dość dawno temu przeczytałem na sieci reportaż mojej niegdysiejszej redakcyjnej koleżanki na temat nowojorskich wózków z jedzeniem. „rzepa” nie bardzo już nadawała się do czytania, ale pracowało tam jeszcze kilka osób, które lubiłem. d*** jest jedną z nich, więc zatrzymałem stronę w polu widzenia, a przeczytawszy napisałem kilka linijek na mailowy adres autorki.
przemierzałem 5th ave. wiele razy i widziałem te wózki, tylko jakoś nie przyszło mi do głowy, żeby przetestować ten street food, choć w wielu miejscach na świecie: w krajach arabskich, w tajlandii, a jeszcze bardziej w malezji. najdłużej byłem w pinangu (georgetown, ale nikt tej nazwy nie używa na co dzień) – trójnarodowym chińsko-malajsko- hinduskim mieście, architektonicznie przypominającym chiny z lat trzydziestych, takie jak widzi się je na starych zdjęciach. gdyby nie nowoczesne samochody i to, że riksze napędzane są pedałami, a często mają silniki, można by pomyśleć że kalendarz stanął w miejscu, wieczorem tysiące ludzi je kolację na placach. hinduskie i malajskie miejsca są stałe, chiński targ jedzeniowy jest coraz to gdzieś indziej. najbarwniej wygląda malajskie miejsce jedzeniowe, położone na nabrzeżu. przychodzą tam całe rodziny z wypindrzonymi dziećmi. kobiety – szczupłe i smukłe w kolorowych, powiewnych długich sukniach. kiedy zbijają się w gromadkę wyglądają jak stadko egzotycznych ptaków z nieco złamanym w kolorach upierzeniem, bo ta barwność sukienek nie kłuje w oczy. najmniej dbają o przyodziewek mężczyźni. na malajskim targu je się owoce morza. rzuca się je najpierw na wagę, a potem natychmiast na patelnię.
w maroku jadłem co wieczór na powietrzu, otoczony tłumem ludzi – zwłaszcza w marrakeszu.
dżema – el -fna, ogromny centralny plac w medinie zamienia się wieczorem w jedną wielką jadłodajnię dla tysięcy ludzi. biesiadzie towarzyszą dodatkowe atrakcje w postaci story tellers – opowiadaczy, zaklinaczy wężów, nosiwodów w barwnych strojach. plac funkcjonuje do późna w nocy i dopiero nad ranem zaczyna się wyludniać…
street food w nowym jorku nie miał dla mnie tych atrakcji, chętnie jadałem natomiast w delikatesach. upodobałem sobie „the duke” na 41str. miedzy avenue of the americas (czyli 6th ave.) a broadwayem. wybór sałatek i dań był ogromny i wszystko było bardzo dobre. mimo, że miejsce odwiedzały tłumy, tłok był rozładowywany bardzo sprawnie, bo ceny były ujednolicone i opłata pobierana od wagi, na dodatek tuż obok był bryant park, a tam stoliki i krzesła, więc mnóstwo ludzi wynosiło swój lunch do parczku, otoczonego drapaczami i wyglądającego jak zadrzewione i trawiaste dno ogromnej studni.
na kawę i jakiś deser można było pójść tuż obok parczku do dużej piekarni i cukierni „le pain quotidien” na 40 ulicy.
byłem też w koszernej knajpie na „diamond path” – odcinku 47 str. pomiędzy 5 a 6. ave. sklepy z biżuterią oszałamiające od brylantów aż łuna biła, choć często w nienajlepszym guście. ciekawsze było jednak to co działo się na chodnikach przed tymi sklepami. pełno rozgorączkowanych, gwałtownie gestykulujących chasydów, z komórkami w ręku – zupełne przedwojenne nalewki, gdyby nie te telefony. obok – grupki ludzi mówiących mieszaniną yiddish i rosyjskiej grypsery. w innym miejscu hindusi – wszyscy załatwiali jakieś interesy i co chwila byłem nagabywany zapytaniami czy nie mam złota lub diamentów do sprzedania, bo oferowali lepszą jakoby cenę, niż w sklepach. poratowałem się ucieczką do knajpy. wchodziło się do niej wąskimi schodami na trzecie (po naszemu drugie) piętro dość obskurnej kamienicy. właścicielami byli żydzi z buchary. kelnerki i kelnerzy mówili między sobą po rosyjsku do gości – po angielsku, lub zależnie od potrzeby, niekiedy również w yiddish. w karcie dań kaukaskie i uzbeckie potrawy: zupa charczo, jakieś szaszłyki, baranie ragoût i lepeshka – uzbek bread.
byłem też w katz deli na east houston street – najstarszych żydowskich delikatesach w nowym jorku, założonych pod koniec XIX w, w czasach kiedy lower east side była jeszcze żydowską dzielnicą (teraz hester street, pokazywana w kilku filmach, jest juz prawie w całości chińska) na ścianie w sali jadalnej wiszą czarnobiałe zdjęcia wszystkich sław, którzy jadali u katza. teraz w tym koszernym zakładzie, który oferuje catering na shabbat, pesach, chanuke, wesela. bar mitzwę i bóg wie jeszcze co, nie ma już chyba wśród personelu ani jednego żyda, dominują latynosi i afroamerykanie. jeden z nich za kontuarem zapytał mnie skąd przyjechałem. kiedy powiedziałem mu że chcę matzo ball soup i sałatke z kurczaka. skarcił mnie łagodnie: nie przyjeżdża się tutaj z danii po to żeby jeść chicken salad. try this – powiedział, odkroiwszy dwa plasterki pastrami – najlepsze w świecie. zmieniłem zamówienie i wziąłem sandwich z pastrami(znakomity!), który nakarmił, żeby nie powiedzieć zapchał do imentu mnie i moje dorosłe dziecko. potem przeczytałem w jadłospisie, który moja córka wymaniła u personelu i który teraz ozdabia jej kuchnie, że porcja wystarcza dla jednego normalnego klienta lub trzech turystów.
byłem też z dziecięciem i dwiema naszymi polskimi przyjaciółkami z NYC w małej i dość obskurnej egipskiej knajpce w astorii na queensie. jadłospis został wyrecytowany przez właściciela, bo to on właśnie był żywą kartą dań – innej nie było, a opowiadał tak sugestywnie, że ciekła nam ślinka od samego słuchania. jedzenie było rzeczywiście znakomite, wino o wiele mniej. kiedy pochłanialiśmy już deser, przyszli jacyś ludzie i usiedli przy zamówionym wcześniej stoliku obok. scena z jadłospisem powtórzyła się i właściciel wyrecytował słowo w słowo tȩ samą kartę dań, tak samo się uśmiechając i wykonując te same gesty…
jadłem na ulicy jeden jedyny raz – w brighton beach, kiedy zobaczyłem rosyjski pieróg z kapustą i grzybami, coś czego w moim barbarzyńskim kraju przecież nie uświadczę. kiedy posililiśmy się i poszliśmy dalej wzdłuż coney island ave.- głównej arterii dzielnicy, moja córka zobaczyła na straganie tarczę dawida na łańcuszku. wzięła ją do ręki i powiedziała zdumiona: o kurwa, zapominając, że jest wśród słowian (abstrahujac od religii). właściciel straganu, stateczny i kulturalnie wyglądający pan około sześćdziesiątki spojrzał na nas ze zgorszeniem.
– dziewuszka, a rugajetsia kak sapożnik
– jesli błagowospitannaja barysznia iz poriadocznoj jewrejskoj siemji goworit takoje, znaczit imiejutsia osnowanija -powiedziałem broniąc honoru latorośli.
– chciałbym zobaczyć ten powód
podaliśmy mu przedmiot. na rewersie wytłoczony był napis: made in thailand
– no, cóż… w takim żyjemy świecie. równie dobrze moglibyście trafić na coś podobnego w jerozolimie…
appendix z donosem:
ta krótka rozmowa po rosyjsku przywołała gastronomiczne wspomnienie z moskwy. pod koniec lat siedemdziesiątych, kiedy moja duńska gazeta wysłała mnie do ZSRR byłem w restauracji „minsk” na twierskiej (naonczas gorkiego). poprosiłem kelnera, by mi polecił jakieś narodowe białoruskie danie.
– zraz zawijany z kaszą gryczaną…
– jadłem to w warszawie jako typowo polskie danie, powiedziałem ku rozbawieniu dwojga mych rosyjskich współbiesiadników.
– tak, zareplikował kelner. polacy od wieków wszystko nam kradli…
ładne rzeczy! nasza koleżanka alina zaprezentowała kiedyś przepis na wołowy zraz zawijany, reklamując go w dodatku jako popisowe danie polskiej kuchni.
nie wiedziała biedna, że jest propagatorką paserstwa…



Smaków się nie zapomina. Z przykrością stwierdzam, że wspaniałe przeżycia kulinarne młodości pamiętam dokładniej, niż (tak przecież miłe) polegiwania i figle z Paniami). Pocieszam się tylko iż może to dlatego, że było ich znacznie mniej. Więc mocniej wryły się w pamięć. Do twoich a może wspólnych doświadczeń dorzucę unikalne czebureki w kiosku koło Uniwermagu w Moskwie (1975) i rewelacyjne suvlakje które robili w straganie ulicznym na Psichiko w Atenach, dwa kroki od naszej ambasady. Nieporównywalne z żadnymi późniejszymi gyrosami albo kebabami. Aha, i jeszcze ten bimberek na Krecie, robiony tam z rodzynek. Ma chyba 45 gradusów, i perłowy efekt Tyndalla. Nie gorszy niż Chiński MaoTai, choć trochę słabszy. W zacofanych regionach koło Białegostoku osiągamy czasem ten poziom. *
Ta gwiazda Dawida. Może pamiętasz jeszcze pamiątkową rzeczywistość dawniejszą. Wtedy wszystkie nefretetki i buddysie (przypuszczalnie także witzlipuzli, ale nie sprawdzałem) miały na spodzie dumną etykietkę „Made in Czechoslowakia”.
bimberek na krecie? raki? jeżeli tak to piłem, bo podawali mi go tam bez pytania gdy nie było to jedyne zamówienie i dodawali do tego orzeszki, żebym lepiej znosił fuzle.coś jeszcze gorszego piłem tylko w nikozji. zamówiłem to paskudztwo(ktŕego nazwy nawet już nie pamiętam) z czystej ciekawości, bo wszędzie starałem się poznawać smak lokalnego aquardente. cypryjskie było przeżyciem porównywalnym z winem
„masada”, które dostrzegłem na półce sklepowej w ramat gan koło tel-avivu i kupiłem ze względu na nazwę. wystarczył pierwszy łyk by zrozumieć dlaczego obrońcy tego tak dziś czczonego w izraelu miejsca popelnili zbiorowe samobójstwo. byłem przekonany, że udalo mi się odkryć najpodlejsze wino na świecie, ale jak się potem okazało byłem naiwnym optymistą, bo jeszczegorszość jest najzajadlejszym wrogiem złego. smak „masady”okazał się niebiańskim wspomnieniem, kiedy usiłowałem uporać się z egipskim winem, com je zamówił do posiłku w knajpce umiejscowionej na platformie przy brzegu nilu w asuanie.
ale widok na elefantynę,wioskę nubijską i majaczący na lądzie w oddali first cataract hotel był nie do zepsucia…
Widocznie każde miejsce ma swoje dolne i górne półki z wszelkim towarem. Ja byłem na Krecie gościem trzeciego najbogatszego Greka (ówczesna kolejność – Onassis, Niarchos, Doxiadis), więc prawdopodobnie to co piłem do obiadu na ryneczku miasteczka NN pod tysiącletnim drzeweczkiem, to nie mogła być zwykła chara (słowo niby polskie, ale z arabskiego – piekąca paskuda) dla turystów. A te różnorakie gołąbki winogronowe, czyli „dolmy” nie dadzą się ludzkim językiem werbalnym opisać, co filozofowie dawno stwierdzili. Ale my mamy nasze pyzy i kaszankę z cebulką, co też bywają czasem nieopisywalne.
P.S. Trunki lokalne: Irak (pracowałem 2 i pół roku jako visiting, w Bagdadzie i Hilla – Babil). Trudny, ale możliwy do kupienia – ichni arak. Nie da się pić, bo stężenie anyżku wyższe niż alkoholu. Ale Polak potrafi. Miałem dobrą, trzygwiazdkową felladżę (lodówkę). Jak potrzymać w zamrażarce w -30 C, otrzymujemy we flaszce coś w rodzaju tego śniegu w bańce (obywatel Kane). Bierzemy filtr do kawy, przepuszczamy i cała ta naftalina zostaje na filtrze. Pozostałość daje się już od razu pić, albo z dodatkiem wody – jako surogat Pernod. Drugi – jeszcze rzadszy – jordańska whisky. Niby całkiem niezła, i choć „blended” nie niszczy wzroku. Ale następnego dnia, przy siusianiu, cała kabina ma zapach acetonu. Który wydziela się również z potem i znam rodaków, co twierdzili, że jak się położyło rękę na masce samochodu, to pot wyżerał w lakierze matowe ślady. Nie wierzę, bo maska samochodu miała tam zwykle 70 Celsjuszów i można było na niej nawet coś usmażyć. Więc i dłoń. Wino: raz spróbowałem lokalnego. Degustacji nie wykonałem, ponieważ butelka czerwonego, po wyniesieniu z klimatyzowanego sklepiku w takiej polskiej, bardzo rozciągliwej strecznylonowej siateczce, eksplodowała po drodze oblewając mi spodnie. Oczywiście można tam było kupić wszystko z wyższej półki, Dimple, Jaś Wędrowniczek, nawet Glenfiddich, ale ceny były horrendalne. W rezultacie najchętniej chodziłem do Irlandczyków w Al Karh, co mieli tam jako cudzoziemscy najemnicy, prawo wyszynku przyznane przez Amanat Al-Asima (magistrat). Oczywiście to wszystko było w czasie świeckiego okresu rządów Saddama.
Uderz w stół… a odezwie się… kucharka. Obrażona kucharka! Natku, ejże, dlaczego kelner ze znanej i mnie restauracji w Mińsku (w swoim czasie w porze obiadowej była dla gości zamknięta, bo obiad jadł personel) jest dla ciebie większym autorytetem niż ja? Jeszcze gdyby mowa była o Litwinach, można się kłócić, pardon, dyskutować… W końcu zrazy były jedną z ulubionych potraw króla Jagiełły; ale czy zawijane, czy tylko bite? Historia nie precyzuje. W końcu znane są zrazy radziwiłłowskie, też litewskie,te podawane w chlebie… Ale zrazy z Rusi Białej? Hm. Chyba jednak tam ich nie wymyślono, chociaż na pewno jadano.
alino na boga! przecieram oczy ze zdumienia. czy naprawdę nie zauważasz, że to kelner, jest obiektem kpiny, a nie ty?
jestem zaprzysięgłym czytelnikiem twoich gastronomicznych rozprawek i nigdy nie zauważyłem w nich najmniejszej nierzetelności. czegoś takiego nawet sobie nie wyobrażam…
p.s. wywieszki, informujące o przerwie obiadowej dla personelu zakładów gastronomicznych widziałem w moskwie na własne oczy.
raz tylko udało mi się znaleźć coś jeszcze bardziej surrealistycznego. za moich czasów studenckich przechodziłem kiedyś obok restauracji w sopocie. do szyby przylepiona była sporej wielkości wywieszka z napisem: w naszym zakładzie klient ma prawo polemizować z jakością potraw