Alina Kwapisz-Kulińska: Nowe Ateny czyli konkurs na konia pociągowego

duda wawel

2015-05-17. „Koń jaki jest każdy widzi”. Ten ma ciągnąć przyciężki wóz i nie wypaść z trasy. Pełnej krwi konie arabskie czy angielskie zachwycają. Ale one wozu nie uciągną. Zresztą do konkursu na konia pociągowego jakoś się nie zgłosiły: nie te zawody. A czy pociągnie nasz wóz kucyk? Widzimy, że grzebie wdzięcznie nóżką i przed każdym wdzięcznie się kłania. Komu się może spodobać? Kogo zauroczy?

Przepraszam za odzwierzęcą metaforę, ale „Nowe Ateny” same mi wskoczyły do głowy przy, przyznam, pobieżnym śledzeniu drugiej tury kampanii wyborczej. Już nikt jakoś nie nazywa jej nudną. A przecież występują w niej ci sami aktorzy, co w pierwszej. Fakt, że już tylko jeden na tle drugiego. Tak więc z całej jedenastoosobowej drużyny z tury pierwszej wybraliśmy perszerona i kucyka. Różowego i słodkiego my little pony. Owszem, potrafi tupnąć kopytkiem. Ale zdaje się, że dopiero wtedy, gdy ktoś mu na to pozwoli. Gdy mu się to opłaci. I partii, w której znalazł swoje miejsce.

Jak kogo się widzi?
Mimo tych cech nie wskazujących na jakieś szczególne przymioty: siłę charakteru, znamienitą osobowość czy ciekawe poglądy, wyszedł na prowadzenie. Unaocznił to pierwszy sondaż po wygranej przez niego pierwszej turze. Metaforę wyjaśnię. Zwycięzcą pierwszej tury wyborów, jak wiemy, został PiS-owski kandydat, którego widzę jako kucyka, Andrzej Duda. A koń pociągowy, wytrwały i mało efektowny perszeron, to oczywiście Bronisław Komorowski, prezydent urzędujący, wystawiony przez partię rządzącą, PO. Dał się poznać w ciągu pięciu lat kadencji. Przez te lata cieszył się wysokim zaufaniem społecznym, a nawet wręcz sympatią zwolenników innych opcji politycznych (badania pokazywały, że także elektoratu PiS-owskiego). Czyżby spał przez te lata ów żelazny elektorat, który po falstarcie kandydata, w dwa tygodnie się zakochał w wyciągniętym z rękawa prezesa PiS Andrzeju Dudzie? Można powiedzieć: spał i nie wiedział, o czym śnił. Dopiero Prezes mu powiedział. A zaskoczone media nie zauważyły falstartu, czyli rozpoczęcia kampanii wyborczej przed oficjalnym ogłoszeniem terminu wyborów. Zachwycały się natomiast powszechnie jej cudowną „amerykańskością”. Ciekawe co na to powie Państwowa Komisja Wyborcza, podsumowując wybory.

W samym PiS-ie też powszechne było zaskoczenie. Na prezydenturę ostrzyło sobie zęby wielu wiernych i wypróbowanych działaczy (choć nie zawsze wiernych, vide obecnie najwierniejszy Ryszard Czarnecki). Wiedzieli dobrze, że sam Prezes nie będzie kandydował, przestraszony widmem nieuchronnej porażki (kolejnej!), jako że zaufanie społeczne stale miał i ma in minus. Nie zdziwiono się więc w partii, że Prezes tym razem nie zawalczy o klucz do Pałacu Prezydenckiego i możliwość chodzenia po nim w kapciach.

Zdziwiono się jednak niepomiernie, gdy zza pleców wyciągnął właśnie mało rozpoznawalnego Dudę. Nieoczekiwanie dla własnego środowiska, mało rozpoznawalnego także dlatego, że jak na standardy PiS-owskie nijakiego i mało wyrazistego. Kto to jest ów Andrzej Duda? – pytały zwłaszcza media, jak zwykle obdarzone nikłą pamięcią. Nie wiem dlaczego, ale powszechnie zaczęto lansować tezę o braku jakichkolwiek dokonań owego kandydata. Fakt, że się przyjęła powszechnie.

A przecież powinna być znana jego praca u boku Zbigniewa Ziobry, jako 33-letniego wiceministra, wyciągniętego przez niego z krakowskiego kapelusza. (Swoją drogą, jak on może się kreować na kogoś, kto ma głębokie pojęcie o problemach młodych ludzi, szukających pracy!). Potem, gdy nie wszedł do Sejmu jako kandydat, dzięki swojemu byłemu szefowi czyli Ziobrze trafił do Kancelarii Prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Musiał mieć odpowiednio mocne rekomendacje. Czyli być wiernym i lojalnym wykonawcą ideowej linii PiS-u. Bo innych tam nie brali. Media powinny więc dobrze znać jego dokonania, łącznie z tym w Kancelarii Prezydenta ostatnim. Jako jej pracownik był wszak współorganizatorem tragicznie zakończonej wycieczki, zaplanowanej jako pierwszy krok w kampanii wyborczej jego szefa, prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Mającego zresztą małe szanse na reelekcję.

W tym czasie, warto przypomnieć, po raz chyba pierwszy pokazał się szerszej publiczności. W czasie mianowicie sejmowej debaty o pomostówkach, jako minister w prezydenckiej Kancelarii (kolejny etap w karierze młodego i wiernego!) stwierdził z zawiesistym przekąsem, że premier Donald Tusk nie odpowiada na pytania posłów, bo zasłania się „kobietą w zaawansowanej ciąży”. W imieniu prezydenta Rzeczpospolitej (co swoją drogą też świadczy o tymże prezydencie) oświadczam, że jestem zdumiony, że nikt z ministrów nie ustąpił miejsca w pierwszym rzędzie pani minister. To jest cynizm, że mężczyźni nie mają odwagi i sumienia przystąpić z tej trybuny do merytorycznej dyskusji. Pogratulować odnoszenia się do tematu.

A jeszcze pracując dla prezydenta Kaczyńskiego jako urzędnik i prawnik, dał się poznać z zarekomendowania kontrowersyjnego ułaskawieniu kolegi ówczesnego (nowego, nie tego samego co na elekcyjnych plakatach) zięcia pana prezydenta. Ale także jako lobbysta wręcz działający w sprawie SKOK-ów i na rzecz SKOK-ów. To mało? Widać, że dla mediów, które konsekwentnie „nie znały” Andrzeja Dudy, to tyle co nic.

A przecież można było w archiwach znaleźć i żenujące wypowiedzi Dudy po katastrofie smoleńskiej, gdy nie zgadzał się ustalone w Konstytucji objęcie obowiązków prezydenckich przez ówczesnego marszałka Sejmu, czyli Bronisława Komorowskiego. I kolejne jego wypowiedzi wpisujące się w PiS-owską analizę i diagnozę przyczyn katastrofy koronkowo konstruowaną przez Antoniego Macierewicza.

Duda nie jest, proszę szanownych mediów, człowiekiem znikąd. Jako koń jest taki, jakiego się widziało. Jest koniem bez właściwości, ale z dokonaniami. Jeżeli chciało się popatrzeć. I ruszyć pamięcią. Pokonywał kolejne szczeble służby publicznej jako wierny wykonawca linii swojej partii, nie mający wątpliwości i nie mający żadnych zahamowań w działaniu. Aby iść dalej, musi wygrać. A więc zrobi wszystko, by wygrać. Na razie odgrywa

spektakl obietnic.
W „Nowych Atenach” ksiądz Benedykt Chmielowski pisze nie tylko o zwierzętach, ale i o raju: „Ciekawi pytają się: Si est, ubi est? Tym ciekawym i poniekąd potrzebnym Kwestyom jedni w ten odpowiadają sposób: że ten Ray, czyli Ogród rozkoszy i piękności, w niedostępne i głębokie od BOGA przeniesiony miejsce, Ludziom nieznajome. […] Są i tacy Authores, którzy na ziemi nie mogąc Rajowi znaleźć miejsca, na powietrzu go lokują nad górami łokci piętnaście, ministerio Cherubinów tam zawieszony subsistens, ich strażą nikomu nie przystępny, ale że i tam Rzek czterech nie masz, fluxa ich Sententia, i cale ruens, bo na powietrznych wsparta fundamentach. […] Innym się zdaje rzecz non improbabilis, że Ray actu jest na miejscu swym dawnym, ale invisibilis. Inni jeszcze, cale żadnego nie mogąc upatrzyć miejsca Rajowi, rezolwowali się twierdzić i trzymać, że Text święty o Raju ma być ad sensus Mysticos detorquendus, to jest, że ta Historya o Raju, i o Adamie, ma się brać w sensie Duchownym, albo Allegorycznym”.

W sensie dosłownym albo alegorycznym, dobrać można wedle uznania, Andrzej Duda obiecuje raj na ziemi tu u nas, w Polsce. Pod jednym warunkiem: ta ziemia, ten kraj i jego poddani, pardon, obywatele, mają należeć do PiS-u lub być jego sympatykami. Kochać PiS-, oddychać PiS-em, doprawiać jego obrzędy i realizować każdy zamysł PiS-u. To znaczy jego Prezesa, bo nieomalże tak ma zapisane w partyjnym statucie.

Trudno powiedzieć, jak z piekła – bo rządy PO oczywiście doprowadziły kraj i jego Bogu ducha winnych mieszkańców do piekielnej ruiny – Duda wraz z PiS-em urządzi raj. Ale nie o sens chodzi. Idzie o nadzieje. Wielkie Nadzieje. Dla młodych, starych, dla mieszkańców miasteczek, dla robotników z upadających fabryk, dla bezrobotnych, bezdomnych, chorych i niepełnosprawnych, pielęgniarek i chorych. Jednym słowem, cokolwiek to znaczy: dla wykluczonych. Oni PiS-u wyczekują jak kania dżdżu. Święcie wierzą, że zakończy wszystko co w kraju złe, brudne, trywialne, przestępcze itd., itp. Że zaczną oddychać pełną piersią. Bo jest Czas na zmiany.

Wybór Andrzeja Dudy ma być tylko pierwszym krokiem na drodze do raju. Nieważne, jak mizerne i wątpliwej jakości dokonania za nim stoją. Ważne, że stoi za nim Prezes. I Partia. A zwłaszcza Wielkie Nadzieje wyborców. Przełożone na głosy w wyborze.

Taktyka kampanijna
Nie znoszę powiedzenia o wilczych prawach opozycji i takich prawach kampanii wyborczych. Służą promowaniu i rozprzestrzenianiu się agresywności, posuniętej do chamstwa (patrz ostatni wpis z kurnika Janusza Wojciechowskiego, europosła PiS, szefa stworzonego ad hoc interwencyjnego biura pomocy prawnej PiS-u, w miejsce nazwanego zabawnie, że boki zrywać, „Bronkomarketu”, który jakoś nie wypalił; co nikomu nic nie mówi o sensowności i wykonalności kolejnych zamysłów).

W sumie pewnie, że można robić, co i jak się chce. Mamy wolność. Ale czy to musi się podobać i być z aprobatą pokazywane przez media? Czy muszą one się zgadzać na ściemę, pic na wodę i fotomontaż? Ekrany telewizorów transmitują solennie i bez przerwy gospodarskie wizyty Andrzeja Dudy, pokazują rozmodlone oblicza Wykluczonych, wpatrzonych w niego jak w obraz.

Natomiast spacery Bronisława Komorowskiego są gratką dla tropicieli wpadek, dla reporterów-harcerzyków, walczących o odznakę zwiadowcy. Także na monitorach komputerów każdy krok prezydenta, każde jego wystąpienie jest obśmiewane i wręcz opluwane. A cokolwiek powie, zrobi, wymyśli, jest złe, głupie, jest demaskowane jako prostackie posunięcie kampanijne i w ogóle jako ruch do bani.

Tańczący kucyk zachwyca, solidny koń ciągnący wóz jest mało zabawny i mało estetyczny. Liczba nienawistnych wpisów na temat Bronisława Komorowskiego jest zdumiewająca. Świadczy o niesamowitej mobilizacji jego przeciwników. Czy są to tylko żarliwi ideowcy? Owi rozmodleni Wykluczeni z wieców Andrzeja Dudy?

PiS-owscy propagandziści uknuli powiedzenie o „przemyśle nienawiści”, zawiązanym jakoby po to, aby powodować niechęć poddanych do miłościwie panującego prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Nic to, że to on sam swoją niezręcznością, nieudolnością, bałaganiarstwem i widoczną niechęcią do ludzi lub strachem przed nimi wywoływał sytuacje, gdy sam się przedstawiał groteskowo. PiS uchwalił sobie, że koń nie jest taki, jakiego się widzi, ale jest taki, jakiego się pokazuje. Czyżby miał rację?

Przy tym prezydenta Bronisława Komorowskiego mielą codziennie media nie tylko PiS-owskie. Nawiasem, tych jest ich dużo i wciąż się rozrastają, w nadziei na zwycięstwo, które pozwoli z państwowej kasy pokryć deficyt i kredyty. Także te obwołane sprzyjającymi PO gazety, telewizje i portale internetowe używają sobie, aż miło. Mnie osobiście to nie przeszkadza. Gdyby tylko proporcje w obśmiewaniu kandydatów były zachowane. A nie są.

Jest to sytuacja nieznośna także dlatego, że nie pozwala na merytoryczną ocenę prezydenckich propozycji. Dyskutując z nimi jego zwolennicy wpadają w pułapkę. Każda sensowna wątpliwość wpisuje się z punktu w linię oszczerczych i często durnych inwektyw. Zachwiana jest miara i ocena słów i czynów. Staje się ważne nie „co”, lecz „w czyim towarzystwie”. Kampania zaczyna przypominać walki w błocie. Nie jest łatwo spoza niego ujrzeć rzeczywisty obraz tego, do czego nasz kraj powinien dążyć, by się rozwijać nie gorzej niż dzisiaj. Podczas ośmioletnich rządów Platformy Obywatelskiej i pięcioletniej prezydentury Bronisława Komorowskiego.

Alina Kwapisz-Kulińska

Print Friendly, PDF & Email

6 komentarzy

  1. wejszyc 2015-05-17
  2. otoosh 2015-05-18
  3. slawek 2015-05-18
  4. j.Luk 2015-05-19
    • slawek 2015-05-20
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com