Krzysztof Bielejewski: Trump, czyli pokój przez duszenie4 min czytania

()


23.08.2026

Niedziela jest od tego, żeby człowiek posmarował bułkę masłem, nalał kawy i przez chwilę uwierzył, że światem kierują dorośli.

Potem otwiera wiadomości. Donald Trump ogłosił właśnie „GOSPODARCZY D-DAY” przeciw Iranowi. Nie wiadomo, dlaczego D-Day, skoro historyczny D-Day polegał na tym, że setki tysięcy żołnierzy wylądowały w Normandii, a Trump właśnie tłumaczy, że nie chce walczyć.

Ale Trump ma do historii stosunek twórczy. Normandia, sankcje, golf, Cieśnina Ormuz — ważne, żeby były duże litery. Plan jest cudownie prosty: Iran ma zostać ekonomicznie uduszony tak skutecznie, żeby skapitulował bez wojny. Jedyny drobiazg polega na tym, że Iran może podczas duszenia zacząć się bronić. I wtedy Amerykanie będą musieli strzelać. Czyli żeby nie było wojny, należy stworzyć warunki, w których wojna stanie się konieczna.

To się dawniej nazywało głupotą. Dzisiaj nazywa się strategią.

Trump przypomina faceta, który chce zakończyć małżeńską awanturę, więc podkręca muzykę, zamyka drzwi, odcina żonie kartę kredytową i oświadcza sąsiadom, że sytuacja się uspokaja.

Co więcej, nie wiadomo nawet, czy Amerykanie z Iranem rozmawiają. Trump mówi: nie rozmawiamy. Jared Kushner mówi: rozmawiamy bardzo pozytywnie. Iran mówi, że rozmów nie ma. Oman pośredniczy. Trump grozi Omanowi bombardowaniem, jeżeli Oman będzie mu przeszkadzał.

To już nie dyplomacja. To rodzinny WhatsApp po świętach.

Najbardziej wzruszające jest jednak to, że Trump przez lata sprzedawał się jako człowiek, który nie będzie rozpętywał cudzych wojen. I rzeczywiście. Rozpętał własną.

Teraz większość Amerykanów uważa, że wojna z Iranem nie była warta prowadzenia, 80 procent spodziewa się, że konflikt potrwa długo, ceny benzyny poszły w górę, a poparcie dla prezydenta spadło do 33 procent.

Tak właśnie działa wielki polityczny talent. Najpierw obiecuje się wyborcy, że nie pójdzie do restauracji. Potem zabiera się go do restauracji. Następnie zamawia najdroższe danie, a kiedy przychodzi rachunek, tłumaczy się wyborcy, że kelner jest komunistą.

Nic dziwnego, że MAGA zaczyna pękać. Tucker Carlson, przez lata arcykapłan trumpowskiego kościoła, odkrył nagle, że mesjasz może być człowiekiem. Marjorie Taylor Greene też doznała objawienia. W polityce takie objawienia przychodzą zazwyczaj wtedy, gdy święty zaczyna przegrywać w sondażach. Dopóki czyni cuda, jest prorokiem. Gdy benzyna drożeje — okazuje się administratorem.

I tutaj pojawia się nasz kraj, ponieważ my cudze katastrofy oglądamy nie tylko z zainteresowaniem. My robimy z nich tutorial.

Karol Nawrocki z Donaldem Trumpem ma relację tak serdeczną, że można odnieść wrażenie, iż część polskiej prawicy traktuje Biały Dom jak polityczne Lourdes. Prezydent Polski podkreśla osobiste relacje z Trumpem, odwiedza go, chwali strategiczną więź, broni bliskości z Waszyngtonem.

Sama bliskość z Ameryką jest oczywiście rozsądna. Polska bez Stanów Zjednoczonych miałaby bezpieczeństwo mniej więcej takie jak namiot na Helu podczas sztormu. Problem zaczyna się wtedy, kiedy sojusz z Ameryką myli się z kultem aktualnego lokatora Białego Domu.

Ameryka zostanie. Trump kiedyś pójdzie grać w golfa, a my zostaniemy z własnymi pomnikami.

Nawrocki zresztą coraz chętniej korzysta z trumpowskiego repertuaru: naród, establishment, własna prawda, własna komunikacja i dużo decybeli. Niedawno mówił nawet o obowiązku „narzucania woli narodu”.

Niepokojące zdanie. Naród bowiem ma tę wadę, że liczy prawie czterdzieści milionów ludzi i zwykle nie potrafi ustalić wspólnej woli nawet w sprawie majonezu. Każdy polityk, który ogłasza, że zna wolę narodu, powinien więc dla bezpieczeństwa podać numer seryjny tego narodu i miejsce zakupu.

Trumpizm uwodzi właśnie tą prostotą. Świat jest skomplikowany? To go uprościmy. Iran nie słucha? Udusimy. Europa się sprzeciwia? Obrazimy. Media krytykują? Kłamią. Sąd przeszkadza? Polityczny. Ekspert ostrzega? Elita. Sondaże spadają? Fałszywe. Aż człowiek dochodzi do momentu, w którym jedyną rzeczą naprawdę zgodną z jego poglądami pozostaje lustro.

I może dlatego niedziela jest dobrym dniem, żeby przypomnieć sobie rzecz banalną. Polityka zagraniczna nie jest galą UFC. Nie zawsze wygrywa ten, kto głośniej wejdzie na ring. Czasem wygrywa ten, kto nie musi na niego wchodzić. Trump chciał być prezydentem pokoju. Został prezydentem wojny, którą teraz próbuje zakończyć poprzez stworzenie groźby następnej wojny.

Pokój przez eskalację. Rozmowy przez zerwanie rozmów. Sukces przez ogłoszenie sukcesu.

Jeżeli to jest nowy wzór światowej polityki, mam skromną propozycję dla naszych rodzimych wielbicieli. Nie kopiujmy wszystkiego. Amerykanie mogą sobie pozwolić na idiotyzmy. Mają lotniskowce, dolara i dwa oceany.

My mamy Bałtyk, Odrę i sąsiada, który naprawdę jest Rosją, i może dlatego przed zachwytem nad silnym przywódcą warto zrobić jeszcze jedną rzecz. Pomyśleć. Choćby w niedzielę. Przed drugim jajkiem.

Krzysztof Bielejewski

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.

Odpowiedz

wp-puzzle.com logo