ach, PIRS-ie drogi, jesteś prawdziwą odtrutką na wszystek jad, sączący się z telewizji.
w zamierzchłych czarno-białych (dosłownie i w przenośni) czasach, nim jeszcze ekrany telewizyjne rozbłysły łuną landrynkowych barw, zapytano któregoś z pisarzy (nie pomnę już kogo) co sądzi o tym nowym medium.
– to wspaniały wynalazek. kiedy wybebeszy się całą zawartość pudła, można w nim urządzić teatrzyk kukiełkowy dla dzieci.
teraz nie ma już znikąd ratunku, odkąd nastała moda na płaski ekran. ideał nareszcie się zmaterializował, bo wytępiono dysharmonię między płaskością przekazu a kształtem ekranu i żaden paraliż nie śmie dłużej tamować postȩpu.
tylko niektóre reakcyjne jednostki, jak wspomniany polski pisarz i znany duński narzekacz na wszystko (kłaniam się państwu) usiłują jeszcze lansować modę na antytelewizjonizm. trzy lata temu poprosiłem dozorcę mej kopenhaskiej spółdzielni mieszkaniowej o wyrzucenie mojego telewizora na śmietnik (historii). a przecież telewizja w danii nie jest jest jeszcze absolutnym wcieleniem zła, bo spośród trzech kanałów telewizji publicznej dwa nie nadają żadnych reklam.
odkąd zabrakło w mym domu pudła, emitującego sraczkę słów z jednoczesną obstrukcją myśli, jakość mego życia wzrosła o 239, 7 % , bo mam czas na czytanie, słuchanie muzyki. przyjmowanie gości i odwiedzanie przyjaciół.
podczas częstych pobytów w kraju też odgradzam się od telewizji, w ramach indywidualnego programu higieny psychicznej, zwłaszcza że nie ma dokąd SIȩ schronić
przed ogłuszającym jazgotem reklam.
ceną za ten izolacjonizm jest stan niedoinformowania, ostro kolidujący z profesją, którą uprawiam od kilkudziesięciu lat.
i tutaj w sukurs przychodzi mi PiRS PIERWSZY WIELKI. jego telewizja jest zwięzła, elegancka, wyczerpująca. nie męczy wzroku, nie psuje gustu, nie drażni i zawiera wszystko, czego należałoby oczekiwać od tego medium.
PIRS-ie, kocham cię i czekam na następne 900 odcinków – chciałbym odświętować twe millenium…
P.S. jackufe – wiem że łączą cię więzy ze światem TV i w swojej niechęci do telewizyjnego medium robię wyjątek dla programów z twoim udziałem. jak widzisz, drzemią we mnie jeszcze resztki ludzkich uczuć.


Wielkie dzięki Natanie! Postaram się zasłużyć na Twoje pochwały i nie obniżyć poziomu (chyba że wraz z mediami)
Telewizor w domu można posiadać, pod warunkiem opanowania dwóch elementów: wyłącznika i portalu z aktualnym programem na dostępnych kanałach. Można w ten sposób trafić jedną – dwie na tydzień pozycje warte włączania odbiornika.
Co do całej reszty – przyznaję się do bezlitosnego pasożytowania u Pirsa i na paru innych blogach.
Co prawda nie fe, tylko pe, ale z aktem. Wiernopoddańczym. Z tv jak z książkami: „ja ich nie czytam, ja je piszę”… I tu przytoczę. W latach 50. (tak to się podobno teraz z kropką pisze) z Viale Mazzini (siedziba Radiotelevisione Italiana RAI) zadzwonili do genialnego dramaturga i twórcy teatralnego, oczywiście wielkiego aktora też – Eduardo De Flippo. „Dzień dobry, tu telewizja” – powiedzieli. „Chwileczkę, zaraz połączę was z lodówką” – odpowiedział De Filippo. I niech tak już zostanie.
O, co tydzień zdarza mi się 2-3 godziny telewizyjne zaliczyć. Kibicuję skoczkom narciarskim i oglądam transmisje nieme – nie wysłuchuję niezwykle irytujących komentatorów. Ponadto w tv Kultura da się z przyjemnością to i owo wysłuchać i obejrzeć. Jeżeli rację miał mój ksiądz proboszcz w dzieciństwie, a nie mój towarzysz sekretarz w młodości – i – jest piekło, a ja tam trafię, to po pierwsze : będą tam pająki, po drugie – będę na wieczność księgową, a po trzecie będę non stop oglądała całkiem zgrabną panienkę, która wije się ekstatycznie z kawałkiem sera brie w wymanikiurowanej łapce. Że też nikt nie pomyślał, że w takim wypadku wszystkie sex shopy musiały by być po sufit zapchane serami brie – a chyba nie są?
Telewizor popsuł mi się w roku 82 lub 83, a że w stanie wojennym nie mogłam zwyczajnie kupić drugiego, przyzwyczaiłam się do życia bez telewizji a nawet wychowałam dziecko bez dobranocki. Z mojego punktu widzenia beztelewizyjność ma tylko jedną wadę: w sytuacjach towarzyskich często nie rozumiem odwołań do znanych wszystkim (prócz mnie) postaci, wydarzeń czy powiedzonek. Uczenie nazywa się to chyba „utratą kodu kulturowego”.
„rozbłysły łuną landrynkowych barw” tak, pamiętam. Pamiętam też mojego ulubionego Kurta W. Marka (Ceram), co pisał wtedy że ona wcale nie jest farbig, tylko bunt.
I te czerwone majtki, co musiały doganiać na boisku szybkiego piłkarza. Te pierwsze piloty, na kilkumetrowych, grubych kablach, których głównym zadaniem nie była zmiana kanału, tylko dostrajanie kolorów. Dla dzieciaka spolitechnizowanego, co go tatuś zmusił w wieku 10 lat do zbudowania pierwszego radyjka (nie paliłem się) zaprzeszłe wspomnienia pełne są techniki. Więc to olbrzymie drewniane pudło enerdowskiego Bethovena, co był pierwszy z UKF-em i miał sześć zakresów krótkich fal, gdzie zawsze można było znaleźć jakiś kiepsko zagłuszony Głos Ameryki albo RWE (oni nie sprzedawali wtedy prądu). Te olbrzymie lampy, co ich już nie było gdzie kupić, więc przylutowywałem na starych cokołach te nowe, mniejsze. I ówczesny szczyt techniki – Stradivari. Też enerdowski, co już nawet przez pół- albo i całą godzinę utrzymywał dostrojenie tej frequency modulation, i można było wysłuchać całego koncertu, a nawet nagrać go sobie na jakiegoś tasiemkowca. Te pierwsze liczydełka kieszonkowe, elektroniczne, co się do nich wkładało wtedy po cztery „minionki”, i jeszcze im się świeciły cyferki. Pamiętam pana inżyniera, co mi się skarżył na ten ganc do dupy wynalazek, co wypycha kieszeń marynary, a przecież on potrafi to samo przy pomocy tego suwaczka logarytmicznego, noszonego elegancko w chusteczkowej kieszonce na lewym biuście. Marynarę miał w jodełkę. Ja byłem lepszy, bo moja była szara, tweedowa, po ojcu, co mi ją dał, jak mu się przetarły łokcie, a ja sobie tam naszyłem gustowne skórzane łaty (matczyna torebeczka). Ta moda ówczesna… mój największy hit, co wszyscy koledzy zazdrościli w szkole, to była kurtka mojego ojca z podchorążówki, z przedwojennymi guzikami i z autentycznym skórzanym paskiem, co go jednak nie ubierałem na wierzch, tylko wciągałem, dla fasonu, w dżinsy. Co oczywiście nosiło się takie ciasne, że pasek był zbędny. Młodzieńców tamtej epoki rozpoznaje się (pod prysznicem) po zbakierowanych nieodwracalnie, przeważnie lewicowych prąciach.
*
W kurtce przestałem się niestety mieścić w szesnastym roku życia. (CWKS Legia) Ale zobaczyłem taką kilka lat później (1963), tak jak na mnie, idealnie dopasowaną, na Tadeuszu Rossie (co to tak syczy? A teraz? Już przestało. – dialogi na cztery nogi)On teraz podobno w Europosłach? Wszystko w nas po trochu parszywieje (Boy).