Sto smaków Aliny: Belgijskie menu filmowe

2015-03-30. Dlaczego menu belgijskie? Wreszcie znaleźliśmy czas, aby odbyć filmowy obiad. Czyli obiad, podczas którego oglądamy wybrany film. Spotykamy się w dobranym i doborowym gronie i sięgamy po filmy, które niekoniecznie są oskarowymi arcydziełami, ale koniecznie obrazami przez nas lubianymi. A że film ma Belgię w tytule, choć jest produkcji amerykańskiej, menu dobrałam belgijskie. Korzystałam z książki „Specjalności kuchni światowej pyszne jak nigdy dotąd” słynnych niemieckich autorów: Anette Wolter i autora pysznych zdjęć Christiana Teubnera. Mam drugie polskie wydanie,  z roku 1993, tej klasycznej książki. W tym czasie czytałam ją i oglądałam (zdjęcia są znakomicie dosłowne), aby się dowiedzieć, co jada świat, a czego u nas nie ma. Dzisiaj można i u nas kupić wszystkie składniki potraw, nawet tych najbardziej egzotycznych. No i ugotować wszystkie dania. Rzetelnie opisane. Choć można mieć zastrzeżenia do polskiego tłumaczenia – czasem widać, że jego wykonawczynie nie znały opisywanych potraw i składników – idzie się domyślić oryginalnych nazw.

Ale dlaczego ta Belgia?! Otóż dlatego, że wybraliśmy film o tytule „Jeśli to wtorek, to jesteśmy w Belgii”.

Tę komedię można nazwać romantyczną, choć nie oddaje to całości spraw i sprawek, o których film opowiada. A jest ich sporo, bo przedstawia całą wycieczkę amerykańskich turystów biorących udział w osiemnastodniowej „objazdówce” po dziewięciu krajach Europy. Film miał premierę w roku 1969 i znakomicie oddaje klimat tamtych czasów. Oczywiście u nas wszystko wyglądało inaczej niż na Zachodzie. O objeżdżaniu Europy przez Polaków nie można było nawet marzyć. Ale stroje (mini!), muzyka (filmowe piosenki Donovana, znanego mi wtedy z list przebojów puszczanych w Rozgłośni Harcerskiej), no i odwieczny konflikt pokoleń zarysowany w jednym z wątków, mnie jako nastolatce nie dźwięczały wtedy fałszem. Bo film oglądałam u nas jakoś chyba świeżo po premierze. Świadectwem polski plakat.

Film zawiera wiele wątków ściśle komediowych. Moim ulubionym jest ten o zagubionej żonie, która pomyłkowo dołączyła do wycieczki Japończyków, mijającej się wciąż z tą amerykańską. Ale nie tylko. Jest i kolekcjoner hotelowych dóbr, pakujący je do początkowo pustej walizki. Jest fotograf-erotoman zdejmujący aparatem swoje rzekome podboje i wysyłający zdjęcia kolegom. Jest rodzina z nastoletnią córką, której śladami jedzie chłopak; dziś byśmy go nazwali lewicowym aktywistą. Są i inni, wszyscy zabawnie pokazani kilkoma celnymi scenkami. No i wreszcie znajdziemy wątek romansowego przewodnika wycieczki, typowego Piotrusia Pana, i jej pięknej uczestniczki, projektantki mody podczas podróży decydującej, czy ma wyjść za mąż… Nie piszę, jak się wszystko kończy. Warto zobaczyć samemu. A i wszystkich postaci nie opisałam.

Tłem do tych wszystkich przygód pokazywanych w dobrym tempie są obrazy Europy z lat sześćdziesiątych. Ponieważ dzisiaj już i dla nas jest ona bliska – kto chce, może porównać. Samochody, ruch na ulicach i szosach, pejzaże, hotele i restauracje oraz atrakcje wycieczkowe pokazywane turystom. Te chyba się nie zmieniły! Jak i sam charakter wycieczki, kiedy to obcy ludzie zaczynają tworzyć pewnego rodzaju wspólnotę i stają się sobie w szczególny sposób bliscy.

W filmie warto jeszcze zwrócić uwagę na plejadę gwiazd, występujących nieraz w bardzo drugoplanowych rolach, jak choćby Vittorio de Sica, który jest włoskim szewcem. Pojawiają się jeszcze John Cassavetes, Ben Gazzara, Robert Vaughn, no i ówczesne piękne dziewczyny: Anita Ekberg (niedawno zmarła), Virna Lisi, Elsa Martinelli, Catherine Spaak, a nawet naprawdę młoda Joan Collins. Występuje i Donovan, śpiewający jedną z piosenek (bardzo nastrojową tytułową balladę, jego autorstwa, wykonuje ktoś inny).

Tyle o filmie. Polecam go gorąco. A kto chce, może go obejrzeć w otoczeniu belgijskich dań, równie jak on smacznych. Przynajmniej uczestnicy naszego filmowego obiadu tak mówili.

Przepisy z książki podaję tak, jak je wykonałam, we własnym opracowaniu i ze zmianami w doborze składników i ich proporcji. Opisane potrawy potraktowałam jako wskazówki do wariacji na temat kuchni belgijskiej. Na początek rosół z Gandawy, czyli Waterzooi z kurczaka.

 

Flamandzka zupa z drobiu

  • Waterzooi à la gantoise
  • kurczak zagrodowy
  • cebula
  • 2 marchewki
  • biała część pora
  • łodyga selera naciowego
  • 2 żółtka
  • pół szklanki śmietany kremówki
  • sól, biały pieprz
  • sok z cytryny

Kurczaka podzielić na kawałki, zalać wodą, zagotować, na małym ogniu gotować przez pół godziny. Dodać oczyszczone warzywa. Gotować kolejne pół godziny, pilnując, aby rosół nie wrzał.

Przyprawić solą i pieprzem, gotować jeszcze kwadrans. Odcedzić. Z kurczaka zdjąć skórę, mięso obrać z kości, pokroić na małe kawałki. Rosół gotować bez przykrycia przez kolejny kwadrans, pilnując, aby nie wrzał.

Śmietanę wymieszać z żółtkami, rozprowadzić ją rosołem, dodając po łyżce i mieszając. Zupę połączyć ze śmietaną. Dodać sok z cytryny, spróbować i ewentualnie jeszcze doprawić solą, pieprzem lub sokiem cytrynowym. Włożyć kawałki mięsa kurczaka. Zagrzać przed podaniem, ale nie gotować, aby śmietana z żółtkami się nie zwarzyła.

Do tej zupy podałam bagietkę i grzanki. Wszystko cieszyło się powodzeniem. Następnym razem, gdy będę gotowała tę zupę, wezmę kurze piersi. Będzie mniej zachodu z obieraniem i ładniej dadzą się pokroić. Zupa z pięknej Gandawy jest łagodnie smaczna. Nadaje się i na okazje domowe, i na eleganckie przyjęcia.

Po delikatnej i aksamitnej zupie był mocny akcent smakowy, czyli wołowina po flamandzku. Akurat miałam belgijskie piwo, które podkreśliło belgijski charakter dania.

 

Wołowina po flamandzku

  • Carbonnade à la Flamande
  • ligawa wołowa (oryginalnie biodrówka)
  • 10 dag boczku wędzonego
  • 2 cebule
  • 2 ząbki czosnku
  • pół szklanki ciemnego piwa
  • szklanka bulionu wołowego z kostki
  • natka pietruszki
  • rozmaryn (w oryginale suszony tymianek)
  • 2 liście laurowe
  • cukier, ew. sól
  • łyżka mąki
  • łyżka octu z czerwonego wina
  • tłuszcz do smażenia

Mięso i boczek pokroić w paski. Cebulę w krążki. Czosnek obrać, wycisnąć przez praskę.

W rondlu lub na patelni z grubym dnem rozgrzać tłuszcz (w oryginale smalec, ja wzięłam masło klarowane, ale może być i olej), przesmażyć porcjami paski mięsa, a potem boczku razem z cebulą. Dodać i zasmażyć łyżkę mąki. Wszystko zalać piwem, a gdy ono zostanie wchłonięte – bulionem.

 

Dołożyć mięso, dodać zioła i czosnek, doprawić do smaku cukrem, octem i ewentualnie solą (z nią ostrożnie, bulion jest słony).  Pod przykryciem dusić wszystko do miękkości.

Książka zaleca potrawę dusić przez godzinę w piekarniku. Ja gotowałam ją pół godziny w szybkowarze. Do tego mięsiwa podałam  frytki. W końcu podobno z Belgii pochodzą, choć i inne nacje przypisują sobie zasługę ich wynalezienia.

Starannie przygotowane mięso ma ciemnobrunatny kolor, apetyczny zapach i głęboki smak. Jeżeli trzeba, dodajmy do duszenia jeszcze trochę piwa, ale nie wolno z nim przesadzić. Jak i z octem.

Dania belgijskie wypadły nieźle i – co dla nas było ważne – umiarkowanie przeszkadzały w oglądaniu filmu. A co było na deser? Jak to co: belgijskie czekoladki.

Alina Kwapisz-Kulińska

Print Friendly, PDF & Email

2 komentarze

  1. gurnatko 2015-04-02
  2. Alina Kwapisz-Kulinska 2015-04-02
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com