Przy okazji moich ustaleń dotyczących prapradziadka (obiecuję, że to koniec tych opowieści, już więcej nie będę) trafiłem na ślad czegoś, co być może zmieni sąd niektórych o stosunkach w zaborze pruskim. Zazwyczaj wspominając te czasy i podkreślając zjawiska pozytywne, które rzeczywiście miały tam miejsce, a dla wychowanych w tak tradycyjnych jak moja rodzinach stanowiące wzór przydatny i dziś, doczekuję się określania mnie jako zwolennika „pozytywizmu”, które to słowo w ustach niektórych brzmi nieomal jak zarzut.
Jednostronny obraz stosunków w zaborze pruskim jest często wynikiem pracy takich jak ja wyznawców, z czego zdaję sobie sprawę i pierś nabiera już niejakich wklęsłości od ciągłego się w nią bicia.
Zbyt rzadko podkreśla się fakt, że tam też żyli ludzie o różnych światopoglądach, mający różne zdania w konkretnych sprawach i sytuacjach, nie uciekający od ostrych ze sobą polemik i sporów, a czasem i ordynarnych napaści, jednym słowem – Polacy.
Oczywiście skrajnej temperatury nabierało to wszystko w okresach „zamętu, głodu, ognia i wojny” czyli tego wszystkiego, przed czym miał nas „zachować Pan” jak to śpiewano w znanej kościelnej pieśni.
Jednak i tzw. spokojne czasu obfitowały w taką ilość sporów i dyskusji, że warto choć naszkicować przebieg niektórych z nich.
Postanowiłem skupić się na ówczesnej polskojęzycznej prasie i to z dwóch powodów. Po pierwsze – idąc śladami prapradziadka znalazłem w pismach, w których on się produkował takie nazwiska i takie spory, że grzechem byłoby je pominąć, a po drugie – te pisma to było coś co kształtowało opinię publiczną w stopniu większym, niż dziś choćby ze względu na monopol prasy na ówczesnym rynku medialnym.
Niejeden dziś jeszcze tęskni do czasów, gdy po wysmarowaniu jakiegoś artykułu wrzała krew w domach obywatelskich, mózgi osiągały temperaturę ścinającą białko, kucharki zanosiły się płaczem zeskrobując ze ścian ciśnięte tam w pasji wyborne dania, a piana toczyła się obficie z ust spostponowanych w piśmie adwersarzy.
To se ne vrati. Ale bywało.
Wspominany już przeze mnie poznański „Tygodnik Literacki” miał dość ciekawą historię.
Założyło go dwóch panów – Antoni Popliński, profesor gimnazjum poznańskiego, brat wydawcy „Przyjaciela Ludu” i Józef Łukaszewicz, profesor języka polskiego w gimnazjum Fryderykowskim, późniejszy autor do dziś zachowującej wielką wartość monumentalnej pracy „Historia szkół w Koronie Polskiej i Wlk. Księstwie Litewskim”.
Ponieważ obaj panowie jako nauczyciele mający w Prusach status urzędnika państwowego nie mogli występować jako oficjalnie prowadzący pismo, dobrali sobie niejakiego pana Woykowskiego, syna zamożnego ziemianina, muzyka – amatora, wielbiciela Chopina.
„Tygodnik” zaczął wychodzić w 1838 roku i posiadał trzy główne działy: jeden obejmował literaturę zagraniczną, drugi krajową, w tym poezję, powieści, rozprawy naukowe (stąd te rozprawy Xawerego Łukaszewskiego o języku), historyczne, filozoficzne, estetyczne, bibliograficzne, krytykę, przegląd pism i korespondencję, trzeci zaś doniesienia literackie.
Współpracownikami pisma byli m.in. J.I. Kraszewski, Michał Czajkowski, Karol Libelt, Lucjan Siemieński, Jędrzej Moraczewski, August Cieszkowski, a wśród okazyjnie zamieszczających w nim teksty znajdziemy nazwiska Juliusza Słowackiego, Joachima Lelewela, Augusta Mosbacha, Gustawa Ehrenberga, Seweryna Goszczyńskiego, Stanisława Koźmiana i in.
Tylko pozazdrościć ekipy, prawda?
Niestety, spokój trwał krótko, bo już na początku lat 40tych XIX w. dała znać o sobie polityka. Konspiracyjne przygotowania do zbrojnego wystąpienia, zwieńczone rokiem 1846 doprowadziły do zamieszania w piśmie. Chcieli je wykorzystać zwolennicy rewolucji, jako że zdobyło już sobie markę i wpływy.
Ujęli sobie Woykowskiego, który oddał pismo na użytek roboty czysto politycznej, na ile oczywiście pozwalała na to cenzura.
Popliński i Łukaszewicz mieli ograniczone pole reakcji ze względu na swój status urzędniczy, a Woykowski wiedząc, że prawnie jest górą, złamał wszystkie umowy i ustalenia.
„Tygodnikiem rządził przez dwa lata Karol Libelt, starając się utrzymać jego poziom, ale i jego usunięto po jakimś czasie w ogniu sporów politycznych, a przy okazji poziom pisma zaczął pikować w dół z szybkością kormorana polującego na tłustą rybę.
Jak widać, nie tylko dziś polityka potrafi zepsuć wszystko.
Pismo ściągało na siebie gromy. Redaktor i wydawca, jakby zapominając kto je stworzył i nadał mu szlif, uwierzył w siebie i swe nadzwyczajne zdolności i przestał się liczyć z kimkolwiek. Do tego doszedł wątek obyczajowy, bardzo ważny w tamtych czasach, szczególnie wśród konserwatywnych „prusaków”. Kochanka Woykowskiego, guwernantka Julia Molińska, mająca chore ambicje bycia poetką bez żadnego do tego tytułu, zamieszczała w piśmie swe produkcje podpisując się na dodatek „Woykowska”, co dodatkowo bulwersowało nie tylko rodzinę wydawcy.
Wystąpiła przeciw pismu Karolina z Potockich Nakwaska, którą odsądzono od czci i wiary, bo ośmieliła się mieć inne zdanie niż Woykowski. Atak na nią był wedle ówczesnych doniesień „pełen żółci i złej wiary, lekkomyślności i niewiadomości”.
Kraszewski w „Orędowniku Naukowym” pisał o Woykowskim: „…przypadkowy redaktor, nie mający najmniejszego wyobrażenia o żadnej nauce, wyrokuje z wyuzdaną bezczelnością o historii literatury polskiej, o filozofii, błaznuje w sposobie karczemnym i jałowym i targa i rzuca się na wszystko jak szalony. „Tygodnik” jest stekiem brudów, prawdziwą zakałą literatury krajowej”.
Ostatnie numery pisma to niemal wyłącznie artykuły i wiersze owej panny Julii.
A tak się ładnie zaczęło.
Stara ekipa niemal w komplecie przeszła do „Orędownika Naukowego” finansowanego przez hr. Raczyńskiego i w artykule deklaracyjnym stwierdzała, że „… nic tak bardzo od nauk ojczystych nie odrywa jak swary stronnicze, że i najzdrowszą polityką jest gorliwe zajmowanie się historią, językiem i literaturą ojczystą”.
Grono współpracowników zasilił wówczas Hipolit Cegielski, który w jednym z tekstów wyłożył swoje credo zrealizowane później w założonym przez siebie gimnazjum realnym w Poznaniu. Chodziło mu mianowicie o jak największą ilość tłumaczeń z języków obcych dotyczących światowych zdobyczy naukowych. Pisał również naukowe rozprawy, jak np. „O powstaniu mowy i szczególnych języków” i „O słowie polskim” z zakresu gramatyki porównawczej.
Ta strona działalności Cegielskiego jest mniej znana od jego biznesowych sukcesów.
Bywały i spory. Dyskutowano z „Rokiem”, w którym publikował Libelt zarzucając mu działanie na szkodę powstającej wówczas polskiej klasy średniej, na co Libelt odpowiadał, że „… nie miał na celu karcić ani potępiać podnoszenia u nas przemysłu i rzemiosła, fabryk, nauk i oświaty, a tem mniej prześladować i ze czci odzierać mężów, co u nas koło tego rodzaju pracy skwapliwie krzątają się […] a chodziło jedynie o wyzwolenie ludu przez pracę i oświatę”.
Tu jak widać spór był, ale na zupełnie innym poziomie.
Spory potrafiły wywoływać nawet pisma, których byśmy o to nie podejrzewali. Wydawane przez Estkowskiego i Łukaszewskiego „Pismo dla nauczycieli ludu i ludu polskiego” orientowane na niższe warstwy społeczne, atakowane było bezpardonowo przez księży polskich, którzy wzywali, by nauczyciele nie brali go do ręki.
Poszło o to, że dwaj redaktorzy postawili księżom uczącym w szkołach zarzut o niedostatecznym wykształceniu pedagogicznym i nieumiejętności przekazywania wiedzy.
To musiało się źle skończyć. Żywot pisma był bardzo krótki.
Zdarzały się i rzeczy przedziwne, jak w przypadku „Gazety Wielkiego Księstwa Poznańskiego”, której redagowanie przejął w pewnym momencie Niemiec bardzo chcący … zostać Polakiem. Zerwał stosunki z niemiecką rodziną i znajomymi, nawet nazwisko zmienił na Wannowski, co w Prusach było wręcz szokującym postępkiem.
Niestety, zaufania Polaków sobie nie zaskarbił, zarzucano mu agenturalność, czytelnictwo „Gazety” spadało i musiał ostatecznie zrezygnować z jej redagowania.
Wśród polskojęzycznych pism wychodzących w Prusach były i ultrakatolickie widzące zbawienie Ojczyzny w ścisłym związku ze Stolicą Apostolską i zalecające modły na każdy napotkany w życiu publicznym problem, były wzywające do „porzucenia rewolucyjnych mrzonek” i wykorzystujące przykład rzezi galicyjskiej jako argument uniwersalny w każdej dyskusji politycznej, były i naiwne, wierzące w „dobrą wolę cesarza”, który jak dobry ojciec przyjdzie z pomocą swym – także polskim – dzieciom.
Polemiki pojawiały się w każdym z nich, pośród takiego rozrzutu poglądów było to nieuniknione. Poziom tych dyskusji, jako się rzekło, oscylował od ściany do ściany. Od merytorycznych sporów Kraszewskiego i Cegielskiego z Libeltem aż do zaglądania w łóżko redaktora Woykowskiego. Można rzec, że wypracowywano wówczas także panujące dziś powszechnie zasady tabloidyzacji mediów. Nic nowego.
To co jest ciekawe w tym wszystkim to to, że na łamach tych pism i pisemek spotykamy właściwie wszystkie liczące się ówcześnie nazwiska, a z innych przekazów wiemy, iż ludzie ci utrzymywali ze sobą kontakty także pozaredakcyjne. Kiedy przeglądałem spis korespondencji pradziadka Juliana ofiarowany bibliotece lwowskiego Ossolineum znalazłem tam nazwiska wszystkich niemal publicystów z tamtego okresu, a tematem wymienianych listów było wszystko – od spraw publicznych, poprzez prywatne zainteresowania do problemów rodzinnych. Wygląda więc na to, że wspólna praca na społecznej niwie wiązała tych „oraczy”, skoro kontakty przechodziły nawet na następne pokolenia.
I rzecz druga: kiedy patrzę na nazwiska późniejszych działaczy państwowych i społecznych z obszaru Wielkopolski i Pomorza po odzyskaniu niepodległości, znowu widzę te same nazwiska. Tam zaczynał Ignacy Danielewski, późniejszy wydawca najlepszego polskiego pisma na Pomorzu, tam produkował się przodek p. Seydy, późniejszego ministra d/s byłej dzielnicy pruskiej itd. Można takich wymieniać dziesiątki.
Przypadek? W żadnym razie. Dla mediów dzisiejszych to niedościgniony wzór kształtowania społeczeństwa i jego postaw.
Jeśli więc przez „pozytywizm” rozumie się zakasanie rękawów i wzięcie się do roboty, zamiast jałowych dywagacji, bez czekania, aż „ONI” coś dla mnie zrobią, to owszem – jestem pozytywistą.
Ten kierunek się nie zestarzał. Wbrew pozorom, dziś sprawdza się bardziej, niż kiedykolwiek.
Jerzy Łukaszewski



Nic nie obiecuj, tylko pisz dalej. To się czyta!
Ja to musze sie poruszac po jakis zapadlych dziurach zycia medialnego Polski. Ni stad, ni z owad dowiaduje sie , ze byly jakies akcje, petycje, zebrano milion popisow za tym, dwa miliony przeciw etc. O pani Karolinie Elbanowskiej pierwszy raz uslyszalem, gdy Sejm odrzucil spoleczny projekt nowelizacji ustawy. Jak ona dotarla do prawie pol milona osob, ktore podpisaly ten wniosek? Gdzie i jak ci ludzie sie organizuja. Tego nie ma w mediach, prasie. Wydaje mi sie, ze jestesmy bardzo aktywni politycznie, ale robi sie to w jakims podziemiu. Gdy internet zamkna, i przepadna jego zasoby, powstanie czarna dziura. Daremne beda trudy nastepcow autora, by poznac nasze czasy z archiwow prasowych.
Opisywane zjawiska zdają się czyms naturalnym – dotyczą życia każdego narodu i kazdego pokolenia. To nic innego jak „ucieranie” się opinii, pogladów, postaw, reakcji i zachowań. Opisywane przez Autora zjawiska wskazuja, iz mimo zaborów Polacy wiedli normalny tryb życia, ze sporami i utarczkami na tle różnic pogladów, ambicji i dążeń. A że ówczesna prasa stykała ze sobą wiekszość ludzi aktywnych wynika z innego poziomu rozwoju technologii informacyjnych. Jak mi ostatnio powiedział wnuk mojego przyjaciela:”… nie wszyscy już mieli internet i komórki”.
@slawek, dokładnie tak. Tworzyła się pewna naturalna wspólnota, która trwała przez pokolenia. Pradziadek Julian, kiedy po wywiezieniu powstańczego archiwum chciał je wydać drukiem, zwrócił się do pierwszej osoby, która mu (pewnie) przyszła na myśl – J.I. Kraszewskiego, bo go znał i dzięki ojcu był mu znany itd.
A teraz konsekwentnie: mnogość możliwości technicznych oddaliła nas od siebie?
Jerzy Łukaszewski pisze:
2015/02/09 o 19:22
Oddaliła…. a może tylko pozwoliła pozamykać się w enklawach i realizować swoje własne, odrębne zainteresowania i cele? Przecież jednak duch wspólnotowy nie zaginął – daje nam się policzyć w sytuacjach trudnych i przełomowych. Nawet pozwala nam zrozumieć, że wolność nie jest dana raz na zawsze i trzeba o nią codziennie zabiegać! I w rzeczach wielkich i w małych. Kiedy widze jak ludzie spontanicznie pomagaja innym – biednym, chorym, skrzywdzonym mam pewność, że działalność naszych przodków nie poszła na marne.