Jerzy Łukaszewski: Jak długo można stać na głowie?7 min czytania

()

25.06.2022

Obraz zawierający stare, kościół, miejsce kultuOpis wygenerowany automatycznie

Stanowczo sprzeciwiam się nazywaniu ob. Sasina Jacka, s. Wojciecha i Ireny idiotą tylko dlatego, że wygłosił ostatnio spicz namawiający firmy, by „w tych trudnych czasach nie maksymalizowały zysków”.

https://www.gov.pl/web/aktywa–panstwowe/jacek–sasin–apeluje–do–firm–by–w–trudnych–czasach–nie–maksymalizowaly–zyskow

To nie idiotyzm, to symbol. Symbol nadchodzących czasów, do których z nostalgią wzdychała całkiem poważna część społeczeństwa. Wielki Powrót już się zaczął. Budząc się należy sprawdzać, czy już wzywają do jakiegoś czynu społecznego (np. przy budowie lotniska w Baranowie) czy jeszcze nie.

W każdym razie ob. Sasin Jacek, s. – j.w., zasygnalizował model działalności wszelakiej, daleki od drapieżnego i nieludzkiego kapitalizmu, a oparty na dobrej woli władzy, która takim firmom łaskawie pozwala istnieć i płacić podatki. Całkowita zmiana, prawda?

Zasada jest ciekawa – kiedy nie dajemy sobie z czymś rady, co robimy? Oczywiście – reformę!. Tłumaczymy, że dotąd wszyscy źle rozumieli cel, do jakiego dążymy itd.

Dotyczy to każdej dziedziny ludzkiej aktywności. Nawet medycyny. Ktoś naiwny mógłby pomyśleć, że medycyna istnieje po to, by chronić i ratować ludzkie zdrowie!

Okazuje się, że nie. Po co więc istnieje? Ostatnio często się nad tym zastanawiam.

Jedną z przyczyn, która mnie do tego skłania jest sytuacja w szpitalu miejskim w Toruniu, która jak w soczewce skupia w sobie wszystkie cechy przyszłościowej wizji naszej umiłowanej Ojczyzny.

Najważniejsza jest „waaaadza” jak to mawiał Jacek Fedorowicz, a co ta „waaadza” robi, to już zupełnie inna sprawa. Obywatel niech nie docieka, bo mu przypomną znaczenie tego słowa – obywatel, czyli ten, który się obywa.

Swego czasu zaistniał we wspomnianym szpitalu konflikt między jego dyrektorką, prywatnie eksżoną prezydenta miasta, a założycielką jednego z oddziałów (neurologii). Pani dyrektor nie ruszyła wprawdzie palcem, by oddział powstał, ale nie zapomniała wypinać piersi po medale, kiedy już funkcjonował odesławszy wprzódy założycielkę na emeryturę, żeby przypadkiem zanadto nie „przeszkadzała”.

Pani dyrektor też w końcu odeszła, ale została … doradcą nowej pani dyrektor, z którą „zupełnie przypadkiem” wiążą ją koneksje rodzinne.

Najwyraźniej te rodzinne powiązania wpłynęły na zachowanie nowej szefowej, która za punkt honoru postawiła sobie zniszczenie oddziału hematologii, pracującego jak dotąd z opinią najlepszego w okolicy i to zarówno pod względem wyposażenia, jak i kadry lekarskiej oraz – co bardzo istotne – relacji tejże kadry z pacjentami.

Nie wiem, czy ktoś pamięta, że w starożytnej Grecji szpitale urządzały dla pacjentów koncerty, spektakle teatralne itp. Po co? Otóż ponad 2 tys. lat temu wiedziano już o wpływie psychiki (komfortu psychicznego) na proces leczenia.

Ekipa oddziału hematologii spełniała te starożytne warunki, co jednak nie przeszkodziło nowej pani dyrektor kontynuować zakusów starej, by ten doskonale działający oddział zlikwidować.

Oczywiście nikt tego tak wprost nie nazwie, przecież „nie chodzi o likwidację, a o … reformę”. Reforma miała polegać na wyrzuceniu co najmniej części lekarzy z oddziału pomagającego ok. 5 tys. pacjentów.

Kiedy ordynator oddziału nie zgodził się, natychmiast stał się wrogiem nr 1 dyrekcji i pierwszym kandydatem do wyrzucenia.

Zadawałem sobie pytanie: po co ta cała awantura? Kiedy ktoś bierze się do działania, zwykle ma jakiś cel. Niestety, mimo poszukiwań, nie znalazłem odpowiedzi na to dość przecież proste pytanie.

Opowieści pani dyrektor o „niewydolności finansowej” oddziału okazały się zwykłym kłamstwem, ale nawet kiedy je jej udowodniono nie przeszkodziło to tej pani w dalszym ciągu posługiwać się owym argumentem jako łatwo trafiającym do przekonania ludziom niezorientowanym.

Najszybciej w niebezpieczeństwie zorientowali się pacjenci. Ludzie z chorobami krwi – białaczką, czerwienicą i in. wiedzą, że lekarza, który im pomaga od kilku lat nie zastąpi nawet super profesor, który ni z tego ni z owego pojawi się w szpitalu. Potrzeba dużo czasu by lekarz „nauczył się” konkretnego pacjenta i tej prawdy nie zagada się żadnymi bzdurami i obietnicami.

Pacjenci zorganizowali protest przed szpitalem. Organ założycielski w osobie prezydenta Zaleskiego oświadczył w wywiadzie radiowym, że „nie będzie dociekał, kto namówił pacjentów do zorganizowania protestu”. Łaskawca! Przy okazji nie omieszkał pokłamać sobie dla uciechy wmawiając dziennikarzowi, że „on nie jest w stanie nic zrobić”. Szczerze mówiąc dziwię się dziennikarzowi, że nie zareagował na to ewidentne kłamstwo. Owszem, pan prezydent może zrobić dużo, a przede wszystkim pozbyć się w trybie pilnym dyrekcji szpitala (wraz z „doradcami”), która kolejny raz usiłuje zniszczyć coś, co działa dobrze i może być chlubą miasta (czyli także pana prezydenta). Dziennikarz uznał, że jest tylko „przekaźnikiem”, a szkoda, bo taką funkcję może spełnić nawet pomocnik kowala, niepotrzebny do tego dziennikarz godny tego miana.

Jeszcze ciekawszy jest pomysł dyrekcji na to, kto ma objąć fotel ordynatora od 1 lipca br. Otóż ma to być pan z Warszawy, który swego czasu „opuścił” był to stanowisko w atmosferze skandalu. Cały personel oddziału jak jeden mąż odmówił współpracy z tym panem. (czy jakiś dziennikarz zainteresował się tym dlaczego?) No to kolejne pytanie: jak bardzo trzeba być pozbawionym wstydu i poczucia własnej godności, by po takiej akcji pchać się na siłę na stołek? Aby było ciekawiej – kolega owego eksordynatora już w kwietniu (!!!) tego roku chwalił się znajomym, że „od lipca rządzą w Toruniu”.

Przy okazji dowiedziałem się ciekawych rzeczy o naszym systemie „opieki zdrowotnej”, który naprawdę nie sposób już określać inaczej, jak tylko w cudzysłowie.

Otóż z propozycją ratunku dla pacjentów wyszedł marszałek województwa, pan Piotr Całbecki, sondując możliwość utworzenia wspomnianego oddziału (wraz z kompletnym składem personalnym) w innym toruńskim szpitalu. Okazało się jednak, że wbrew temu, co nam trąbią w mediach politycy, pieniądze z NFZ wcale nie „idą za pacjentem”, ale są przywiązane do instytucji. To kładzie od razu na wstępie każdy projekt ratunkowy.

Kiedy lata temu zakładano oddział hematologii, zaangażowane były w ten projekt zarówno instytucje, fundacje, jak i osoby prywatne. To ludzie nazbierali pieniędzy na doposażenie oddziału tak, by wyglądał, jak obecnie. To nie dyrekcja ani, za przeproszeniem – organ (założycielski) przyczynili się do jego poziomu tak technicznego, jak i fachowego.

Nie wiem co będzie dalej z tym oddziałem na co dzień ratującym życie i zdrowie ciężko chorych ludzi.

Wiem, niestety, że to nie jedyny taki przypadek w Polsce.

I nie jedyny, który media jakoś omijają „na okrągło”. Lakoniczne wzmianki w lokalnych mediach (także państwowej TVP3) kończyły się na podstawieniu pod nos mikrofonu osobie wypowiadającej się. Żaden dziennikarz jak dotąd nie pofatygował się, by zgłębić temat, by wyjaśnić go rzetelnie czytelnikom/widzom.

https://bydgoszcz.tvp.pl/60910643/co–dalej–z–oddzialem–hematologii–i–transplantologii–w–toruniu?fbclid=IwAR36WLxg6cfVCJS4LENH51cFsWt9I0VgYbLSBEyCSW7RPosQgMqpedVfFBU

I to do nich mam największe pretensje.

Tak jak powiedziałem na początku – będę bronił Sasina J. s. Wojciecha i Ireny, ponieważ jest on tylko symbolem, kogucikiem, którego pianie zwiastuje nam nową epokę. Epokę, na której nadejście godzimy się nie robiąc nic, by nie nadeszła.

A co możemy zrobić? – takie pytanie pada najczęściej przy próbach dyskusji.

Możemy. Zacznijmy od myślenia o tym, czego byśmy naprawdę chcieli. Potem już pójdzie z górki …

Jerzy Łukaszewski

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.