25.05.2026
Warszawa ma dziś kolor brudnoszary. Taki kolor mają zwykle dni, w których człowiek orientuje się, że coś właśnie pękło, ale jeszcze nie do końca wiadomo co. Tramwaje suną Alejami Jerozolimskimi z tą samą ospałą godnością co zawsze, urzędnicy niosą papierowe kubki z kawą, a w telewizjach informacyjnych eksperci próbują mówić spokojnym głosem o rzeczach, które spokojne już dawno być przestały.
Karol Nawrocki powołał Zbigniewa Kapińskiego na stanowisko Pierwszego Prezesa Sądu Najwyższego. I nagle zrobiło się bardzo ciekawie.
Jeszcze kilka dni temu prawicowy internet wyglądał jak wielka narodowa histeria połączona z konkursem na najbardziej obrażony patriotyzm. Jarosław Kaczyński publicznie dawał do zrozumienia, że Kapiński jest człowiekiem podejrzanym. Powód był oczywiście historyczny, groteskowy i jednocześnie bardzo wiele mówiący o psychice całego obozu PiS.
Kapiński przed laty uczestniczył w składzie sądu, który uznał, że materiały dotyczące Lecha Wałęsy nie pozwalają uznać go za świadomego kłamcę lustracyjnego. I tyle wystarczyło.
W Polsce roku 2026 można przez lata wspierać demolowanie sądów, tolerować polityczne czystki w prokuraturze, przymykać oko na łamanie konstytucji, ale jeden cień sympatii wobec Wałęsy działa w PiS jak czosnek wrzucony do siedziby wampirów.
Najzabawniejsze jest jednak to, że Nawrocki ostatecznie sprzeciwił się Kaczyńskiemu. To pierwszy tak wyraźny sygnał, że nowy prezydent próbuje budować własne miniaturowe księstwo polityczne. Problem polega na tym, że robi to człowiek, który przez całą kampanię wyglądał raczej jak polityczny rekonstruktor historyczny niż samodzielny przywódca państwa.
I właśnie dlatego ten wybór jest tak ważny. Bo wielu ludzi naiwnie uznało, że skoro Kaczyński kręcił nosem, to może Kapiński okaże się kandydatem umiarkowanym. Otóż nie. To nadal człowiek systemu stworzonego przez PiS. To kolejny przedstawiciel środowiska, które przez lata uczestniczyło w budowie nowego modelu państwa — państwa, w którym prawo staje się narzędziem politycznej wojny, a sądy coraz bardziej przypominają pole minowe zastawione przez odchodzącą władzę.
Rzecznik Nawrockiego powiedział dziś coś niezwykle ważnego, choć prawdopodobnie sam nie rozumiał do końca znaczenia własnych słów. Chwalił Kapińskiego za to, że „jako pierwszy sprzeciwił się łamaniu praworządności przez obecny rząd” i potwierdził legalność nominacji Dariusza Barskiego na prokuratora krajowego.
I oto mamy całą prawdę o tej nominacji. Nie chodzi o doświadczenie. Nie chodzi o autorytet. Nie chodzi nawet o kompetencje. Chodzi o polityczną użyteczność.
Kapiński jest człowiekiem, który w najważniejszych momentach stawał po stronie konstrukcji prawnej budowanej przez PiS i Ziobrę. Konstrukcji przypominającej momentami stary blok z wielkiej płyty — wszystko trzyma się głównie dlatego, że wszyscy boją się dotknąć ścian.
Sąd Najwyższy nie jest dziś zwykłą instytucją. To centrum politycznej grawitacji państwa. To tam rozstrzyga się ważność wyborów. To tam można blokować lub przeciągać rozliczenia poprzedniej władzy. To tam można produkować prawny chaos w ilościach przemysłowych.
I właśnie dlatego PiS tak panicznie walczy o wpływy w tej instytucji. Bo jeśli obecna władza odzyskałaby pełną kontrolę nad Sądem Najwyższym, zacząłby się proces powolnego demontażu całego systemu zbudowanego przez ludzi Ziobry. Można byłoby skuteczniej podważać decyzje neo-KRS. Można byłoby rozliczać polityczne nominacje. Można byłoby przywracać znaczenie sędziom odsuwanym wcześniej przez aparat partyjny.
A tego PiS boi się bardziej niż gospodarki zarządzanej przez Mentzena. Dlatego właśnie Nawrocki wykonał dziś ruch pozornie samodzielny, ale w rzeczywistości bardzo korzystny dla całego dawnego układu.
Kapiński nie jest rewolucjonistą. Nie będzie walił pięścią w stół jak polityczny trybun prawicy. I może właśnie dlatego jest dla tego środowiska jeszcze cenniejszy. Bo nowa strategia PiS nie polega już wyłącznie na krzyku. Teraz chodzi o utrwalanie. O spowalnianie zmian. O przeciąganie procedur. O tworzenie sytuacji, w której obywatel po trzech latach przestanie rozumieć, który sąd jest legalny, który wyrok obowiązuje i kto właściwie odpowiada za państwo.
To metoda bardzo trumpowska. Trump również nie niszczył instytucji wyłącznie brutalnie. Najpierw podważał zaufanie do nich. Potem obsadzał je lojalistami. Następnie zamieniał chaos w polityczne paliwo.
PiS robi dokładnie to samo. Polska prawica od lat opowiada ludziom, że broni demokracji. Tymczasem jej prawdziwym marzeniem jest demokracja nadzorowana. Taka, w której wybory oczywiście istnieją, media formalnie działają, a sądy nadal mają tabliczki na drzwiach, tylko wszystkie najważniejsze mechanizmy kontrolowane są przez własnych ludzi.
Kapiński idealnie wpisuje się w ten model. Człowiek spokojny. Technokratyczny. Bez wielkich emocji. Właśnie tacy bywają najgroźniejsi. Bo demokracja bardzo rzadko umiera przy huku czołgów. Znacznie częściej umiera przy konferencjach prasowych ludzi mówiących spokojnym głosem o procedurach.
Jarosław Kaczyński prawdopodobnie już jutro zacznie opowiadać swoim współpracownikom, że to wszystko było częścią większego planu. W PiS zawsze istnieje jakiś większy plan. Nawet wtedy, gdy partia właśnie potyka się o własne sznurówki. Ale prawda jest dużo bardziej ponura. Nawrocki pokazał dziś, że chce być samodzielny i niestety samodzielność nowego prezydenta wcale nie musi oznaczać niczego dobrego. Jeśli Kaczyński był architektem systemu podporządkowywania państwa partii, to Nawrocki wygląda momentami jak człowiek, który chciałby ten system zakonserwować i zamienić w trwały element polskiego krajobrazu. Taki narodowy pomnik chaosu prawnego. Z tabliczką: „Tu broniono demokracji przed demokracją”.
Wieczorem telewizje znowu zaproszą ekspertów. Jedni będą mówić o stabilizacji. Drudzy o kompromisie. Ktoś opowie o doświadczeniu Kapińskiego. Ktoś inny przypomni jego dorobek naukowy.
A zwykły obywatel usiądzie przed ekranem i po raz kolejny spróbuje zrozumieć, dlaczego w Polsce każda rozmowa o praworządności przypomina bardziej psychiatryczny thriller niż debatę o państwie prawa.
I może właśnie to jest w tym wszystkim najbardziej smutne, że Polacy zaczynają powoli przyzwyczajać się do chaosu.
Demokracja, do której ludzie przyzwyczajają się jak do awarii ogrzewania w listopadzie, bardzo szybko przestaje być demokracją.
Krzysztof Bielejewski
