W fabryce dochodziło niekiedy do zatargów wśród załogi i jedna z polskich pracownic w ferworze kłótni , zwymyślała swą koleżankę od niemieckich kurew. Mój ojciec wykazał się siłą charakteru, jakiej się nawet się nawet po nim nie spodziewałem. Później, w latach 50. i 60. nigdy już nie zdobył się na samodzielną ocenę sytuacji. Powtarzał propagandowe slogany o zachodnioniemieckiej żądzy odwetu i strofował mnie za niedocenianie niebezpieczeństwa ze strony militarystów i odwetowców.
Ale w owych czasach, bezpośrednio po wojnie, nie był jeszcze spętany strachem, odbył więc rozmowę z polską dziewczyną.
– Pomyśl, jeżeli zaczniemy traktować Niemców tak jak oni postępowali z nami, to staniemy się tacy sami, a wówczas możemy całe to nasze tak ciężko wywalczone zwycięstwo wsadzić sobie w dupę, bo to oni będą prawdziwymi zwycięzcami. Teraz już wiesz dlaczego nie mogę tolerować takich zachowań. Przeprosisz publicznie swą koleżankę…
Podczas przerwy obiadowej niemiecka pracownica została przeproszona na oczach całej załogi. Dziewczyny podały sobie ręce. Sprzeczki zdarzały się nadal, ale nigdy już nie padał argument, że jest się Polakiem lub Niemcem. Często jednak obserwowałem w różnych miejscach antagonizmy w stanie wrzenia. W mojej klasie mieliśmy koleżankę z imieniem i nazwiskiem nie nasuwającym żadnych podejrzeń (już nie pamiętam po tylu latach, jak się nazywała). Mówiła bardzo nieporadną polszczyzną, z silnym niemieckim akcentem, stała się więc szybko przedmiotem docinek i drwin. dziewczyna smutniała w oczach, aż któregoś dnia przestała przychodzić na zajęcia.
Pewnego dnia przyszedł do klasy dyrektor szkoły – polski gdańszczanin sprzed wojny.
– Wasza koleżanka dostała przez was rozstroju nerwowego i wzięto ją do sanatorium na kurację. Jej ojciec był działaczem polonijnym w Wolnym Mieście. Zginął w Stutthofie. Jej mama rozchorowała się od tych przeżyć, a ponieważ nie mogła w tym stanie zapewnić dziecku należytej opieki, koleżanka wasza została w trybie administracyjnym zabrana z domu i oddana niemieckiej rodzinie na wychowanie.
W klasie zapanowała cisza i siedzieliśmy wszyscy ze spuszczonymi głowami…
Przyjechałem do Gdańska na wiosnę i kiedy poszedłem do Kuratorium, żeby załatwić sprawę mojej dalszej nauki, powiedziano mi , że spawa musi zaczekać do początku nowego roku szkolnego. Poszedłem do Urzędu Zatrudnienia i otrzymałem skierowanie w charakterze ucznia ślusarskiego do fabryki maszyn przy Grunwaldzkiej, w jakimś miejscu między Wrzeszczem a Oliwą.
Nazajutrz, kiedy przyszedłem do pracy, majster wydawał mi polecenia w rodzaju „halaj no ta brechta” i dopiero gdy któryś z moich nowych kolegów wytłumaczył mi co mam zrobić, pojąłem czego żąda majster.
– Czy pan jest Kaszubem? – zapytałem, kiedy przyszedłem by wysprzątać mu kantorek.
– Wiesz, kiedy za Niemca powiedziałem że jestem, wyzwali mnie od głupich Polaków i jakiś życzliwy niemiecki znajomy doradził mi, żebym się za bardzo nie obnosił ze swoją kaszubskością. Jak przepędzili Niemców i nastała Polska, to sobie pomyślałem, że nareszcie będę mógł mówić: tak, jestem Kaszubem. Ale kiedy poszedłem załatwić sprawę do jakiegoś urzędu, usłyszałem ze Kaszubi to nie są całkiem echt Polacy i że bliżej im do Niemców. Więc jak mamy dobrze się czuć tutaj razem, to nie pytaj mnie kim jestem, bo mogę tylko powiedzieć – jestem tutejszy…
Zmarły w czasie wojny mąż pani Rogalinski był zapewne Kaszubem i tylko choroba uchroniła go przed wcieleniem do Wehrmachtu. Nie uniknął tego fabryczny kierowca, Kurt Lewandowski.
Przed upaństwowieniem fabryka nie dysponowała samochodem, a dr Kuttenkeuler, mimo że miał prywatny pojazd, najchętniej jeździł rowerem – nawet na spotkania w interesach .Nie ujmowało mu to powagi, bo kontrahenci doskonale rozumieli, że rowerowe przejażdżki są korzystne dla zdrowia. Dla nowo mianowanego polskiego dyrektora samochód z kierowcą był kwestią prestiżu, bo przecież nie wypadało, by główny reprezentant państwowego bądź co bądź obiektu przemysłowego jeździł rowerem lub, co gorsza, korzystał z publicznego transportu miejskiego w sytuacjach służbowych. Argumentacja ta bezbłędnie trafiała do urzędników i przełożony mego taty bez szczególnych trudności uzyskał przydział na lekko zdezelowany służbowy samochód, mniej okazały od „demokratki”. Tak powszechnie nazywano dostarczany przez UNRRĘ chevrolet fleetmaster, którym jeździli notable nowej władzy. Nazywała ona sama siebie demokracją (jeszcze bez nieodzownego później przymiotnika „ludowa”) i widziałem na własne oczy kwestionariusz dla osób udzielających rekomendacji kandydatom do PPR. Wydrukowany tekst głosił: „znam w/w jako dobrego Polaka i szczerego demokratę”.
W roku mego przyjazdu przyglądałem się pochodowi pierwszomajowemu (naonczas jeszcze dobrowolnemu) i zapadli mi w pamięć dwaj byli oświęcimiacy w pasiakach. Mocno już podchmieleni wykrzykiwali hasło: „przeżyliśmy okupację, przeżyjemy demokrację”!
Kurt Lewandowski, który nim trafił do Wehrmachtu miał na imię Kazimierz, nie widział dla siebie szansy na przeżywanie demokracji w Polsce. Ranny na wojnie w nogę, chodził dość mocno utykając. Na uwagę mego ojca, że jest Polakiem i mówi normalnie po polsku, mógłby więc zadeklarować lojalność wobec państwa polskiego i nie wyjeżdżać do Niemiec, powiedział:
– Panie Gurfinkiel, ja miałem wybór: Wehrmacht albo Stutthof. Wiem, że Polska wolałaby, bym bohatersko dał się zakatować na śmierć, zamiast tchórzliwie utracić na wojnie sprawność w nodze. Ale kiedy tak się już stało, to państwo niemieckie będzie przynajmniej musiało wypłacać mi rentę.
Posądzenie o zdradę było w owych czasach mocno zdewaluowaną monetą, do tego stopnia, że sam doświadczyłem czegoś takiego. Przyszłość polskiej nacji była reprezentowana na naszym podwórku przez trzech chłopców i cztery dziewczyny w perspektywicznym wieku. Mimo, że miały one liczebną przewagę, nie zwracały na nas szczególnej uwagi i byliśmy nawet traktowani z lekceważeniem, tak jakby to nas było znacznie więcej. Sytuacja zmieniła się pewnego dnia, kiedy zostałem przychwycony na wchodzeniu z niemiecką dziewczyną do jej mieszkania. Czułem, że nasze rodaczki, mimo iż nie komentowały sytuacji, były dotknięte na honorze i stanie posiadania. Trudno im było znieść świadomość, że z dnia na dzień zrobiło się ich dwukrotnie więcej niż nas. Podejrzewałem więc że nasz dziewczęcy narybek narodowy nie wytrwa długo w przemilczaniu tematu i przeczucie mnie nie zawiodło.
Któregoś z następnych dni córka naszego dozorcy odezwała SIȩ do mnie swoim pięknym wileńskim zaśpiewem i to, co miała mi do powiedzenia sprawiło, że jej kresowy akcent był jeszcze wyraźniejszy niż zazwyczaj.
– Nie musjałeś wcaale tego robić, bo polskie dźjewczyny mają wszijstko to, co chcjałeś znaaleźć u tej tam, więc njepotrzebnie zrobiłeś nam taką pszyykrosć. Swą patriotyczną tyradę podsumowała kokieteryjnym, ale stanowczym stwierdzeniem: moja bułka smaaczna…

Natan, bądź człowiekiem i powiedz, które to lata były.
Znam sporo takich opowieści Danzigerów i czasem tylko czas w nich jakoś się „chwieje”. Kiedyś chyba zresztą pisałem o Niemcach mieszkających po sąsiedzku do śmierci. Pamiętam tez mamę mojej przyjaciółki, która oburzała się, gdy sąsiedzi nazywali ją Niemką, a swe oburzenie wyrażała w tak kalecznym języku, że mieliśmy zawsze ubaw na tydzień. Z pewnych zachowań podobna była do mamy Twojej znajomej.
Jedna korekta: o przynależności Ratzingera do HJ mówiło się, przynajmniej u nas, głośno. Nikt nie uwierzył w jego dobrowolną przynależność.
M.in. na tym polegała podłość ob. Kurskiego w stosunku do dziadka Tuska.
Gdańsk rzeczywiście został spalony po zdobyciu. I nie tylko Gdańsk. Podobnie było z zamkiem w Malborku i in.
A tak w ogóle pięknie opowiadasz 🙂 Duża przyjemność czytać.
jurku, dziękję. to o czym napisałem rozgrywało się od wiosny do jesieni 1946.spisanie tych wspominków było strasznie pracochłonne przez ogrom emocji, związanych z tamtymi czasami. wystarczy wspomnieć o koszmarnej publicznej egzekucji jedenastki oprawców ze stutthofu na początku lipca,w asyscie dwustutysięcznego tłumu, który o mało co nie zlinczował skazańców.
od tamtego dnia stałem się zaprzysięgłym przeciwnikiem kary głównej, bo państwo, które ją praktykuje ściga się w okrucieństwie z degeneratami i sadystami, jakimy często są sprawcy morderstw z premedytacją.
musialem bardzo uważać, by to co piszę układało się jeszcze w ramki dobrego gustu i nie trąciło banałem, więc kastrowałem tekst bezlitośnie…
Dzięki.
Ja widziałem już tylko zdjęcia z tych egzekucji, ale też robiły wrażenie.
Twoje opowieści uzupełniają znane mi przypadki, kiedy więźniowie uwolnieni z Stutthofu … trafiali tam z powrotem po kilku tygodniach, a czasem i dalej bo na Syberię. Działania infiltracyjne wywiadu radzieckiego wśród członków „Gryfa”, to osobna historia.
O daty pytałem, bo obywatele gdańscy dzielili się na kilka kategorii. Osobną byli ci, którzy zostali Gdańszczanami tuż po I wojnie, bo nie chcieli mieszkać w państwie polskim. Ci jednak nie czekali na rok 1946, byli przezorni.
No i był „Gustloff”.
Piękny tekst.
Nie wiedziałem że Gdańsk zburzono już po zdobyciu.
@PIRS, całkiem sporo zniszczono po zdobyciu. Elbląg jeszcze bardziej, niż Gdańsk. A resztę wywieziono do Warszawy, by „cały kraj budował swoją stolicę”. „Stare warszawskie kamieniczki” mają frontowe elewacje przywiezione z Elbląga.
@J. Łukaszewski. Wiesz coś, czego ja nie wiem. A jeszcze pamiętam, że „cały naród buduje swoją stolicę”, mój Stary pracował w BOSie, a później dostał w Akwizgranie „H.C.” właśnie za odbudowę gdańskiej i wrocławskiej Starówki. Wiem, że do odbudowy stolicy przyczyniały się różne źródła. Np. Moja „zrekonstruowała” (w piaskowcu) takiego niedźwiedzia z herbową tarczą w łapie na dachu tych tam Radziwiłłów, bo panowie konserwatorzy uznali za źródło wiarygodne tego Bernardo, co go dodał, na chwałę zamawiających obrazek. Ale nie pamiętam, by z Elbląga przywożono elewacje. Całe pociągi cegieł – owszem.
„Wiesz coś, czego ja nie wiem.”
I to takie dziwne? Pierwszy raz spotykam kogoś, kto wie wszystko. I to dopiero jest dziwne.
@J.Łukaszewski. Jesteśmy świadkami naszego czasu. Ci z nas, co mieli dobry kontakt z rodzicami, nawet w pewien sposób poza swe urodziny, jako świadkowie subiektywnych, ale bezinteresownych relacji. Nie wiem czemu moje proste stwierdzenie, że wiesz o czymś, czego ja nie wiem, traktujesz jako pretensję, a nie zwykłą prośbę o informację. Pamiętam czasy tej odbudowy jako powiązane z bałaganem, „akcyjnością” i marnotrawstwem. Zabytkowych fasad spalonych budynków stojących i niszczejących latami. Na tym tle nie dotarła do mnie (byłem za młody, albo akurat nieobecny na tej lekcji)informacja o jakimś przetransportowaniu (koleją?) fragmentów elewacji elbląskich kamieniczek do Warszawy, albo chociażby odtworzenia ich inwentaryzacji, dla rekonstrukcji. (sam przytoczyłem ten przykład Canaletta).
Nie napisałem że się dziwię, że nie wiem. Choć rzeczywiście dorastałem w miejscu z dobrym widokiem na to, co w Warszawie.
Olsztyn spalono kilka tygodni po zajęciu przez Armię Czerwoną. Zajęcie przebiegło praktycznie bez walk i zniszczeń.
Potem oficjalne materiały propagandowe z lat sześćdziesiątych stwierdzały, że zniszczenia wojenne miasta to – jeśli dobrze pamiętam – 50 %.
Natan, jesteś wielki…
Nasi powojenni historycy z trudem radzą sobie ze zwyczajnym przyjęciem tego, co działo się na ziemiach wcielonych ( przypisanych, czy jak tam kto woli) do Polski. Okaleczano je z ludzi – wywożono do Niemiec, gdzie nie mieli korzeni, oburzając się, że czują się wypędzeni, wywożono do Związku Radzieckiego ( kilkadziesiąt tysięcy Ślązaków – mało który wrócił ) jako siłę roboczą do radzieckich kopalń czy wywiezionych z polskiego już Śląska fabryk i hut. Osadzano i wyniszczano tysiącami, całymi rodzinami, w byłych KL Łambinowice, Auschwitz – wtedy już Oświęcim? czy w Mysłowickiej Zgodzie. Poniemieckie „kamienie” – starówki Elbląga, Nysy, a nawet zwyczajne cegły z rynku mojego, zniszczonego w 94% miasteczka, w ramach reparacji wojennych odbudowywały stolicę. Było. Dawno.
Teoretycznie, nie powinnam znać problemu bycia dla nowszych mieszkańców mojej rodzinnej ziemi elementem nieco podejrzanym – niestety z dzieciństwa pamiętam, a i teraz bywam. Dziwny jest ten świat?…
Tekst czyta się znakomicie, osobiste wspominki inaczej się odbiera. Ale.. prawa wojny są prawami wojny..
Też mnie cholera ciskała kiedy na ziemiach zachodnich koleje posiadały jeden tor, bo drugi zwycięzcy „ukradli” dla siebie.
Cholera mnie ciskała że ruscy dali nam ziemie zachodnie dokładnie wyczyszczone z wszystkiego co miało być ich odszkodowaniem wojennym, maszyny z fabryk, pojazdy i niemal całą strukturę techniczną która mogła zostać odbudowana bez problemu w powojennej Polsce, co nie wywieźli to niszczyli. Prawie nic nie zostało, trzeba było zakasać rękawy i obudować, co ludziska robili z poświęceniem.
Warszawy nie było, ruiny i tylko ruiny. Odbudowywano ją z odzyskanych cegieł, Stare Miasto rekonstruowano pieczołowicie i nic nie słyszałem aby wykorzystywano do tego fragmenty starych budowli z dawnych terenów niemieckich, miast które obecnie należą do Polski. Mój szwagier, wiekowy pan, był tuzem przewodników warszawskich i o Warszawie wiedział wszystko.
Stare Miasto i Zamek Królewski to była rekonstrukcja, nic nie „kradziono” na rzecz tej odbudowy, wiedziałbym o tym..
Warszawa była zasypana cegłami a raczej gruzem który selekcjonowano i z niego wybudowano Stadion X-lecia który miał ograniczony okres używalności.
W załączeniu mapa ziem niemieckich na których ruscy mieli wolną rękę do poczynań.. związanych z każdą wojną.
Polska kończyła się za Mławą.
http://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/d/dd/EUROPE_1919-1929_POLITICAL_01.png
Pozdrawiam
@Magog. W wypowiedziach, po raz kolejny czytam – „Ja nie wiem, Szwagier nie wiedział” … wielu nie wiedziało i nie wie do dzisiaj. Brak wiedzy nie zmieni faktów. To nie kwestia sporu. Chyba już czas na uzupełnienie centralnie okrawanych wiadomości z tego trudnego okresu. Do dziś muzea walczą o zwrot zbiorów zabieranych bez dokumentów „w depozyt” Muzeum Narodowego. Wielu z nas dysponuje chociażby takim kuriozum, jak znaczki „na odbudowę stolicy” przyklejane do świadectw szkolnych, które wręczano nam dopiero po dokonaniu opłaty – czasem nawet po wakacjach. Bądźmy mądrzy, powyciągajmy drzazgi, podmuchajmy na rany, ale nie udawajmy, że ich nie było.
@Magog , no to mamy ciekawą zbitkę relacji 🙂
Stąd wywożono, a tam nie przywożono. Możliwe? Wtedy wszystko było możliwe.
Na dodatek nie chodzi tylko o tzw. Ziemie Odzyskane. W Gdyni nie wpuszczono Polaków do portu przez kilka tygodni, aż wyczyszczono go dokładnie ze wszystkiego. na wysokości Grabówka urządzono rodzaj stacji towarowej, gdzie zwożono z całego miasta łupy (starsi wspominają np. wagony pełne fortepianów).
Najweselsze w tym wszystkim, że teraz za odtworzenie starówek (np. w Elblągu) ludzie dostają medale. Winni chyba wdzięczność zwycięzcom, nie?
@Rotter-Płóciennikowa, poziom niewiedzy jest tak wielki, że czasem zdumiewa. Poświęciłem jeden rozdział książki o Pomorzu organizacji antykomunistycznej złożonej z młodzieży szkół średnich, m.in. Liceum oo. jezuitów. Po wsypie szkołę rozwiązano itd. Dziś w oficjalnej historii tego liceum wydanej przez jezuitów czytam, że „szkołę rozwiązano w ramach powojennej walki z Kościołem”. Ani słowa o ich własnych uczniach, którzy przesiedzieli się w więzieniach do ’56 roku.
I tak to wszystko gdzieś ginie. Tak jak pamięć o nalotach amerykańskich na Gdynię (tu była baza Kriegsmarine), które ani za jednym razem nie trafiły w port, za to miasto naruszyły więcej, niż Armia Czerwona.
Drobiazgi, wiem. Ale szkoda, że giną.
Mój Tata w roku 1967 przeczytał w gazecie o kolejnym socjalistycznym osiągnięciu – zelektryfikowaniu linii kolejowej Wrocław – Szklarska Poręba. Przeczytał i skomentował, przykazując abym to zapamiętał, że w latach 1945 i 46 jeździł na tej linii elektrycznymi pociągami, a w 1947 żołnierze sojuszniczej armii wszystkie urządzenia elektryczne, łącznie ze słupami, zdemontowali i wywieźli.
A wracając do tego o czym pisał Natan, to nic nie jest takie jakie się wydaje i każde uproszczenie jest zbrodnią historyczną. Koło Lęborka miała swą rodową siedzibę zasiedziała tu od wieków rodzina von dem Bach – Żelewskich.
W czasie II wojny jeden z nich został katem powstania warszawskiego, a jego rodzona kuzynka została zamordowana przez Niemców w Piaśnicy. Zrozumie to kto?
Panie Jerzy, z wiedzą historyczną to jest tak.
Każdy opowiada to co jego dotyczy, co usłyszał i co widział.
Jest pan historykiem i ma pan za zadanie to śmieciowisko opinii i poglądów uporządkować. Tak aby potomni mieli pojęcie jak toczyły się główne wydarzenia które miały wpływ na życie zwyczajnych ludzi. Te wydarzenia inaczej postrzega potomek Legionu Polskiego a inaczej potomek SDKPiL czy KPP.
Jeszcze inaczej widzą to zwyczajni ludzie którzy nie mieli wpływu na nic a byli świadkami otaczającej ich historii.
Na stare lata doszedłem do wniosku że Polacy którzy nigdy nie byli przyjaciółmi ZSRR, raptem mają pretensję że byliśmy i jesteśmy traktowani przez obecną Rosję jak wrogowie. Nawet w RWPG nie byliśmy z nikim w przyjaźni, może z Węgrami ale chyba dlatego że język całkowicie niezrozumiały.
Nasi sąsiedzi.. za miedzą..
Dawne NRD nie było przyjazne dla nielicznych polskich turystów.
Często jeździłem tranzytem przez te „zaprzyjaźnione” Niemcy i słyszałem co myślą o Polakach. Czesi i Słowacy nas tolerowali tako jako.. a pozostałe socjalistyczne republiki zachowywały życzliwość powściągliwą. Bawi mnie teraz pretensja do Rosji o wszystko co było, bo tak na chłopski rozum, czemu Rosja ma być naszym przyjacielem jak my sobie tego od wieków nie życzmy?
Pretensje do wroga że nie chce nic od nas kupić, że nas napadał, ograbiał? Byliśmy wrogami od momentu powstania II RP.
Było jak było, robimy wszystko aby zostało bez zmian..
Ostatecznie, każdy musi mieć własnego wroga bo życie bez adrenaliny jest nudne.
W kontaktach personalnych każdy ma przyjaciół rozsianych po kraju i świecie. W stosunkach polskiej polityki zagranicznej zadaję sobie żydowskie pytanie. Czy ktoś kiedykolwiek nas kochał i kocha?
@Magog, problem w tym, że my się też sami nie zanadto kochamy.
A z grabieżami to jest taka sprawa, że choć Rosjanie sami nalegali na taki, a nie inny przebieg granic, po wkroczeniu zachowywali się jak we wrogim państwie. I ta właśnie „dwutorowość” zniechęcała do nich ludzi u nas. Od wejścia, bo potem doszły jeszcze inne sprawy.
Magog napisał:
„czemu Rosja ma być naszym przyjacielem jak my sobie tego od wieków nie życzmy?”
*
No właśnie. Trudno, żeby nas lubili, bo przecież pamiętają choćby zabory i zsyłki na nasze zachodnie rubieże.
17 września 39 też pozostał im przykrą zadrą w pamięci, nie mówiąc o naszej zbrodni katyńskiej. A potem, czy było lepiej? Skąd. Zdrada Andersa i celowe, podstępne ociąganie się I Armii WP z forsowaniem Wału Pomorskiego opóźniające zwycięstwo w Berlinie. Albo reakcyjny, głupi i naiwny opór przed wprowadzeniem ustroju sprawiedliwości społecznej i nowej ludowej władzy.
Po 1945 ciągle jakieś fochy, dąsy, bunty i ruchawki, najcierpliwszy by się zniechęcił.
@jmp eip, a nie sądzi pan, że ta potrzeba bycia lubianym to jakiś chory, narodowy narcyzm? Narody nie żyją po to, by ktoś je lubił.
A ludzie, którzy wierzą we własną wartość, nie potrzebują jej ciągłego potwierdzania przez innych.
Tak, myślę, że to słuszna diagnoza. Mnie też wydaje się, że jesteśmy wyjątkowo czuli na punkcie tego, jak nas odbierają inni. Ba, to przesłania nierzadko racjonalny ogląd rzeczywistości i siebie samych. Kompleksy.
@Jerzy Łukaszewski
*
Nie sądzę. Widzę sprawę zupełnie odwrotnie. Są u nas całe zastępy, które z „małą pomocą swoich przyjaciół” nie robią niczego innego jak tylko wywoływanie poczucia winy, samooskarżanie się i wmawianie nam ciemnoty, zaściankowości, poczucia niższości wobec zagranicznych społeczeństw naprawdę cywilizowanych i „postępowych”.
*
Są narody, które stanowczo żądają, żeby je lubić. Każda próba okazania im nielubienia czy choćby tylko obojętności stanowi dla nich działanie nienawistne i całkowicie bezpodstawne, wręcz ścigane z mocy prawa.
*
Magogowi napisałem o czymś innym.
„…Są u nas całe zastępy, które z „małą pomocą swoich przyjaciół” nie robią niczego innego jak tylko wywoływanie poczucia winy”
A nie jest to po prostu drugi biegun tych samych kompleksów?
W USA ma pan podobnie, politycy wmawiają ludziom, że ich „styl życia” jest ideałem, a kto się z nimi nie zgadza ten jest wrogiem pana Boga, demokracji i kisielu.
Piękne to..
serdeczności
P
wspanialy tekst,bardzo dziekuje za zwykla opowiesc o czasach kiedy nie obowiazywaly zadne zasady moralne czy tez spoleczne a jedyna religia byla nienawisc do czlowieka lub do calych narodow.Raz jeszcze dziekuje.