Jerzy Łukaszewski: Kochana wścieklizna10 min czytania

()

gogulska1a12015-05-15.

Scenka iście bajkowa: podmiejska dzielnica Gdyni, jedna z dawnych wsi o bardzo bogatej przeszłości i do dziś nierozwiązanych zagadkach.

Na koślawej z racji ukształtowania terenu ulicy mały, parterowy domek z ogródkiem, mnóstwo kwiecia od skromnych żonkili po napuszone hortensje. Pomiędzy krzakami porzeczek pałętają się jakieś ogórki, tu i ówdzie uśmiecha się kwiat dyni. Stara, sfatygowana furtka pamiętająca czas budowy domku daleko przed wojną.

Ulicą przechodzi człowiek o wyglądzie menela z gatunku łagodnych, a kiedy ma już minąć furtkę, zatrzymuje się i mamrocze: Biała, Soła, Skawa, Raba, Uszwica, Dunajec, Wisłoka… następnie kłania się furtce i odchodzi w poszukiwaniu płynów wyrabiających obiektywne spojrzenie na świat.

Myślicie, że żartuję? Ani mi to w głowie. Tę scenę widziałem kilka razy, a ci co mieszkają bliżej zaręczają, że powtarza się ona do dziś.

Rozwiązanie tajemnicy jest i proste i zaskakujące zarazem.

Domek należał do nauczycielki jednej z tutejszych szkół, a znajomy menel to jeden z jej uczniów. Wkuwanie dopływów Wisły fundowane w klasie tak widać głęboko zapadło uczniowi w umysł, że do dziś mijając dom nauczycielki czuje się wywołany do tablicy.

Oczywiście każdy może ten obrazek odebrać inaczej, dla mnie jest to coś na swój sposób wzruszającego.

Tym bardziej, że była to także moja nauczycielka.

Mam podobnie jak ten menel – nie sposób jej zapomnieć. W szkole bywała „kochanym potworem”. Bali się jej wszyscy jak ognia, potrafiła bowiem być tak ostra, że chyba żadne dzisiejsze bezstresowo wychowywane dziecko nie dałoby rady bez specjalistycznej terapii tego przeżyć. Nas ratowało to, że nie znaliśmy słowa „stres”.

Potrafiła być cierpliwsza od niejednej świętej gdy miała do czynienia z uczniem mniej lotnym, któremu trzeba było dłużej coś tłumaczyć, by zaskoczył. Dla leni nie miała litości i wobec nich pozwalała sobie na ekscesy, na wieść o których pani Elżanowska dostałaby spazmów. A może nawet „globusa”, jak nie przymierzając Emilia Korczyńska.

Była potworem kochanym, bo nie przypominam sobie drugiej takiej, na której lekcjach (poza odpytywaniem) klasa siedziała z rozdziawionymi gębusiami wpatrzona jak w obraz i łowiąca łopoczącymi z podniecenia uszami każde jej słowo.

Do szkoły przyjeżdżało kino objazdowe, teatrzyki kukiełkowe i inne takie. Kiedy mieli grać „Panienkę z okienka” nasza pani Bronisława (tak miała na imię) uznała, że wypadałoby nas co nieco przygotować i zrobiła nam na polskim lekcję poświęconą historii Gdańska w czasach omawianych przez Deotymę, podpowiedziała na co zwrócić uwagę, mówiła o gdańskich strojach, meblach, wyrobach bursztyniarskich itp.

Z pochodzenia poznanianka nie była zbyt dobrze oblatana w języku kaszubskim, ale wiedziała, że jej uczniowie go znają.

Kiedy więc miała nazwać rolę graną przez Gajosa, po prostu zapytała nas: „ – Jak po tutejszemu mówi się na andrusa? Bówka? Acha, no to ten Pietrek to właśnie taki bówka.” (pękaliśmy z dumy mogąc czegoś nauczyć „naszą panią”)

Sama również organizowała spektakle teatralne, w których braliśmy udział. Pamiętam ryk płaczu kolegi Michała, którego ze względu na słodką, dziecięcą buźkę, obsadziła w roli… Aliny w „Balladynie”. A kiedy mu uszminkowała usta jego oczy wyrażały taką rozpacz, że dziś za samą minę dostałby Oscara.

Ale dyscyplina była – spektakl się odbył.

Jeszcze jedno wspomnienie, o którym nie wiem czy powinienem w ogóle mówić, bo przy współczesnym umysłowym zakręceniu poprawnopolitycznym może to zostać źle odebrane. Szczególnie przez tych, którzy nie rozumieją o czym mowa.

W zamierzchłych czasach ostrzejsze słowo nauczyciela wobec uczniów jeśli nawet nie było normą, to było dopuszczalne w pewnych granicach. Kwestia – gdzie ta granica?

Pani Bronisława, jako się rzekło – osoba temperamentna – potrafiła się czasem wściec. Uczniowie mają już tę przyrodzoną zdolność do wyprowadzania nauczyciela z równowagi – to jest wpisane w system. A wówczas łatwo o takie czy inne „słowo”. Na szczęście była klasyczną choleryczką, czyli kimś kto wściekłszy się potrafił rozerwać na strzępy, a już po chwili pozlepiać z powrotem.

Kiedyś wyprowadzona z równowagi wrzasnęła „- Wy łajzy pruskie!”

I tu nastąpiła scena godna Jana Stanisławskiego.

Największy klasowy łobuz podniósł dwa palce:

– Proszę pani, a dlaczego pruskie?

Reakcja: śmiech, który u niej zawsze zaczynał się od jasnoniebieskich oczu, a potem kolejne wspaniałe opowieści, których słuchało się z zapartym tchem. Opowiadanie o historii tych ziem, o Prusach Królewskich, o tym jak nazywano tutejszych mieszkańców itd. itd.

Dla takiego wykładu warto było zostać pruską łajzą co najmniej raz dziennie.

Przy okazji: była jedną z tych, którzy głośno żałowali, że używanie języka kaszubskiego wśród uczniów zanika. W kontekście jej „inwektyw” to dość istotne.

Oczywiście, dziś uczniom to nie grozi, ale szczerze mówiąc nie jestem pewien, czy na tym zyskują czy tracą.

Uczyła polskiego, ale i matematyki, a siostrę moją – geografii.

Dziś w małym domku mieszka jej wnuczka, która szperając po zakamarkach powynajdywała stare zdjęcia i dokumenty babci i udostępniła mi sprawiając nieprawdopodobną frajdę.

Dzięki temu odbyłem raz jeszcze podróż w świat dzieciństwa, na który mogłem spojrzeć z innej niż dotąd strony.

Dwa dokumenty wydały mi się szczególnie ciekawe, nie tylko z powodów sentymentalnych.

Pierwszy to „Świadectwo dojrzałości” wydane przez Państwowe Seminarium Nauczycielskie w Poznaniu w roku 1926.

Pani Bronisława, jeszcze pod panieńskim, mocno niemiecko brzmiącym nazwiskiem, otrzymała je po pięciu latach nauki w instytucji, której celem było przygotowanie kadr dla polskiego szkolnictwa powszechnego po I wojnie. Od 1932 roku zmieniono je w licea pedagogiczne.

Seminaria nauczycielskie pamiętają wprawdzie czasy Komisji Edukacji Narodowej, która usiłowała oderwać problem nauczania od Kościoła, ale była w tym i pruska tradycja, bo tam właśnie przez okres zaborów takich uczelni funkcjonowało najwięcej.

Stopnie z 17 przedmiotów, których nazwy nieco różnią się od dzisiejszych. Osobno pedagogika i praktyka pedagogiczna, geografia z kosmografią, fizyka i chemia z mineralogią, dwa języki obce itp. Wszystkie stopnie bardzo dobre (ze sprawowania też, co przy jej charakterze mnie trochę zdziwiło) oprócz rysunków, do których widać pani Bronisława talentu nie miała i „ćwiczeń cielesnych” – dobry.

Dokument drugi wydało Kuratorium Okręgu Szkolnego Poznańskiego w 1929 roku po odbyciu stażu przez panią Bronisławę (od 1926 roku była tzw. nauczycielką tymczasową w Żerkowie w powiecie jarocińskim).

Dokument o ciekawej nazwie „Dekret ustalenia” stwierdza, że pani Bronisława z dniem 1 kwietnia 1929 została stałą nauczycielką publicznych szkół powszechnych.

Obok wielkiej pieczęci z orłem adnotacja funkcjonariusza kuratorium, który odebrał przysięgę służbową od świeżo upieczonej nauczycielki.

I jeszcze jeden ciekawy dokument, a mianowicie zobowiązanie do przepracowania lat pięciu w państwowych placówkach edukacyjnych.

Ciekawe to wszystko o tyle, że w czasie dzisiejszych dyskusji o szkolnictwie (choć ostatnio rozmowy zastąpiono trąbkami i bębnami co ma sugerować nasze zejście na poziom dzikich plemion posługujących się tamtamami) słyszy się stale i wciąż o ciężkiej doli nauczyciela, ale jakoś mniej o jego obowiązkach i wywiązywaniu się z nich.

Tak za czasów pruskich jak i w IIRP nauczyciel miał status urzędnika państwowego, z czego wynikały i określone prawa i obowiązki. O Karcie Nauczyciela nikt wówczas nie słyszał.

Plusy tego statusu były m.in. takie, że z uwagi na własny prestiż państwo chroniło nauczyciela np. przed nakładaniem mu kosza na głowę, a także przed nadmierną ingerencją rodziców w jego pracę. Powtarzam – nadmierną.

Minusem z punktu widzenia współczesnego nauczyciela było to, że źle pracujący nauczyciel mógł zostać z pracy zwolniony i żadne związki zawodowe nie były mu w stanie pomóc.

Opowiadałem kiedyś, jak w czasie swojej stosunkowo krótkiej przygody nauczycielskiej zastępując przez rok kolegę w jego szkole zostałem zaskoczony przez dyrektorkę, która… zapowiedziała mi się na tzw. hospitację. Nie mogłem wyjść ze zdumienia, że ktoś kto teoretycznie chce sprawdzić jak sobie radzę w klasie zawiadamia mnie o tym tydzień naprzód, bo… tak mówią przepisy.

Ciekaw jestem jak wielkim trzeba być cymbałem, by do takiej hospitacji nie być przygotowanym. No i przede wszystkim – jaką wartość ma takie „sprawdzanie”? Żadną. Ot, zwykła podkładka pod kolejny papierek i tyle.

Wyobrażacie sobie państwo firmę, której szef musi uprzedzać pracownika, że chce sprawdzić czy on w ogóle pracuje? Żart? W polskiej szkole wcale nie żart.

Do pani Bronisławy dyrektor (wtedy to się nazywało kierownik) mógł wejść na każdą lekcję bez uprzedzenia i sprawdzić jak sobie radzi.

W pamiątkach zachowanych po niej znalazł się także gruby zeszyt akademicki z notatkami dotyczącymi kilku przedmiotów (były i inne, ale zaginęły). Trudno te notatki nazwać nawet konspektami, są zbyt ścisłe, skrótowe. Zawierają natomiast najistotniejsze informacje wskazane do przerobienia na lekcji, nawet gdyby koniecznością jej przeprowadzenia została zaskoczona. Np. po odbyciu lekcji matematyki p. Bronisława zostaje w trybie nagłym skierowana do klasy w zastępstwie koleżanki, która miała uczyć dzieci dopływów Jeniseju. Nie ma sprawy – p. Bronisława otwiera swój sezam i Jenisej nie ma przed nią tajemnic.

Każda żaba kicająca po naszych łąkach miała w nim swoje miejsce, każde drzewo stojąc w nim na baczność meldowało jak się nazywa, a więc w razie czego biologia też nie była jej straszna. itd. itd.

Przeglądając ten notes nie wiedziałem co bardziej podziwiać – ilość informacji jaka się w nim zmieściła, czy sam system zapisu, który to umożliwił. Nie wiem czy był jej wynalazkiem, czy też wyniesiony został z owego poznańskiego seminarium. Przypuszczam, że to drugie, bo nie ona jedna działała na tej zasadzie.

Kiedy na początku lat 50. otwierano u nas nowe licea, poszukując kadr zatrudniono w nich przede wszystkim właśnie absolwentów tych seminariów (najbliższe przedwojenne było w Wejherowie) uznając ich za … wysokokwalifikowaną kadrę. Na naukę u kilku z nich jeszcze się załapałem.

Siostra będąca nauczycielką całe życie twierdziła, że kiedy zaczynała pracę, najwięcej nauczyła się od starszych koleżanek, absolwentek seminariów i późniejszych Liceów Pedagogicznych. W porównaniu z nimi jej uniwersyteckie przygotowanie pedagogiczne było bardzo, ale to bardzo teoretyczne.

Dla porządku dodam, że pensum w czasach mojej młodości miało parę godzin więcej, a dodatkowo były i godziny „do rozliczenia” poza normalnymi lekcjami.

Pani Bronisława organizowała wycieczki w teren, tworzyła uczniowski teatrzyk, uczyła sporządzania kalendarzy meteorologicznych, przygotowywała uczniów do konkursów recytatorskich i wiele, wiele innych rzeczy.

I ostatnie wspomnienie. Pani Bronisława, jak mówiłem, to był kawał wścieklizny budzącej strach i grozę na lekcji. Ale pamiętam jeszcze coś: kiedy w czas wolny od nauki, w niedziele (w soboty chodziliśmy do szkoły) czy w wakacje spotykało się ją na ulicy, pierwszą reakcją, jeszcze przed „dzieńdobrowaniempani”, był uśmiech na naszych chuligańskich pyskach.

Skąd on się brał?

Może kolega menel recytujący dopływy Wisły przed jej furtką by wiedział? Muszę przy okazji zapytać.

Jerzy Łukaszewski

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.

8 komentarzy

  1. A. Goryński 15.05.2015
  2. jmp eip 15.05.2015
  3. jotbe_x 15.05.2015
  4. a_wski 16.05.2015
  5. j.Luk 16.05.2015
  6. Magog 17.05.2015
    • A. Goryński 18.05.2015
  7. Magog 19.05.2015