Marek Jastrząb: Względność naszych przekonań7 min czytania

()

02.11.2022

Pewniki, za które dałbym się posiekać teraz, jutro, być może, pod naciskiem słońca lub odmiennej fazy księżyca, zmienią swoje znaczenie. Zostaną wydrwione, a to, co dzisiaj jest nagminne, jutro straci modny kolor powszechności i zostanie wycofane z użytku.

.

Rozpoznawalny zapach świąt, rzadko spotykanej czystości, specyficzny smak niektórych potraw, nie mają teraz dla mnie takiego znaczenia, jakiego doznawałem przed laty, ponieważ barwy moich przeżyć zmieniają się razem z otoczeniem. Ich kształt ulega nieprzerwanej korekcie; sprawy istotne dla mnie wtedy, gdy działy się w mojej rzeczywistości, nagle są już poza nią.

Podobnie z fotografiami. Jeżeli zdjęcia dotyczą znanych mi osób, wywołują we mnie wspomnienia, odżywa we mnie pamięć — z ich powodu znajduję się myślami blisko tych, którzy odeszli. Lecz gdy przedstawiają twarze, których nie znam, wyrzucam je do kosza, bo nie są warte ocalenia i zaśmiecają mi miejsce przeznaczone na intymne wzruszenia.

A przecież inni może mieliby odmienne zdanie, bo rzeczy i sprawy błahe dla mnie, dla pozostałych są bezcenne; obce twarze z negatywów, obok których przechodzę jak przez anonimowy tłum, krewny czy przyjaciel osób na nich przedstawionych — chciałby mieć stale, gdyż to, co jednemu nic nie mówi, drugiemu wyciska łzy.

Rekwizyt

Czasem wydaje mi się, że postęp jest ekshumacją, a niekiedy, że restaurowaniem śmietnika; odnowione poglądy mają stary, lekko zmodernizowany zapaszek, ale, niezależnie od faktu, że nastała moda na “wądół”, dziura pozostanie “dziurą”.

Opisano już wiele. Indywidualne lub zbiorowe przeżycia. Rozmaitego kształtu stany. Wzruszenia wspomagające wiarę w człowieka. Złe, czy klawe dzieciństwo. Skarby mitów. Upadki, wzloty. Gorzej czy lepiej utrwalono każdą figurę problemu. Szczegóły, beznamiętne fragmenty zdarzeń, dręczące wizje cudzej wyobraźni, bujny klekot filozoficznych rozważań, słowa upstrzone zdaniami pozorowanymi na autentyczne — wszystko to męczy mnie i wpędza w przerażenie, bo za każdym razem pragnę wyjaśnić, zracjonalizować, uchwycić ten świat w pedantyczne uporządkowanie, w logiczne schematy i standardowe cugle, zrobić z niego rekwizyt owiązany tasiemką, rekwizyt leżący w ozdobnym puzderku, drobiażdżek gotowy do akceptacji.

Jest ze mnie zlepek zastarzałych norm, salomonowe przelewanie z pustego w próżne. Uczestniczę w ciągłej wyprzedaży bubli. W aukcjach nierozwiązywalnych dylematów, które mi oznajmiają: świat nie jest idealny. Łzawimy się, wspominając lata kołaczące w nas nadaremnie, lecz świat nie łzawi się, gdy odchodzimy. Pozostaje lodowaty, jakbyśmy nigdy nie istnieli; odrzuca nas bez żalu. A może tak jest? Może naprawdę tkwi w nas pasożytnicza natura? Może kochamy i umieramy tak samo głupio i pompatycznie, jak żyliśmy?

Skrucha

W moim życiu był okres negowania wszystkiego, co nie miało normy. Lecz razem z upływem lat, przyszło coś znacznie dziwniejszego: ludzie, którzy byli zbudowani prawidłowo, zgodnie z przyjętymi poglądami na estetykę, wydawali mi się nienormalni, a wszystko, co nienaturalne, stawało się prawdziwe.

Sprawy należące do rytuałów, poranne budzenie, mycie, ścielenie łóżka, zajęcia te pozwalały mi nie myśleć o tym, co nastąpi; wreszcie mogłem zajmować się, czym chciałem. Opanował mnie wewnętrzny spokój, jakbym był wypełniony wewnętrzną ciszą i znalazł się poza odgłosami dochodzącymi zza ścian.

Starałem się być bez przerwy pochłonięty pracą. Udawałem, że jestem nadzwyczaj zajęty różnego rodzaju robótkami. Było mi wtedy niezgorzej. Lecz tylko w dzień, bo gdy zbliżała się noc, a razem z nią — strach, popadałem w podłe nastroje i pogrążałem się w przygnębiających rozważaniach. W trakcie tych wędrówek po bolesnych wypomnieniach stwierdzałem z goryczą, że dotychczas żyłem w świecie utopijnym; więcej czułem, niż mogłem zrozumieć. Lubiłem stawiać na swoim, rządzić, wydawać rozkazy, panować nad sytuacją. Byłem kapryśny i po swojemu przebiegły. W decydujących momentach starałem się trzymać rękę na pulsie, choć był to puls anemiczny, coraz bardziej nieważny. Jednak w okolicach śniadania przechodził mi nastrój na prowadzenie dogłębnych ekspiacji. Co z tego, że robię te dołujące podsumowania, że wchodzą mi one w krew, że nawykam do swojej porcji pokuty, nie mogę bez niej zasnąć, a z nią tym bardziej, więc nie wiem, gdzie lekko pobłądziłem, a gdzie na dobre zaniedbałem się w konkluzjach! Świat przecież nadal jest piękny i tego faktu nie zmieni moje czarnowidztwo!

Reprymenda i bilans

Wyjeżdżała z nimi do lasu, pchała ich wózki na świąteczne spacery, pokazywała im drzewa, kierowała uwagę na kwiaty. A kiedy jechali, wpatrzeni w chmury, gdy zwierzali się, że jest im ciężko, że nie potrafią się odnaleźć, kręciła się nerwowo i poważniała, starając się nie dostrzegać ich ułomności.

Nie dawała im poznać, że odbiegają od normy. Zapewniała, że choć rozumie, dlaczego nagromadziło się w nich tyle malkontenctwa, to jest zniesmaczona ich nonszalancją w przedstawianiu opinii o czymś, o czym nie mają pojęcia.

Choć wiedzą, że trzeba trzymać się razem i warto się wspierać, jakkolwiek nadal wierzą w powrót do zdrowia, to przecież za prędko zrezygnowali z walki. Według niej prezentowane przez nich opowiastki są nie na miejscu. Wyraża więc kategoryczną dezaprobatę wobec żartów z nieszczęścia. Sprzeciwia się im, ponieważ ich manifestowane cierpienie jest drwiną z autentycznego.

Więc z przykrością zawiadamia, że dzięki Bogu ma jeszcze zdrowy rozsądek pozwalający jej odróżnić szczere zwierzenia od pozerstwa. Niniejszym oświadcza, że zaczyna ją drażnić lekkość, z jaką przychodzi im użalanie się na zły los, fatum, czy inne usprawiedliwianie własnej bezradności. Sądzi, że ich wyobrażenia o własnych tragediach są przesadne.

Co prawda znajdują się w nietowarzyskim nastroju. Wprawdzie nauki i nawyki wysnuwane z poprzedniego życia prowadzą ich odmiennymi drogami, ale jakkolwiek świat potraktował ich nie tak, jak by chcieli, nie dał im tylu zabawek, ilu pragnęli, zlekceważył ich, wpędzając w gorzkie żale i smętne rozważania, jakkolwiek wie i zdaje sobie sprawę, że nie chodzą i pewnie część z nich już nigdy nie będzie, to niech zauważą, że prócz ich zgryzot są na świecie ludzie, którym powiodło się jeszcze gorzej. Dostali toporne przytulanki, mają większe ograniczenia, słońce znają tylko z bajek, sukcesem jest, gdy mogą samodzielnie odwrócić się na drugi bok i wiele by dali, by choć w ten wózkowy sposób być w lesie.

Toteż radzi im zachowania miary. Egoizm bólu przesłania im odkrycie tej prawdy, że jakiekolwiek cierpienie jest sprawą indywidualną. Osobistą, bo liczą się proporcja i dystans do własnych odczuć.

Przeważnie sądzi się, że choroba wzbogaca, dostarcza intensywniejszych doznań. Przeżycia te jednak niczego nie wzbogacają, ponieważ bzdurą jest, że cierpienie uszlachetnia; część być może, lecz niektórych okalecza.

Choroba ma swoje zwiastuny i epilogi. Czasami wygląda niewinnie, na przejściowy katar, którym nie warto się martwić. Chrypkę tłumaczoną przeciągami. Ale niby rozdział książki, który miał być jej zwieńczeniem, a nieoczekiwanie przeradza się w jej ciąg dalszy i okazuje się, iż pointa będzie w odcinkach, rozłożona w czasie, że to, co miała do powiedzenia, było zaledwie wstępem, próbą pióra, zajawką, szkicem, bo dopiero od tego momentu zaczyna się właściwa, że zostanie poszerzona o nowe wątki, wzbogacona o dzisiejsze odczytania i oświetlenia, tak chrypka, lub katar, są forpocztą grypy z powikłaniami: wieszczą zapalenie płuc, lub wadę serca.

Mimo to z chorobą żyć się da. Lecz jak, sprawa to indywidualna. Można się turlać po zawiściach, szlajać po pieniactwach i bzdurnych roszczeniach, trawić czas na szukaniu winnych, zamykać się w pretensjach do garbatego i mieć wymagania wobec całego świata, ale to niedobry styl. Dobry polega na rozumnym pogodzeniu się z postępującymi nieuchronnościami. Z biologią narastających ograniczeń. Z tym, czego nie potrafi się zmienić.

Byłoby więc dobrze, gdyby zrobili zestawienie. Prywatny bilans zalet i wad. Zamiast bredzić o nieszczęściach, mogliby sporządzić listę miejsc, w których byli, książek, które czytali, powiesić ją na widoku i codziennie konfrontować z listą chorego bez histerycznych reakcji. A wtedy okaże się, że ich narzekania są niedorzeczne.

Ostatnio wydana książka Autora

Autor-Marek-Jastrzab

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.

źródła obrazu

  • jastrzab: BM