2015-03-13. Jeden z ulubionych przez pisuarową i narodowo-katolicką opozycję argumentów antypaństwowych jest taki, że rozkradziono jakoby i zniszczono polski przemysł stoczniowy. Wiadomo – stocznia, klasa robotnicza, „Solidarność” i różne takie; hasła chwytliwe i dla laika łatwo przyswajalne. Faktycznie, zwykłych statków już nie produkujemy – ani dla siebie, ani dla nikogo, ta produkcja przeniosła się do tanich Chin. Wielu najniżej kwalifikowanych robotników też straciło pracę, ich niewielkie umiejętności okazały się po prostu niepotrzebne. To prawda. Ale ta prawda ma też swoją drugą stronę. Jaka ona jest?
Oddajmy głos fachowcom. Portalmorski.pl, źródło kompetentne i bogate w informacje, pisze tak:
„Tak dobrze nigdy nie było”. Skok technologiczny w polskich stoczniach
Ponad 30 tysięcy zatrudnionych pracowników, najnowocześniejsze statki i okręty wojenne – rozwija się rynek stoczniowy w Polsce. Budujemy nowoczesne promy, statki do budowy i obsługi morskich farm wiatrowych, platformy wiertnicze, holowniki offshore, a nawet statki ratownicze szybkiego reagowania. W pomorskich stoczniach powstają też okręty, które trafią do Marynarki Wojennej.
Zdaniem Jerzego Czuczmana ze Związku Pracodawców Forum Okrętowe, tak dobrze na polskim rynku stoczniowym nie było nigdy. – My nie budujemy już statków, budujemy wysoko-przetworzone obiekty pływające. To jest skok technologiczny, które udało nam się wykonać w ciągu ostatnich dwóch lat. Statki, które są produkowane w Polsce trafiają do armatorów na całym świecie. Wygrywamy tym, że klient chce mieć dostarczony skomplikowany wyrób w określonym terminie i to potrafimy zrobić.
Statki budowane w Polsce nie trafiają do Polski. – Polscy armatorzy tacy, jak Polska Żegluga Morska, zamawiają statki w stoczniach chińskich. Polskie nie mają szans na konkurowanie z nimi pod względem ceny. My budujemy statki wyspecjalizowane – dodaje Czuczman.
Po zmianie systemu gospodarczego w Polsce po 1989 roku rozpoczął się powolny upadek stoczni, które potem w Gdańsku, Gdyni i Szczecinie musiały przejść gruntowną restrukturyzację.
– Państwo dotowało działalność stoczniową z budżetu, ale Komisja Europejska stanowczo się temu sprzeciwiła, uznając za nieuczciwą konkurencję – tłumaczy prof. Henryk Ćwikliński z Uniwersytetu Gdańskiego. Jego zdaniem te stocznie były molochami, które każdego roku generowały od 400 do 600 mln złotych strat. – Komisja Europejska wydając taką decyzję wzięła w obronę każdego z nas, bo nie zgodziła się na dalsze dopłacanie z naszych podatków czegoś, co przynosi tylko straty – dodał prof. Ćwikliński.
Po upadku państwowych molochów powstały na ich terenach mniejsze firmy, które znakomicie zaczęły radzić sobie w nowych warunkach. Wymienić tu należy przede wszystkim stocznię Remontowa Shipbuilding, czy firmę Crist. Polska zajmuje także wysoka pozycję w branży produkcji małych jednostek – luksusowych jachtów, które powstają np. działającej w Gdańsku Sunreef Yachts.
– Remontowa Shipbuilding jest jedyną stocznią, która buduje gotowe jednostki od podstaw – mówi Jerzu Czuczman.
Największą grupą w tej branży jest Remontowa Holding SA. To dwie stocznie – Remontowa Shiprepair i Remontowa Shipbuilding. Jedna z nich zajmuje się remontami m.in. promów pasażerskich, realizuje także kontrakty na montaż scrubberów, czyli płuczek do odsiarczania spalin. Kolejną specjalizacją firmy są remonty i przebudowy platform wiertniczych. Remontowa Shipbuilding specjalizuje się z kolei w budowie specjalistycznych jednostek. W tym roku zwodowany zostanie w niej tysięczny statek. W stoczni budowane są między innymi arktyczny statek zaopatrzeniowy czy niszczyciel min Kormoran II.
– Budujemy dla Marynarki Wojennej, klientów norweskich i Estonii. Przygotowujemy się do budowy żaglowca, pierwszego w historii naszej stoczni. Według naszego harmonogramu, będzie to tysięczna jednostka, która zostanie u nas zwodowana – tłumaczy prezes Andrzej Wojtkiewicz. W stoczni powstaje również nowe stanowisko montażowe do budowy statków. – Portfel zamówień wypełniony na trzy lata do przodu powoduje, że musimy rozbudować swoją infrastrukturę produkcyjną – dodaje Wojtkiewicz.
Rozwinęła się także produkcja różnych, wysokomarżowych jednostek pływających na potrzeby wież wiertniczych i poszukiwawczych, a także elementów konstrukcji tych wież i morskich elektrowni wiatrowych. Na polskim rynku stoczniowym bardzo dobrze radzi sobie również Crist. – Weszła w swoją niszę i buduje jednostki dla wież wiatrowych – wyjaśnia Jerzy Czuczman. – Produkuje małe jednostki, w tym rybackie, ale główna część przychodów pochodzi z produkcji dla branży offshore wind. To w tej stoczni zbudowano specjalistyczny statki do obsługi wież wiatrowych Thor orazInnovation.
Inne firmy z branży stoczniowej to Energomontaż Północ Gdynia i Stocznia Remontowa Nauta, które weszły do Polskiej Grupy Zbrojeniowej SA. Nauta montuje m.in. scrubbery na promach i buduje trawlery. Na rynku działa również wiele mniejszych firm, które zajmują się produkcją statków. – Safe, Finomar i Odys budują mniejsze jednostki pływające. To jest polska myśl technologiczna i sporo dostawców z Polski – wyjaśnia Jerzy Czuczman ze Związku Pracodawców Forum Okrętowe.
Innym segmentem rynku są firmy zajmujące się produkcją ekskluzywnych jachtów. Ich produkty trafiają do najbogatszych na świecie. – Firma Sunreef Yachts znalazła swoją niszę produktową i robi to bardzo dobrze. To są jednostki warte kilka, kilkanaście milionów euro – mówi Czuczman.
Na uwagę zasługuje również Stocznia Wisła. Aktualnie budowane są tam nadbudówki dla stoczni Remontowa Shipbuilding. Ponadto kontynuowana jest również budowa jednostki badawczo-rybackiej dla rządu Nigerii.
– W szeroko rozumianym przemyśle stoczniowym pracuje około 30 tysięcy zatrudnionych. Mam tu na myśli nowe budowy, remonty jednostek pływających, a także przemysł offshore – szacuje J. Czuczman.
Około tysiąca osób pracuje w Stoczni Gdańsk. – W odróżnieniu od innych podmiotów dążymy, by bazować na trzech filarach: statki, konstrukcje stalowe i wieże wiatrowe. W ostatnich dniach uruchomiliśmy największą w Polsce maszynę do zwijania blachy grubej. Jedyną tego typu w kraju. To początek nowego ciągu technologicznego, który pozwoli zwiększyć dwukrotnie obecną wydajność produkcji wież do elektrowni wiatrowych – tłumaczy wiceprezes Stoczni Gdańsk Adam Zaczeniuk.
Firma nie buduje całych statków, tylko poszczególne elementy. – Jesteśmy biznesowo powiązani z grupą Remontowa Holding i realizujemy bardzo wiele produkcji na ich zlecenie. Robimy gotowe kadłuby, albo elementy kadłubów z reguły bloki rufowe, nadbudówki i dzioby – dodaje Zaczeniuk.
Pomorskie stocznie stawiają na wykwalifikowaną kadrę. Wielu pracowników to absolwenci Politechniki Gdańskiej. – Jesteśmy w kontakcie z uczelnią. Korzystamy z ludzi, ale też staramy się uruchomić wspólną pracę nad wieloma zagadnieniami. Jesteśmy zainteresowani pozyskaniem najlepszych absolwentów gdańskiej uczelni technicznej, powiedział wiceprezes Stoczni Gdańsk.
Oczywiście – w nowym polskim przemyśle stoczniowym miejsca pracy są dla inżynierów, świetnie przygotowanych techników, informatyków… Byle import, nawet prymus, z jakiejś zasadniczej szkoły zawodowej w Górce Dolnej raczej nie ma po co tam starać się o pracę. Nie wszystkim się to naturalnie podoba i dla wielu zawsze to będzie „wina Tuska”, który osobiście zapewne – ich zdaniem – ukradł połowę dawnych stoczni…
Czy jednak z tym typem dyskutanta warto jest w ogóle wymieniać poglądy?


Szanowny Panie Redaktorze, ciągle na nowo zadaję sobie pytanie, jak to się stało, że po roku 1989 generowano tylko straty i nieopłacalność? Dlaczego za nieboszczki PRL byliśmy na czołowych miejscach światowych. Węgiel, huty, zboże, koleje, stocznie i multum innych, dawały nam miejsce często w czołówce europejskiej. DLACZEGO? Dlaczego nie można tego powtórzyć tak by to wszystko stało się opłacalne? Proszę mi wybaczyć, ale ekonomia…do tego ekonomia socjalizmu i kapitalizmu (tak było, przynajmniej na UW) jest dla mnie tylko i wyłącznie czarną dziurą. Zapewne moje pytania są apogeum naiwności, ale będę wdzięczna jeśli któryś z Szanownych Redaktorów spróbuje mi to wyjaśnić. Nie rozumiem! Dlaczego dziś to tylko ruiny po dawnej świetności.
Z poważaniem – cheronea
Przepraszam, które wiarygodne rankingi umiejscawiały Polskę za komuny na tych eksponowanych miejscach?
Szanowny Woziwodo nie wiem czy uzna Pan GUS za instytucję wiarygodną, ale ciągle ona pozostaje jedynym takim urzędem. Nie mam także pojęcia za co te minusy bo JA TYLKO PYTAM. Człowiek, który nie wie o czymś, PYTA. To chyba naturalne, a ja zwyczajnie nie wiem dlaczego choćby wydobycie węgla stawiało nas w czołówce światowej, a dziś już dogorywa. Zresztą cofam swoją prośbę o wyjaśnienie, bo już widzę, że niczego się nie dowiem. Trudno, pozostanę bez wiedzy.
Pozdrawiam
Brawo!
Chińskie przysłowie mówi: kto pyta w pierwszej chwili wydaje się głupi, ale kto nie pyta pozostaje głupim do końca życia.
Kiedyś obwiniałem Balcerowicza o zniszczenie polskiego przemysłu elektronicznego. Wydawało mi się, że można było wykorzystać wiedzę pracowników ELTRY, UNIMORU, czy TEWY. Myślałem tak do momentu próby zatrudnienia dawnych „specjalistów”. Ich umiejętności nie były 10 lat za światem- były 30 lat do tyłu. W 1989 musieliśmy zacząć naprawdę od początku, a to nie jest łatwe…
Szanowny Hazelhardzie, mówiąc bardzo delikatnie, mijasz się z prawdą, w 1974 r. Intel ogłosił procesor 8080 a w 1986 r. montowałem i uruchamiałem polskie sterowniki 8 bitowe na MCY7880 z polskim oprogramowaniem pod CPM. Twoja niszowa dziedzina w tamtych czasach jeszcze nie była „oczkiem w głowie” ówczesnych „władz”.Paradoksalnie , opanowanie technologii mikroprocesorowej przyczyniło się do upadku socjalizmu gdyż umożliwiało tworzenie baz danych umożliwiających sprawniejsze zarządzanie gospodarką czego nie gwarantował zatomizowany kapitalizm, zanim się zorientowano, przekupiony Gorbaczow rozwalił system.
Wydobycie węgla faktycznie było większe niż dziś. Ale nie mieliśmy wówczas konkurenta w postaci taniego węgla z innych krajów, np. z Chin czy Rosji. Byliśmy – jako kraje tzw. socjalistyczne – odseparowani także ekonomicznie od reszty świata i zarządzani centralnie. Można było np. elektrowni nakazać, że ma kupować węgiel z tej oto kopalni, sztucznie napędzając tej kopalni sprzedaż; a dziś – nie można. Poza tym ceny były zupełnie abstrakcyjne, nierynkowe, podobnie płace. Analogicznie było jak ze stoczniami: produkowaliśmy sporo, tylko statków mało skomplikowanych i nieopłacalnie, co w warunkach możliwości dodrukowania pieniędzy specjalnie nie wadziło.Po prostu ekonomia kapitalizmu jest zupełnie inna. A w statystykach często porównywano rzeczy zupełnie nieporównywalne, w dodatku z zastosowaniem arbitralnych przeliczników.
Szanowny Panie Redaktorze, serdecznie dziękuję! Jestem już odrobinę mądrzejsza o tę wiedzę. Z pewnością musiałabym poświęcić dużo czasu by zrozumieć mechanizmy rynkowe. Jestem humanistką w czystej postaci, a ekonomia czy ekonomika to dla mnie terra incognita.
Ukłony dla Pana 🙂
Panie Bogdanie, Pan …… jak najęty, Bank Rezerw Federalnych FED oraz Europejski Bank Centralny ECB „drukują” pieniądze w astrnomicznych ilościach, radzę więcej staranności.
Historia powyższa potwierdza, że potrafimy radzić sobie doskonale, gdy pojawiają się prywatne firmy. Tymczasem państwowe molochy zarządzane przez nominatów z nadania politycznych niedołęgów najczęściej kończą fatalnie. To konsekwencja niekompetentnej klasy politycznej oraz braku etosu służby publicznej (bez znaczenia czy to PIS, PO, SLD czy PSL). To także sygnał alarmowy dla państwowych kopalni.
Apropos wydobycia węgla w PRL, wówczas gros węgla kupowały przestarzałe elektrownie, które potrzebowały go więcej do produkcji energii. Zaś przestarzałe kopalnie wymagały więcej energii elektrycznej to wydobycia węgla. To był taki „przeklęty” krąg.
Tez mnie to szokowalo. Taka typowa sciana wydobywcza w mojej kopalni, to bylo 3-4 MW mocy.
Jeśli chodzi o statystyki, to można z nimi zrobić wszystko, jeśli się bardzo chce.
W przemyśle stoczniowym do statystyk wykazywano głównie tonaż zbudowanych jednostek, czyli jeden 100 tysięcznik to było więcej, niż dwa 40 tysięczniki (przeciętna wielkość klasycznych drobnicowców), mimo że bardziej opłacało się budować te dwa mniejsze. W cenie jest przecież nie tonaż , a głównie urządzenia, które niezależnie od wielkości statku muszą na nim się znaleźć. Itd.
Dziś jest coraz mniej klasycznych drobnicowców, w Gdyni się ich już niemal nie widuje, przypływają w zdecydowanej większości kontenerowce, bo tak się dziś transportuje towar (poza oczywiście masówką, jak węgiel czy rudy).
A stare zakłady, te, które „zaorano” i „rozkradziono”, biorą się dziś za takie rzeczy.
To samo dotyczy statystyk produkcji stali. Dziś nie jest to wyznacznik potęgi gospodarczej kogokolwiek. Dziś patrzy się raczej na nowe technologie.
A wystarczy przejrzeć dobrze tę stronę
http://ppnt.pl/pl
by zobaczyć dokąd zmierza nowy świat i że wcale nie czujemy się na tej drodze obco. Chciałbym zwrócić uwagę na mnogość ofert edukacyjnych dla wszystkich – od przedszkolaka do nauczyciela, bo to rokuje nadzieje na przyszłość.
Plus pracujące tam firmy, które już osiągnęły sukces, jak ta produkująca elektronikę do Jaguarów.
A smarkacze, których dziś rodzice muszą siłą wyciągać z sali eksperymentów, gdzie mogą wszystko dotykać i próbować do woli, zbudują nam nową Polskę.
Nie żałobnicy PRLu.
Gratuluję Cheronei udanej prowokacji!
😉
zmieniłbym tytuł
tym bardziej, że wielu traciło pracę i zdaje się, że dalej jej nie ma; a że strony sporów szukają zwykle argumentacji nie tyle odnoszącej się do meritum, co wydawałoby się skutecznej w potyczkach, trudno, zmieniłbym tytuł, jak na dobrą wiadomość przystało.
Bardzo wielkim czynnikiem rozwoju narodowych gospodarek, sa zamowienia rzadowe. Otwarcie naszej ekonomi na wolny rynek gospodarki kapitalistycznej, z jednej strony doprowadzilo wiele zakladow przemyslowych do upadlosci, z drugiej zrodzilo olbrzymi rynek zamowien publicznych. Bylismy pustynia informatyczna i komputerowa po 1989 roku. Wydalismy i wydajemy miliardy zlotych w tych dziedzinach. Gdzie sa te polskie firmy, ktore powinny powstac na tych zamowieniach. To samo w opiece zdrowotnej. Przyklady mozna mnozyc. Kolejny propagandowe wejscie pana BM o pisuarach. Te stocznie powstaly wbrew a nie dzieki rzadowi PO. Wpuscilismy na nasz rynek wielkie sieci handlowe. Zapewne kupuja one u nas wyroby polskiego przemyslu spozywczego, i sprzedaja przez swoja siec w calej Europie. Tysiace miejsc pracy, miliony w eksporcie. Jest tak?
Kiedy pan wreszcie przyjmie do wiadomości, że udział decyzji politycznych w tym wszystkim jest (na szczęście) minimalny? Jest interes, to się go robi – jak się umie i ma środki na start. Nie ma, to żadne upodobania czy zapatrywania partyjne nie mają znaczenia. To prawda – kilka partii, z PiS na czele, chciałoby to zmienić i o tym decydować. Miejmy nadzieję, że im się to nie uda. I ja nie twierdzę, że to, co się udało w stoczniach, to zasługa PO. Jest to zasługa systemu i rynku. Oraz samych biznesmenów i inżynierów. O tyle to zasługa PO, że nie przeszkodziła.
Z tego, co wiem, do gdańskiej Remontowej robotnicy muszą nosić własne kanapki nawet na nocki, a w gdyńskim Criście ledwie kilkanaście % firmy pracuje na etacie (łatwo się domyśleć, które), zaś szeregowa załoga na oburzająco niskich śmieciówkach, bez prawie żadnego zaplecza socjalnego. w Stoczni Gdańskiej wykfalifikowany monter konstrukcji/spawacz z 20-letnim stażem musi pracować 7 dni w tygodniu na popołudnia lub noce, by zarobić 3500 netto, bo gdyby pracował po 5 dni na przedpołudnia, dostałby na rękę 2000 zł. A i tak ostatnio dostają pensje w ratach. W wieku 45 lat facet jest wrakiem człowieka, bo co dzień wdycha ciężką chemię i pyły, gdyż ignorowanie norm i zabezpieczeń jest tam odgórnym nakazem. Śmiać mi się chce, gdy słucham o zatrudnianiu najzdolniejszych z politechnik – młody robotyk po PG miał tej stoczni dosyć po roku i poszedł do małego startupu.
Tzw. sukces prywatnych stoczni to w 10% sukces polskiej myśli technicznej, a w 90% przewagi kosztowej wynikającej z brutalnego żerowania na taniej sile roboczej przez grupkę biznesmenów, którzy za warunki pracy, jakie zapewniają innym fellow beings, na spotkaniach branżowych nie czują żadnej winy ani wstydu.
Panie Redaktorze: wiem, że szuka Pan pozytywnych wiadomości, i każda mnie cieszy. Proszę jednak nie dawać się naiwnie zwodzić propagandzie sukcesu branżowych lobbystów, którzy na własnym portalu piszą o sobie tylko dobrze.
Czegoś chyba nie rozumiem. Przez całe zawodowe długie życie nosiłem sobie do pracy kanapki albo kupowałem drugie śniadanie w bufecie. Korona mi z głowy nie spadła i nie uważam, by działa się mi w związku z tym jakaś krzywda… Zaś 3500 netto w Polsce to naprawdę spore pieniądze, nawet za 7 dni pracy. To nie robotnik jest w tym wypadku upośledzony, ale zarabiający tyle samo wykładowca uniwersytecki. Znaj proporcję, mocium panie. A że robotyk odszedł do innej pracy… to normalne. Dziś już się nie siedzi całe życie przy jednej dziurce; kot, który tak robił, zdechł jak wiadomo.
Cieszyć się z sukcesów należy…
Gratulacje..
Ale – sorki – nijak nie podważa to argumentu o zniszczeniu przemysłu stoczniowego: przecież bujnie kwitnąca na pogorzelisku roślinność nie przeczy temu, że pożar był. (Choć fałszywość tego argumentu nie jest też dowodem na tezę przeciwną.)
Dzięki świetnej analizie „The Tale of Two Sippyards” w książce „Rebirth of Entrepreneurship” miałem możność wejrzeć w historię tej branży.
Wydaje się, że Stocznia Gdańska została zniszczona „na własne życzenie” przez roszczeniowość związków i nieudolność zarządów.
Stocznia Szczecińska natomiast – mimo genialnej strategii Piotrowskiego (pisałem o tym w SO https://studioopinii.pl/dr-pawel-j-dabrowski-kreatywne-finansowanie/ )
została zniszczona po nieskutecznym szantażu…
Cóż – prawdy są nieproste..