Zasnąłem w środku finału amerykańskiego “Tańca z gwiazdami”, który utrzymuje się przy pomocy sztucznego oddychania: rozdygotanych w świetle laserów damskich pośladków. Obudziłem się wśród laserów warszawskich, tutaj półdupki zastąpiono półgłówkami: zapatrzony w amerykańską tandetę, ktoś wyreżyserował “Podsumowanie kampanii Andrzej Dudy”. Konfetti i balony znane z amerykańskich konwencji wyborczych, miały robić wrażenie, że Duda już te wybory wygrał, bo zgodnie z zasadami reklamy produkt, który zabłyszczy na ekranie, może być kupiony.
Koronnym argumentem przeciw Komorowskiemu było to, ze w czasie swojego spaceru po Warszawie, nie skręcił w ulice Wilczą, bo gdyby skręcił, to spotkałby tam pewną lokatorkę, której nowy właściciel kamienicy podnosi komorne do wysokości jej podwójnej emerytury.
W tym nieszczęśliwym kraju, na tle laserów, Agata po lewej, Kinga po prawej, obie na biało, pojawia się polski Robin Hood, który według swojej żony, “prezesa Kaczyńskiego się nie boi”, a według córki jest mądrym i kochanym tatą. Tacie, któremu zarzucano, ze na jego “dobra zmianę” nie ma pieniędzy, przyszedł z pomocą sam Komorowski, który miał powiedzieć, że pieniądze są.
Głos oddany na Dudę będzie głosem na reklamę telewizyjną, która – wydawałoby się – dosyć już wody w mózgu Polakowi zrobiła.
Marian Marzyński



Aby do grudnia, potem trzy lata przerwy w tych igrzyskach, no, może dwa…
Odruch wymiotny nie przechodzi…