szkodnikami, kładący na łopatki system opieki zdrowotnej. Narażający na niebezpieczeństwo bezprzykładnie poświęcający się sprawie medyczny personel i swą indolencją zwiększający śmiertelność wśród pacjentów.
Ci zakłamani uzdrowiciele polskiej waluty, którzy poprzez topienie złotówki w niespotykanym przypływie inflacji, likwidują – co za różnica: bez skrupułów, czy przez niewiedzę, głupotę – przedsiębiorczość i gospodarność, a rozbudowują ubóstwo aż do granic nędzy.
- Ten namiestnik – bardzo praktyczny figurant. Jako rezydent najważniejszego pałacu, dla prestiżu i niepoznaki odgrywający rolę naczelnego wodza. Faktycznie zaś tchórzliwy wykonawca woli skrytego za parawanem nietykalności uzurpatora. Niemający nic do powiedzenia, choć gadatliwy. Czasami żenująco błyskotliwy. Wybitnie alergiotwórczy.
No i wreszcie on, osobnik poza prawem, poza wszelką kontrolą i odpowiedzialnością. I krytyką. Na zewnątrz chroniony przez doborowy oddział bodyguardów, posesja całodobowo w gestii policji, a w pomieszczeniach otoczony stadem podręcznych bęcwałów. Państwowa kasa znacząco partycypuje w kosztach ochrony. Do życia społecznego nie wnosi nic oprócz siania fermentu i demonstrowania własnej patologicznej potęgi. Zwolennik zakulisowej dyrygentury. Coraz częściej sprawia wrażenie poważnie naznaczonego demencją.
Wszyscy oni razem to notoryczni malwersanci i rozkradacze publicznych pieniędzy. Hurra zwolennicy przekopywania kanałów, tworzenia centralnych portów komunikacyjnych i budowania elektrowni widm, bez uzasadnienia ekonomicznego, wbrew społecznym protestom. Finansowania ośrodków propagandy i kultu religijnego, mniej lub bardziej szemranych organizacji i stowarzyszeń wyznaniowo-patriotycznych. Bezmyślni i bezlitośni w trwonieniu wspólnego majątku nawet w czasie kryzysu światowego doby pandemii i gigantycznych kosztów ponoszonych na walkę z nią. Nieludzko groźni.
*
To nie cała lista przecież. Nie sposób w felietonie uwzględnić wszystkich zasłużonych. Jest ich tylu, że przydałby się Narodowy Powszechny Spis Polskich Koni Trojańskich. Tymczasem należy mieć oczy i uszy otwarte. I demaskować. Koń, jaki jest, każdy przecież przekonuje się codziennie.
Trojanie przegrali omamieni złudą przedwczesnego zwycięstwa. Polacy gremialnie, wygląda już na to, wyostrzyli swą nieufność i zaczynają nie dawać się w konia robić. Przejrzeli na oczy? Pewnie też. Ale zaczynają boleśnie odczuwać na własnej skórze skutki legislacyjnej galopady i okładania szpicrutą gdzie i kogo popadnie. Nieźle to rokuje, o ile jeszcze nie za późno. W każdym razie dzieje się i pewnikiem dziać będzie. Miejmy tylko nadzieję, że nasz polski przypadek nie jest trojańską zagrywką raptusa zza wschodniej miedzy, tego maniaka politycznego, którego tylko patrzeć jak konie poniosą w niezrozumiałym dla cywilizowanego świata wielkomocarstwowym cwale.
WaszeR Londyński
