Marian Marzyński: Kinga i ja

marzynski 32015-01-28.

24 lata temu, gdy w bólach porodowych rodziła się Kinga, w innych  bólach powstawał mój ambitny projekt: po zdobyciu z amerykańskiej agencji informacyjnej 124 000 dolarów na szkolenie polskich dziennikarzy telewizyjnych pojawiłem się w hotelu “Victoria” obok ówczesnego prezesa TVP Mariana Terleckiego i ambasadora USA w Polsce Thomasa SImonsa, przyjaciela z czasów mojej emigracji marcowej i w takie odezwałem się słowa:   – Wybraliśmy 22 młodych ludzi,   których  będziemy uczyć  niezależnego dziennikarstwa, a gdy zacznie się kampania wyborcza, ten zespół nada program pod tytułem  „Telewizja wyborców”.  

Niedługo potem pewna zazdrośnica telewizyjna, która nie trafiła do grupy wybranych, zawiadomiła swego tatusia, solidarnościowego senatora, a ten zawiadomił rząd, że z ambasady amerykańskiej przychodzą w kopertach do telewizji gotowe scenariusze kampanii wyborczej. „Czy Pan Marzyński zrobi nam pierwsze niepodlegle wybory?” – pod takim tytułem tygodnik “Solidarność” ogłosił, że pod płaszczykiem neutralności powstaje zagraniczna próba wpłyniecie na wynik wyborów…

Pieniądze oddałem sponsorom i z listą niedoszłych autorów „Telewizji wyborców”, wróciłem do domu.  Były na tej liście dwie dzisiejsze “gwiazdy”: Tomasz Lis i Monika Olejnik, ofiary  zachodnich formatów dziennikarskich, w które nie udało się im wpisać własnej, polskiej inteligencji: Tomek leje wodę mrugając pięknymi oczami; Monika sprzedaje reklamy za bycie wiedźmą. Ćwierć wieku temu mieli tyle lat, co dzisiejsza Kinga, która odzywając się po moim filmie  „Anya”, znów zainteresowała mnie generacją Polaków  w wieku mojego twórczego wykluwania się w Polsce.

Droga Kingo, 

Z twojej inspiracji wpadłem na taki pomysł:   pod roboczym tytułem  ZOSTAĆ FILMOWCEM chciałbym zrobić film, zaczynający się od egzaminów wstępnych do gdyńskiej szkoły filmowej, potem kontynuowany z wybranymi studentami przez czas ich studiów. Ten typ długofalowego filmowania jest dla mnie organiczny, w ten sposób  zaciera się bariera miedzy dokumentem a fabuła i jak we śnie, którego psychologia/fizjologia ma coś z montażu filmowego, dokumentalna prawda dostaje skrzydeł. Dla mnie, który kiedyś bylem kandydatem na filmowca,   byłby to nostalgiczny powrót do siebie sprzed poł wieku, a szczególnie do Gdyni, gdzie  zrobiłem swój debiut „Powrót statku”. 

Pomysł  jest tak w dziesiątkę trafiony (przy okazji potraktowałbym to jako element  uczenia  ich  robienia   filmu), że prawdopodobnie dyrekcja szkoły filmowej się go wystraszy (nie pozwolimy  pastwić  się nad naszymi studentami!), Ale pośle go im, bo widzę w tym kulturotwórcze przesłanie o tym, jak w skomercjalizowanym świecie rodzi się bunt w młodym umyśle i jak wykluwa się twórczy talent równolegle z toczącym się – „życiem”.

M.

Panie Marianie,

 Jest mi niezwykle miło, czuję ogromną satysfakcję z tego, że w jakikolwiek sposób mogłam „zainspirować” Pana do takich myśli. Szczególnie zdanie odnoszące się do słów: „w skomercjalizowanym świecie rodzi się bunt w młodym umyśle i jak wykluwa się twórczy talent równolegle z  toczącym się – „życiem”, oddaje esencję właśnie tego, co chciałam Panu przekazać i jak bardzo męczy mnie bycie „wytworem” współczesnego świata, z tak ogromną wrażliwością i niemożnością wyrażenia tego wszystkiego, z czym się nie zgadzam, a co muszę przyjmować z pokorą, bo „tak należy”.

Bądźmy w kontakcie. Dziękuję za umieszczenie mojego maila na Pana blogu. Wiele to dla mnie znaczy.

Kinga

Marian Marzyński

Print Friendly, PDF & Email

WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com