Zakończone niedawno – z gwałtownym zawirowaniami – negocjacje pomiędzy lekarzami Porozumienia Zielonogórskiego a Ministrem Arłukowiczem budziły irytację wielu Polaków. Wiele osób mówiło – to skandal! Tak nie powinno się dziać! Ha – mam złą wiadomość: otwarte konflikty interesów, twarde negocjacje i strajki to rzecz normalna w gospodarce rynkowej. Powiedzmy sobie wprost – to nic nadzwyczajnego. Zatrzymanie niemieckich kolei raz na jakiś czas paraliżuje gospodarkę najpotężniejszej europejskiej gospodarki; a strajki w General Motors były swego czasu na porządku dziennym.. Ale jest nadzieja – można te spory prowadzić w sposób znacznie mniej uciążliwy dla obywateli…
Punkt wyjścia
Po pierwsze – musimy nauczyć się szanować nawzajem swoje opinie, zaakceptować fakt, że nikt z nas nie ma monopolu na mądrość i dostrzec, że rozsądne porozumienie jest korzystne dla obu stron – zarówno dla protestujących lekarzy jak i ministra. (W tym momencie obie strony zbierają cięgi od opinii publicznej, lekarze tracą pieniądze, a kariera p. ministra staje pod znakiem zapytanie. )
Już nie mówiąc o losie tysięcy chorych pozbawionych na dzień dzisiejszy efektywnej opieki zdrowotnej. Bo przecież nie sposób, by inne przychodnie czy szpitale przejęły wszystkich pacjentów…
Musimy zrozumieć, że w napiętej sytuacji negocjacyjnej obu stronom „mają prawo puścić nerwy” i że nie ma nic niezwykłego, a już na pewno nic niewybaczalnego, że strony zarzucają sobie nawzajem kłamstwo, brak dobrej woli itd… Ważne jest, by rozbudzić wolę porozumienia..
Musimy też zrozumieć obie strony – bo system opieki zdrowia w wielu starzejących się społeczeństwach zachodnioeuropejskich – nie jest w stanie nadążyć za rosnącymi oczekiwaniami i potrzebami społeczeństwa.. Musimymy zrozumieć ministra, który usiłuje z ograniczonych przecież środków zapewnić możliwie najlepszą ochronę zdrowia. Ale też powinniśmy zrozumieć lekarzy, którym nie wszystkie pomysły ministerstwa muszą się podobać; wszak nie raz widzieliśmy rządowe projekty, które były wspaniałe w założeniach, a nie wytrzymywały konfrontacji z praktyką..
Ale przede wszystkim powinniśmy sobie nawzajem dawać szansę – nawet jeśli wiele bardzo przykrych słów padło, choć trudno uwierzyć w uczciwość drugiej strony..
Co robić?
W podobnych sytuacjach często dochodzi do zaostrzenia stanowisk, strony przestają widzieć szanse porozumienia i zaczynają grać na kapitulację przeciwnika. Zwykle jednak mamy dostatecznie dużo sił, by nie dać się złamać, ale za mało, by złamać drugą stronę… Więc – co można zrobić?
Potrzebne są mediacje; ale takie, które nie tylko będą zachęcały do porozumienia „no, dogadajcie się”, ale poprowadzą obie strony drogą, która da maksymalnie duże szanse na znalezienie sensownego rozwiązania.
Sposobem na przełamanie impasu jest okrojone porozumienie „na tymczasem”. W naszym przypadku – jakie elementy wzajemnych żądań trzeba usunąć, by kontrakt był akceptowalny dla obu stron? Może, po wyeliminowaniu niektórych nierealizowalnych – zdaniem lekarzy – usług, dało by się zawrzeć tymczasowe porozumienie umożliwiające uruchomienie strajkujących przychodni?
Dalej potrzebne jest usystematyzowanie wszystkich spornych zagadnień, poszukiwanie kreatywnych rozwiązań, i rozstrzygnięcie kontrowersji w oparciu o obustronnie akceptowalne, obiektywne kryteria…
Wreszcie, po rozwiązaniu wszystkich tych problemów, której jakoś, jednak(!) dało sie załatwić, gdy zostaną najtrudniejsze „zadry” można odwołać się do rozstrzygnięcia kluczowych kwestii w drodze arbitrażu. Jeśli tylko jesteśmy w stanie znaleźć osoby cieszące się zaufaniem i szacunkiem obu stron, gdy zapewnimy im odpowiedni wgląd w sytuacją, a pole niezgody zostało istotnie ograniczone, można już mieć nadzieję, że „wyjdziemy na prostą”..
A na przyszłość..
Minister mówi, że ma dość dorocznego szaleństwa przy podpisywaniu kontraktów. I słusznie. Pacjenci tez mają tego dość. Nie wszyscy jednak będą widzieli tu winę lekarzy z Porozumienia, a rozwiązanie nie może polegać na tym, że jedna ze stron otrzyma prawo narzucania swej woli..
Można natomiast – i należy – już teraz wypracować i wdrożyć procedurę przełamywania tak częstego (jak widać) impasu. Wiemy już przecież, że rozmowy wcale nie odbywały się „w ostatniej chwili”, ale toczyły się od maja..
Co więc można zrobić?
Zakładając, że następne tury rozmów rozpoczynać będą się nie później niż w sierpniu, można przeznaczyć na nie trzy miesiące. Ale już na sześć tygodni przed końcem roku należy uruchomić mechanizm mediacji – ze względu na skomplikowaną naturę sprawy rezerwujemy sobie na to cztery tygodnie. Wreszcie, gdy i to zawiedzie, należy mieć w odwodzie opcję arbitrażu – by uniknąć przeciągającego się konfliktu.
Konflikty są tak naturalne w gospodarce rynkowej jak burze i powodzie w przyrodzie.. I tak samo, jak można się bronić przed szaleństwami natury, tak i konflikty można sensownie uregulować. Trzeba tylko trochę pracy i sporo dobrej woli.
Paweł J. Dąbrowski
RODC, AIMM, SBSSF



Negocjacje to rzecz normalna, ale bezczelnośc gangu z Zielonej Góry na pewno nie była normalna. Pytałem doskonałego prawnika czy lekarze złamali prawo które im zabrania odmowy przyjmowania pacjentów bez wypowiedzenia kontraktu i stwierdził że to było niedopuszczalne.
Lekarze w publicznej służbie zdrowia, powinni mieć absolutny zakaz strajkowania, podobnie jak strażacy i policjanci.
Prywatne gabinety niech sobie zamykają.
Z tymi, którzy strajkowali nie podpisałabym w przyszłości kontraktów.
Niestety, ale minister miał rację – to nie są lekarze, to biznesmeni, którzy walczyli wyłącznie o większą kasę i jak najmniejszy zakres obowiązków.
„Dobrem pacjentów” sobie tylko gęby wycierali ……
Ależ ci lekarze zamknęli właśnie prywatne gabinety. A gdyby Pani nie podpisała „w przyszłości” z nimi kontraktów, w kilku województwach (lub, jak kto woli, w kilkudziesięciu powiatach) pozbawiłaby Pani niemal zupełnie ludzi dostępu do podstawowej opieki zdrowotnej. Domyślam się, że pisze Pani z miejsca, które nie było w ogóle zagrożone taką katastrofą. Niestety, ale minister uprawia propagandę, a Pani bezwolnie sie temu poddaje…
Bzdura, ci lekarze właśnie byli bez kontraktów. Żadne prawo, żadna przysięga ani żadna etyka nie nakazują lekarzowi podpisywać umowy z ubezpieczycielem. Z kolei ci, którzy nie podpisali kontraktów, nie mogli zgodnie z prawem otworzyć gabinetów, chyba że miałyby być dostępne za opłatą, za co zjedzono by ich żywcem.