Andrzej Lewandowski: O prezesie… bez nartek6 min czytania

()

polska szwecja ręczna2015-01-27.

ECHA WYDARZEŃ: Trwają – w Katarze – mistrzostwa świata w grze, którą my nazywamy czasem szczypiorniakiem. Od podkaliskiego kiedyś Szczypiorna, w którym jeńcy – legioniści w to grali.

Ciekawie rozwija się owa ręczna robota. Emocje od pierwszej minuty po ostatnią sekundę. Piłka lata z prędkością samochodu, w starciach pewnie trzeszczą kości. I te niewiadome. Ostatnio, nasi „nie mieli prawa” wygrać ze Szwedami, (bo też sławni, a my jakąś kontuzją osłabieni), a wygrali. Po meczu wspaniałym, pełnym męskiego charakteru.

Co dalej? Będzie, co będzie, ale już, co było – oku, uchu i sercu miłe… Nawet senatora Andrzeja widzę tam na fotkach, w nastroju entuzjazmu… Mnie nikt nie proponował ekskursji…

…Rajd Monte Carlo. Ten, który lat temu dziesiąt traktowaliśmy, jako okno na świat dla naszego sportu samochodowego. Bo w motocyklowym staliśmy już twardo – Sześciodniówki, kilka sławnych w światku nazwisk. A własny świat samochodowy dopiero się marzył… Syreny, Warszawy, Fiaty, jako nadzieja oraz luksus… Maluch, jako sen złoty, za 69 tysiaków, a wcześniej wymarzony talon… Dziś z produktami made in Poland jest ciut gorzej, ale po Zasadzie, Jaroszewiczu i innych mistrzach tamtych czasów mamy… Roberta Kubicę. I wciąż wielką ochotę na sukcesy.

Pan Rober w RMC namieszał, ze hej. Do mety nie dojechał, bo pod koniec zawiodły hamulce, a kolejny murek okazał się za twardy dla auta – dwa koła odpadły, ale mocne wrażenie zostawił. Jeździ jak szatan, auta czasem nie wytrzymują tego, co im panarobertowy styl narzuca. Materiałowo, konstrukcyjnie. Rozliczne rowy, dachowania i podobne „sytuacje nadzwyczajne”, woli nie osłabiają. Kraksa, bywało – że chirurg i szpital, a potem on znów – do przodu! Z jednej strony – imponuje, z drugiej – zachwyt nad poziomem opanowania samochodu nie chce we mnie zatrzeć wrażenia, że takie wyzywanie losu, jako norma uprawiania ryzykownego przecież sportu jest jednak niepokojące. W każdym razie, ja – emocjonując się jazdą młodego kierowcy, wciąż się o jego los boję… A wołałbym klaskać szampańskim eksplozjom na metach.

…Panna Justyna też mi spokój narusza. Sportowo jakby wciąż w dołku. Może płytkim, pozornym, ale dołku. A przyzwyczaiła – siebie i nas – do podium. I odzwyczaić się trudno od sytuacji, że każdy kolejny start traktuje się jako okazję oraz swego rodzaju obietnicę. Prawda życia sportowego jest zaś taka, że nie zawsze nadzieję daje się przekuć w sukces. Zwłaszcza, gdy czas biegnie, a budulca już się zebrało na kilka pomników sławy… Z „czytaniem obrazu” poczekajmy jednak do mistrzostw świata. Może niepokoje przyjdzie odszczekiwać, czego Pani K. i sobie życzę…

Zresztą, co ja będę gadał, niech Pani Doktor sama mówi o sobie; w blogu wciąż jest szczera i wciąż bywa „rogata”, co – wyznam – bardzo mi się podoba:

„…W zimie, w miejscach zaśnieżonych, nie ma lepszego sportu dla ludzi. Na nartkach może chodzić i trzylatek, i jego 90 – letnia prababcia…

Kariera Adama Małysza dała przykład, jak to powinno wyglądać. Był sukces, było ogromne zainteresowanie, napłynęły pieniądze, skoki zyskały tak wielu sprzymierzeńców, że udało się w końcu i stworzyć system wyszukiwania talentów i przebudować albo wybudować skocznie, na których najmłodsi mogli iść w ślady mistrzów. To mogło się udać również w biegach. To powinno się udać w biegach, bo budowa tras jest znacznie tańsza niż budowa skoczni, a korzystać z nich mogliby nie tylko ci, którzy są gotowi uprawiać sport wyczynowo. Ale się nie udało. I będzie coraz większym wyrzutem sumienia, bo o wymówki trudno. A być może już przespaliśmy najlepszy czas. Zabrakło tylko – i aż – determinacji. Pieniądze na pewno by się znalazły. Nawet mój główny sponsor chciał kilka lat temu wyłożyć kilka milionów na budowę trasy nartorolkowej na Kubalonce. Marzył mu się wspólny projekt z PZN-em. Firma daje pieniądze, związek zadba o inne szczegóły, plany, profile. Sprawa utknęła. Sponsor poprosił związek o pomoc jeszcze raz, ale znów nie było dalszego ciągu. Pomysł upadł.

Dużo się ostatnio pisało o tym, że powinnam skończyć z wyczynowym sportem. Każdy mądry, każdy ma swoje argumenty. Również takie, z których wynika, że jeśli nie jesteś na podium, to jesteś nikim. Muszą to pisać i mówić bardzo ambitne jednostki. Świetnie. Ja też jestem bardzo ambitna. Ale to, co się teraz dzieje, to nie jest problem ambicji. Choć końca moich kłopotów zdrowotnych nie widać, choć nie wszystko się układa, ja chcę walczyć. I będę walczyć. Zostaję w biegach. Nie dla trofeów, nie tylko dla siebie. Również po to, by zainteresowanie biegami nie spadło do poziomu sprzed moich sukcesów. By dalej męczyć prośbami o trasy dla Polaków. By nie pogubić ludzi, którzy się wokół mnie zebrali. By to wszystko miało jakiś dalszy ciąg. Wielu kibiców już miłością do nartek zaraziłam. Może i prezesa Tajnera w końcu ten wirus dopadnie.”

Nartki – jakże pieszczotliwie…

Będą halowe mistrzostwa świata. PZLA dawno ogłosił mobilizację – sił oraz aspiracji. Około tysiąca kandydatów ma stanąć do boju o minima.

W takiej kuli mężczyzn, żeby się dostać do reprezentacji trzeba uzyskać „wskaźnik PZLA” 19,80. Bardzo mnie interesuje, jak się w tej fazie zaprezentuje młodziutki Konrad Bukowiecki; metrykalnie jeszcze nie senior. Będzie się zmagał z seniorską kulą – 7,26 kg. A w próbach ze sprzętem stosownym do metryki bijał rekord za rekordem, Niedawno pchnął kulę o wadze 6 kg na odległość 22,38 m i o trzy centymetry poprawił w mityngu w Toruniu rekord świata juniorów. Rekord należał on do mistrza globu Niemca Davida Storla.

…Szanuję pamięć i wkleję, co opublikował w sieci Edward Czernik, jeden z dawnych tuzów skoczni wzwyż:

„Drodzy sympatycy sportu, w tym roku minęło 50 lat od ustanowienia mojego rekordu życiowego i dotychczasowego rekordu Polski w skoku wzwyż stylem przerzutowym. 30 lipca 1964 roku był niesamowitym dniem. Mimo deszczu i nieciekawej pogody na zawodach w Hëssleholm w Szwecji, ustanowiłem nowy rekord Polski wynikiem 2,20 m zwyciężając moich największych europejskich i światowych przeciwników. Minimalnie strąciłem 2, 25 m. Okrzyknięto mnie „człowiekiem sprężyną”..

Tak, tak proszę PT Państwa – 2,20 stylem przerzutowym… Inna epoka skakania, a wynik po dziś znakomity. Pamiętamy! Podobnie, jak pamiętamy, że 49,28 pan Ireny Szewińskiej w Montrealu – 1976 – po dziś wyznacza rekord Polski na 400 metrów…

Andrzej Lewandowski

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.

One Response

  1. Mieczysław Bryzgalski 08.02.2015