09.08.2026
Szanowni Autorzy, Komentatorzy, Czytelnicy,
Panie i Panowie,
Stuknęło mi w tym roku 16 lat obecności na łamach Studia Opinii. Przez drzwi nie zapraszany, pomimo pukania, oknem się wbiłem na wydrę okraszonym kilkoma aktualnymi fotkami tekstem o Banksym. Redakcyjne sito było wówczas cholernie gęste, pomimo nadal kompletowania załogi łajby nieźle utrzymującej się już na falach od półtora roku. Szyper i sternik, w osobach PP. Patronów portalu, wspierali się opiniami kolegium redakcyjnego, ale ich głos bywał kategoryczny i decydujący. Dostawałem sporo po nosie jako ten bardzo chętny, średnio utalentowany, mało obyty. Byłem wszak, jeszcze w zamierzchłych czasach mojej londyńskiej budowlanej poniewierki, tak samorodnym, jak chyba zbyt dużym mniemaniem o sobie. Ale że pisałem o współistnieniu naszych ekonomicznych emigrantów z tubylcami, wszystkimi z londyńskiego tygla, nie tylko Angolami; o polskich tam wydarzeniach, choć głównie na stołecznym gruncie; o wędrówkach po tamtejszych miejskich traktach i zaułkach, tedy dostarczałem jakichś innych kropli do SO-wego krwiobiegu. Zaklepano mnie.
Odrzuty bywały, i owszem, z różnych powodów, przypieczętowywane ciszą nieistnienia, a więc niełatwe do przyjęcia do świadomości. No i w każdym przypadku powodujące rozhuśtanie mojej i tak mało stabilnej w tamtym okresie równowagi psychofizycznej. Od Redaktora Misia, dzięki istnieniu prywatnego kanału łączności, opieprz był konkretny i natychmiastowy. To wszystko jednak za redakcyjnym parawanem, więc wstyd i ból, jako też niezrozumienie, bywały piekące, ale nie zaistniały na publicznym forum; dały się znieść. Cięcia korekcyjne, jako łagodniejsza forma „znęcania się” nad autorem, pomimo że pianotwórcze, z oczywistych powodów lżej strawne.
I tak „firma” dotrwała do dziś pomimo solidnych tąpnięć niemalże z kategorii Zagłada Atlantydy, choć nie jest to już ten sam organizm. Odczuwalne jest specyficzne osłabienie. Poodchodziły do wiecznej pamięci Asy pamiętające prapoczątek, a taśma przesuwa się nieubłaganie. Jednakowoż teksty ukazują się nadal, lepsze, gorsze, krótkie, dłuższe, zawsze będące odbiciem przemyśleń ich autorów. Podupadła częściowo aktywność w sferze komentatorskiej, a to z winy działań reorganizacyjnych medialnego Wielkiego Brata. Jak to w kontekście pewnej sprawy mówił z pełną odpowiedzialnością Bogdan Miś: Studio jest szalenie słabe. Nie mamy ani kasy, ani zaplecza. Szalenie łatwo nas skończyć. Okazuje się, że równie szalenie łatwo w takiej sytuacji jest narzucać pewne rygory. Do rozważenia zawsze był hamletowski dylemat, lub potulne skwitowanie – jest jak jest. I autorsko-komentatorska aktywność.
Dosyć niespodziewanie nadszedł czas, że musiałem zrezygnować z szorstkiej londyńskiej gościnności, wymusiła niejako to pandemia. Lata na karku, dwukrotne, wielomiesięczne w Kraju przyziemienie spowodowane obostrzeniami, wahania na angielskim rynku pracy. Trochę z nudów, trochę z konieczności, po dużej części podbechtywany rodzącą się nową przyjemnością, zacząłem regenerować przywiędłe ociupinkę ojczyźniane korzenie. Poczęły również coraz śmielej zapuszczać korzonki różne drzewka, krzewy, kwietne przecudowności – postanowiłem otóż na oddanym mi do dyspozycji obszarowo dosyć skromnym prawie-że stepowym ugorze stworzyć swój dziwny ogród z jego z jednej strony niebanalną roślinnością, z drugiej z nostalgicznymi elementami zapamiętanymi z głębokiego dzieciństwa. Ogród miał być tajemniczy, niemalże czarodziejski: ładny – do podziwiania, praktyczny – do konsumowania jego plonów, zaspokajający niewyżytą artystyczną energię przy projektowaniu i konstruowaniu ogrodowej architektury, taki trochę też miejscami leśny, dla przywołania obrazu ukochanego lasu. W ramach oczywiście posiadanych niewielkich już sił i środków. Po kilku latach tej mojej z pomocą bliskich mi osób działalności wyszło coś ciekawego, coś dzień w dzień absorbującego uwagę i energię oraz łapczywie pochłaniającego kasę. Ale też coś, co cudne mogło być tylko w opisie uruchamiającym wyobraźnię, niż było takowym w rzeczywistości. Ale to „coś” stało się również miejscem, w którym ludzie i koty znaleźli szansę na odpoczynek, zabawę, medytacje. Na harmoniczne współistnienie. Rewersem tego było jednak odpychanie od siebie jakichkolwiek myśli o powrocie do londyńskiej rzeczywistości, która uporczywie wracała we wspomnieniach, przyśnieniach i nie pozbawionych sensu uwagach i pretensjach najbliższych.
Tak to sobie mniej lub bardziej spokojnie ogrodowałem zachowując ubogi, jednakowoż żywy kontakt ze Studiem Opinii, gdy w pewnym momencie pojawił się Krzysztof Bielejewski. Miałem swoich faworytów wśród dotychczasowych autorów, czytałem w zasadzie wszystkich chcąc wiedzieć co, gdzie, w jakiej trawie… Niektórzy z nich z czasem udali się w najdłuższą podróż, część zmieniła zapatrywania i azymut. Niektórzy po dłuższej nieobecności wracali. Zawsze coś się działo. Po wejściu pana Krzysztofa nastąpiło widoczne na łamach ożywienie związane z jego twórczą płodnością. W artykułach mnóstwo faktów, analiz, a także czysto ludzkich spostrzeżeń dotyczących życia człowieczej gromady, niedoskonałości pojawiających się z biegiem lat w organizmie skądinąd najdoskonalszej ziemskiej istoty, wątków osobistych potwierdzających z krwi i kości jestestwo piszącego. Odkryciem było zaistnienie jego obszernych analitycznych komentarzy, stwarzających wrażenie miniaturowych felietonów.
Nie było moim zamiarem wyprodukowanie panegirycznej treści. Po prostu polubiłem czytanie Bielejewskiego, a muszę tu stwierdzić, że czytam Go nie tylko ze zrozumieniem, ale i z podejrzeniem. Z podejrzeniem w obu znaczeniach: detektywistycznej ciekawości i zasianej nieufności. No i w związku z tym, idąc tym tropem, jestem systematycznie na fb i wizytuję Jego stronę. I oprócz zadowolenia, jakiego dostarcza mi pochłaniana lektura, bywam czytaniem zmęczony, zwłaszcza gdy z rozmaitych powodów potworzą mi się czytaniowe zaległości i zmuszony jestem pochłonąć zwiększoną tekstową masę. Bardziej fizycznie zmęczony, ale i znużony, niezdolny do wychwytywania interesujących mnie niuansów, błędów językowych czy mnogości powtórzeń. Bielejewski nie jest wszak bogiem wszechmogącym, nie jest też w ten czy w inny sposób sztuczną inteligencją. Jest istotą żywą, ze wszystkimi tego konsekwencjami. Jest prawdziwie, rzekłbym nawet niebezpiecznie inteligentny. Tym bardziej, że tę sztuczną potrafi, co dla takiego jaskiniowca jak ja jest rzeczą niepojętą, zaprząc do pomocy.
Mój, wydawało mi się czasami, smarkaty zachwyt nad stylem pisarskim wywołanego do tablicy ma swoje uzasadnienie. Pierwotnie skojarzył mi się z przesuwanymi klatkami slajdów, co powodowały stosowane śródtytuły, zapewniając przy tym tekstowi swoiste przewietrzanie. Bywają Jego teksty rozfalowane, kiedy drobne akapity wędrują cyklicznie jak fala za falą, czasami rozbijając się o zakłócającą rytm frazę tłustego druku. Ja sam preferuję styl malarski: łagodne pociągnięcia pędzla, chwilami może zbyt szerokie, bywa przecięte ostrym promieniem błyskawicy, popunktowane nieraz werbalnym staccato; dużo koloru, od łagodnych pasteli aż po kłujące wzrok ostrości. Zarówno teksty rozfalowane, jak i te wiedzione duszą rozmarzonego kolorysty zasadniczo różnią się od tych prowadzonych przez zwolennika ostrej kreski, niechby znaczącej więcej niż tysiąc słów. Rozumiem tedy częściowo krytyczne stanowisko Pana Andrzeja Markowskiego-Wedelstetta, nadwornego rysownika Studia Opinii.
Bez względu na wszystko zachwyt mój dostępuje systematycznie nobilitacji. Przy wszelkich, jak to w życiu, negatywnych opiniach systematycznie rośnie gromada zwolenników (fascynatów?) maniery pana Krzysztofa. Również takich, którzy nie wahają się przed parafowaniem zdania własnym nazwiskiem. I tu dla mnie, zbyt długo przenoszącego myśli na papier, wiadomość pomyślna: nie tylko nic nie straciłem, ale wręcz zyskałem – drabinka komentarzy pod tekstem konsekwentnie wydłuża się. Komentarzy za i przeciw. Widać po wymianie zdań, że Autor ma satysfakcję z tej konfrontacji, jego wszak pozycja, jego twórczość żyją w świadomości odbiorców, prowokują (chyba nie zmuszają) do aktywności, rozmowy.
A jaką korzyść z tego ma moderator? I tu zmuszony jestem nawiązać do mojego krytycznego komentarza pod własnym tekstem zbyt długo „przetrzymanym” przed publikacją: otóż w redakcji nie ma PP. Redaktorów-Moderatorów, jest tylko jeden, urobiony czasem po pachy, Pan Wojciech Kuszko, któremu niniejszym dziękuję za wyprowadzenie mnie z błędu, jak też wyrażam wdzięczność za prowadzenie Studia. No i w tym momencie – bach!! Żonglując klawiszami laptopa natrafiłem na parującą jeszcze świeżynkę, dla po dłuższym czasie odkrywców niniejszego tekstu podaję w formie linku tytuł tego newsa, koniecznie trzeba przeczytać: Wojciech Kuszko: Felietony Bielejewskiego
Co ja będę dłużej nad tą niby-laurką, ze zbyt obszernym o samym sobie wprowadzeniem, się męczył – Bielejewski jest faktem. Niewątpliwie jest komercyjny, skażony popularnością, przebojowością, umiejętnością posługiwania się współczesnymi narzędziami elektronicznymi. Bywa, zdaniem niektórych, kontrowersyjny. Tekstotwórczo płodny. Posługuje się barwnym językiem bogatym w fantazyjne, błyskotliwe słowotwórstwo. Jednocześnie, jak muzyka popularna, styl ma lekki, łatwy i przyjemny, choć nie brakuje mu na składzie sarkastycznego pieprzu. Da się czytać nie wywołując zgagi ani halucynacji. Trzeba Go czytać bodaj z korzyścią dla osobistej higieny psychicznej.
WaszeR d. Londyński

Panie WaszeRze, przeczytałem Pański tekst z przyjemnością, wdzięcznością i lekkim niepokojem, bo człowiek nieczęsto ma okazję przeczytać osiem minut o sobie i dojść do końca bez wezwania adwokata.
Bardzo Panu dziękuję. Szczególnie za to, że nie zrobił Pan ze mnie ani cudownego dziecka polskiej felietonistyki, ani sztucznej inteligencji przebranej za emeryta, tylko człowieka, który pisze, czasem za dużo, czasem za długo, czasem się powtarza, czasem trafia w punkt, a czasem najwyraźniej w drzwi obok. Taki opis wydaje mi się znacznie bezpieczniejszy od panegiryku. Panegiryki źle wpływają na krążenie.
Jedno tylko chciałbym sprostować: komercyjny nie jestem. Nie piszę dla pieniędzy, nie sprzedaję felietonów na kilogramy, nie mam planu monetyzacji złośliwości ani programu partnerskiego „kup trzy kpiny z Nawrockiego, czwartą otrzymasz gratis”. Pisanie traktuję jako zabawę, odskocznię i sposób kontaktu ze światem.
Zawodowo jestem kimś zupełnie mniej romantycznym: analitykiem, nauczycielem, wykładowcą, choć z upływem czasu coraz mniej czynnym. Przez większość życia zajmowałem się analizą, modelowaniem procesów, porządkowaniem danych, szukaniem związków tam, gdzie inni widzieli stos papierów. Być może dlatego także dziś, kiedy czytam polityczne wiadomości, odruchowo próbuję zrozumieć, co z czego wynika. Niestety często wynika głównie kabaret.
Jestem przy tym liberałem, obserwatorem, złośliwcem i kpiarzem. Nie mam ambicji wygłaszać prawd objawionych. Wolę stać z boku i patrzeć, jak człowiek wspina się na mównicę jako mąż stanu, po czym po trzech zdaniach zsuwa się z niej jako materiał felietonowy.
Może dlatego piszę dużo. Kiedyś analizowałem przedsiębiorstwa i procesy. Teraz analizuję polską politykę, co jest podobnym zajęciem, tylko znacznie trudniej ustalić, kto odpowiada za jakość produktu.
Sztucznej inteligencji też nie traktuję jak ducha wywołanego z maszyny, lecz jak kolejne narzędzie. Używam jej do szukania danych, porządkowania materiałów, skracania, porównywania, sprawdzania tropów. Młotek nie wbija sam gwoździa, kalkulator nie wymyśla równania, a AI nie obudziła się rano z osobistą niechęcią do Jarosława Kaczyńskiego. Tę część muszę nadal wykonywać własnoręcznie.
Natomiast pisanie w Studio Opinii rzeczywiście poczytuję sobie za zaszczyt. Czytam Studio właściwie od początku jego istnienia i przez lata było dla mnie miejscem szczególnym — inteligentnym, niesfornym, czasem drażliwym, czasem przemądrzałym, ale zawsze żywym. Kiedy zacząłem tu publikować, miałem nawet cichą nadzieję, że uda się trochę stronę rozruszać: więcej tekstów, więcej komentarzy, więcej sporów, więcej ludzi zaglądających z ciekawością, co dziś nowego ktoś napisał.
Nie miałem zamiaru zostać jednoosobową brygadą remontową.
Tak jakoś wyszło, że przyniosłem za dużo farby.
Dlatego bardzo dziękuję również Wojtkowi Kuszko. Za cierpliwość, za redagowanie tej łajby praktycznie w pojedynkę i — skoro temat już został publicznie rozstrzygnięty — za pozwolenie mi na dalsze istnienie na tych łamach. Szczególnie doceniam fakt, że podobno codziennie ogranicza moją twórczość, publikując mniej, niż wysyłam. Jest więc moim najskuteczniejszym cenzorem i zarazem głównym dostawcą reputacji człowieka, którego wszędzie pełno.
Panu, Panie WaszeRze, również kłaniam się z szacunkiem. Zwłaszcza że Pański tekst zrobił coś, co w tej całej ostatniej awanturze wydaje mi się najcenniejsze: zamiast rozstrzygać, czy Bielejewskiego jest za dużo, zapytał Pan właściwie, co jego obecność robi ze Studiem.
Jeśli wywołuje rozmowę, polemikę, komentarze, czasem irytację, czasem śmiech — to chyba jeszcze nie najgorszy objaw.
Portal opinii, na którym nikt nikogo nie drażni, nie prowokuje i nie zmusza do odpowiedzi, zaczyna bowiem przypominać bibliotekę po zamknięciu.
Bardzo kulturalną.
Tylko trochę martwą.
A ja, dopóki mogę, wolę jednak trochę hałasować.
Czytam, obserwuję, szperam po i kwerenduję w archiwach…. no cóż, chyba mogę już powitać w SO Kalibabkę Internetu…
(mocno zdziwiony naiwnością odbiorców nawałnicy frazesów i wodolejstwa)
No to jakie to szczęście, że się Pan nie pospieszył z tym adwokatem za całe osiem minut o Panu, bowiem nieskromnie zwracam Pańską uwagę, że mniej więcej połowa mojego tekstu jest o mnie samym. I co?
Być może zbyt odważnie użyłem określenia „komercyjny”, choć przerysowanie też jest mile widziane w satyrze. Nie przepraszam, bo Pan nie z tych, co to zarzucają odwłokiem w boskiej obrazie. Ale wyjaśnienie? – jak najbardziej.
Otóż wyobraziłem sobie, że Pan jako z krwi i kości jednostka ludzka, co podkreśliłem w treści felietonu, posiada też przywary takie jak: pęd do istnienia w kolejnym sensie, środowisku (zaistnienia po każdym kolejnym kroku – tekście), do popularności (wzrastającej), do bycia mentorską wyrocznią (prorokiem?), parafrazując – na każdym miejscu i o każdej dobie, a to się przekłada, to są monety, bardzo wartościowe czasami, które to są Pańskim symbolicznym dochodem, w dodatku ukrytym przed fiskusem. Nie żałuję tego Panu ani nie zazdroszczę. Czy to nieświadomie przesadziłem, czy ze świadomością skorzystałem z parabolicznych możliwości, zdrożnego zamiaru nie miałem. Zrównoważone peany w pozostałej części tekstu.
Dalszego hałasowania życzę.