Krzysztof Mroziewicz: Moja teczka

Photo_Flayer2015–05–23.

1

Wywiad to sztuka zdobywania wiadomości. Wiadomością – dla wywiadu – jest to, co ktoś gdzieś w jakiś sposób chce ukryć. (Wszystko inne jest reklamą).

Uczyłem się rozróżniania szpiegów od dziennikarzy w kłębowisku wywiadów jakim była Panama za czasów generała Manuela Noriegi (lata 70. ub.w.)…  Bałem się wplątać w coś, z czego – jak z mafii – nie sposób potem wyjść.

Byłych oficerów wywiadu spotykamy najczęściej na cmentarzu. Zresztą na cmentarzu przychodzą oni także na świat. Ich dane personalne zdejmuje się z przypadkowej tablicy nagrobnej a potem dorabia do tego legendę. Od początku do końca wszystko owiane jest tajemnica i przykryte kłamstwem.

W jaki sposób ci, którzy funkcjonują  poza kręgiem wtajemniczenia, mają sprawować kontrolę nad wywiadem? W państwach demokratycznych – zgodnie z zasadami Arystotelesa – dobro ogółu odróżnia  się od „dobra” elity władzy. Interesy elity nie mogą być sprzeczne z interesami ogółu, bo wtedy tworzy się oligarchia. W systemach demokratycznych istnieje coś w rodzaju  wieczystej tajemnicy stanu. Od wywiadu francuskiego nie dowiemy się niczego o udziale Polaków w służbach specjalnych Napoleona. Wywiad brytyjski nie powie, kto to był Daniel Defoe. W krajach Trzeciego Świata, gdzie działają „demokratury”,  dobro elity (oligarchicznej) podnoszone jest przez nią samą do rangi dobra ogółu. A dane objęte klauzulą tajności rozdaje się prowincjonalnym gazetkom po uważaniu. Tak było w Polsce braci Kaczyńskich i Macierewicza. Mieliśmy prawie–państwo. W taki–kraju państwo jest ważniejsze od prawa.    Jest    p r a w o    i    ono    p r a w i e   działa.

2

Oficer wywiadu zaczyna od fałszu na temat samego siebie. Posługuje się fikcją, żeby prawda o jego rzeczywistych zajęciach pozostała ukryta. Jest tylko jeden wywiad „przezroczysty”  – biały wywiad, to znaczy zbieranie i analizowanie danych z gazet i źródeł dostępnych legalnie. Ale nie jest jawne, kto się nim zajmuje.

Żeby kłamać, trzeba mieć doskonałą pamięć.

Wywiady są nienasycone zarówno jeśli chodzi o informacje jak i o współpracowników. Werbuje  się nie tych, którzy się zgłaszają, ale tych, których wybiera się jako obiecujących. Robią tak wszystkie wywiady. Decyduje zbiór cech, dzięki którym można mniej lub bardziej udatnie zostać każdym, kim akurat zostać trzeba, a także to,  czy kandydat  potrzebuje pieniędzy lub pomocy.  Czasami stwarza się   sytuacje, w której będzie ich potrzebował.  I pakuje się go bez jego wiedzy w taką sytuację. W PRL współdecydowała lojalność polityczna, ponieważ uważano, że system realnego socjalizmu  jest nie do obalenia. Terminu „komunizm” nie używano, bo to znaczyło niewolniczą zależność od Związku Radzieckiego, a tego nie lubili nawet komuniści.

Szantaż nie jest dobrą metodą pozyskiwania współpracowników, bo to metoda sowiecka. Pozyskany będzie się bał przełożonych bardziej niż wrogów. W PRL  instrumentem szantażu  była sama współpraca: „Albo współpracujesz z nami albo powiemy, że współpracujesz”.

Pieniądze też nie są dobrym sposobem pozyskiwania agentów. Jeśli daję wszystko jedno mało czy dużo, ktoś może dać więcej.

Nie ma dobrej metody naboru. I nie ma dobrej metody trzymania agentów w ryzach. W wywiadach PRL instrumentem kontroli był strach. Mieliśmy dwa wywiady:  wojskowy i cywilny czyli policyjny. Już  sama nazwa tego drugiego była fałszem. Oficerowie wywiadu „cywilnego” – od święta – nosili mundury Milicji Obywatelskiej. Fachowcy ze środka o pierwszym mówili Spółdzielnia a o drugim Fabryka. Albo „Legia” i „Gwardia”.

Dwa wywiady to niewiele. USA mają ich szesnaście, Irak Saddama Husajna utrzymywał trzydzieści sześć. Dla porównania – pięć wywiadów Izraela  to nic, z tym, że o istnieniu piątego nie wie żaden z czterech pozostałych.

Dźwignia strachu działa wszędzie, najsłabiej – vide Snowdon –  w USA. Za zdradę w PRL groziła kara śmierci. „Wyrok wykonuje się szybciutko” – poinformował mnie  w roku 1984 rezydent wywiadu wojskowego w stopniu pułkownika dyplomowanego. Działo się to w pewnym mieście.

3

Tam, gdzie informacja jest reglamentowana,  zapotrzebowanie na nią i sekrety związane z jej pozyskiwaniem i ochroną stanowią zarówno treść pracy wywiadu jak i mediów (Rosja, Iran, Chiny, Kuba, Watykan, Wietnam, PRL i dawne „Demoludy”). W świecie, w którym istnieje wolność słowa, dziennikarze w wywiadzie są nieprzydatni, chyba że jako analitycy.

Coś dla specjalistów. Definicja tajemnicy z „Małego słownika teologicznego” [1], która sama w sobie jest tajemnicą:

Ponieważ przez tajemnicę  nie należy rozumieć „błędnej formy” naturalnego poznania ludzkiego, lecz jest ona rzeczywistością, która przyporządkowana jest religijnemu aktowi jako takiemu, przeto trzeba określić ją jako to, w kierunku czego człowiek w jedności swej poznającej i w sposób wolny miłującej transcendencji przekracza samego siebie. Tak więc tajemnica jest istotnym i trwałym praaspektem całej rzeczywistości w tym sensie, że jako całość (a więc nieskończona) staje się obecna dla skończonego, stworzonego ducha w jego istotnej otwartości na to, co nieskończone. Duch jako tego rodzaju otwartość na to, co nieskończone, jest możnością przyjęcia tego, co niepojęte jako takie, a więc trwałej tajemnicy.

Co to jest? To jest bełkot.

4

Radiostacja Ojca Rydzyka nadaje z Krasnodaru i z  Samary[2].  Potwierdził to Jarosław Kaczyński, mówiąc o Uralu. Zdziwił się Juliusz Braun, podówczas przewodniczący Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, dziennikarz katolickiej „Niedzieli”. Nie jest możliwe, aby jakakolwiek radiostacja w ZSRR czy Federacji Rosyjskiej mogła istnieć i działać bez zgody wywiadu rosyjskiego.  Poglądy radiostacji Rydzyka (nie mieszajmy w jego działalność Matki Boskiej) nie muszą być zgodne z poglądami Federalnej Służby Wywiadu (Putina).  Wystarczy, że są miejscami niezgodne z poglądami rządu RP i że rozpowszechnianie ich jest dla rządu RP kłopotliwe. A zatem dla FSB jest to korzystne, co znaczy, że w terminologii wywiadowczej  kogoś przysparzającego korzyści FSB można nazwać agentem wpływu. Ktoś, kto robi to za darmo, jest  perłą w koronie FSB. A jeśli nie biorąc pieniędzy jeszcze dodatkowo za swoją działalność płaci Rosjanom 40 tysięcy dolarów miesięcznie, to jak go nazwać? Sponsorem?

Na korzyść Rydzyka działa jednak to, że RP jest państwem demokratycznym i że poglądy niezgodne z polityką rządu może wygłaszać swobodnie nie tylko ojciec Rydzyk, ale dosłownie ktokolwiek i będzie to zgodne z prawem. Czy jednak będzie to zgodne z prawem boskim a co najmniej z dekalogiem?

Dlaczego pastwię się nad nim? Bo jego pisemko „Nasz Dziennik” opublikowało materiały z mojej teczki wywiadu wojskowego, zanim pojawił się na niej stempel „Odtajniono”. A odtajniono 07.10.2013. Zrobiła to pani Dorota Stryczewska czy jakoś tak.

Prokuratura umorzyła siedmioletnie śledztwo w sprawie przecieku moich tajnych danych mówiąc, że nie można wskazać winnego i że jego czyn wyrządził nikłą szkodę społeczną.  Społecznie może i nikłą. Ale osobista szkoda to co innego. Media Rydzyka zgrzeszyły przeciwko przykazaniu: „Nie będziesz mówił fałszywego świadectwa przeciwko bliźniemu swemu”. Kto bowiem chciałby być pomówionym  bez dowodu o to, że był szpiegiem, nawet jeśli ma legendę z Afganistanu? Dlatego ja sobie tu  tę szkodę zrekompensuję w majestacie prawa, czym będę się różnił od Macierewicza i Wybranowskiego z „Naszego Dziennika”, ludzi nie posiadających zdolności honorowej.

5

Bez emocji już.

W mojej teczce wywiadu wojskowego występują błędy, dzięki którym nie wiem, czy teczka jest rzeczywiście moja. Błąd w imieniu (w paszporcie ambasadorskim mam Jan a nie Krzysztof), błąd w dacie urodzenia (43 zamiast 45), błąd w nazwie miejsca urodzenia (Słubice zamiast Słupica), błąd w nazwisku panieńskim matki (Molita zamiast Malicka ).

W teczce jest tylko jeden mój podpis: pod zobowiązaniem, że wszystko czego dowiedziałem się na spotkaniu z przedstawicielami wywiadu wojskowego w pewnym konkretnym dniu jest objęte tajemnicą państwową.  Ową tajemnicą, którą teraz łamię, było to, że dwaj panowie, jeden „przyjaciel Macieja”, a drugi jąkała, są pracownikami wywiadu wojskowego.  Rozmawiali ze mną o dupie Maryni. Szkoda kuli na wyrok śmierci za zdradę takiego sekretu.

6

Wokół mnie kręcił się batalion wojska. Dowodził nim jakiś major Maciejewski, który był jak się okazało moim partnerem z telewizyjnej „Siódemki”. Razem prowadziliśmy program cykliczny „Taki jest świat”. Nosił znane nazwisko. (Nie był to Marek Ostrowski).  Napisał, że nadaję się na współpracownika, choć mam pewne braki wynikające z faktu iż pochodzę z „awansu społecznego”, k. jego mać! O awansie mógłbym powiedzieć to, co Artur Marya Swinarski: „Jestem ze wsi, ale własnej”.

Major komplementował ponadto moje umiejętności i kompetencje zawodowe.

Jakiś bandyta – pedofil napadł wtedy na moją  siedmioletnią córeczkę, kiedy wracała ze szkoły muzycznej. Zdarzyło się to na koszmarnym osiedlu Hansena „Przyczółek Grochowski”. Zrobiłbym wtedy wszystko, żeby go schwytano i ukarano. Chciałem ponadto zamienić mieszkanie, bo dziecko nie było w stanie zmrużyć tam oka. Koledzy majora wykorzystali dramat.  I to po kilku latach! („Wszystko, co robi wywiad jest nielegalne i niemoralne” –  gen. Gromosław Czempiński na spotkaniu w Klubie Ambasadora w siedzibie Wódki Wyborowej w Warszawie w listopadzie 2014). Kiedy już wylądowałem z córeczką w Delhi jako korespondent PAP w Azji Południowej (październik 1981), zaczęli udawać lub mówić otwarcie, że mogą mi pomóc w zamianie.  W teczce nie ma o tym słowa. Jest tylko, że zależy mi bardzo na mieszkaniu. Tak jak gdybym starał się o przydział, mieszkając pod mostem. Nie przyznali się do korzystania z ludzkiej tragedii.

7

Przed wyjazdem nikt z wywiadu ze mną nie rozmawiał. Po powrocie z Panamy też nie. Było to dziwne. Wiedziałem mnóstwo, a Sandiniści (pułkownik Bernardino Larios Montiel) chcieli w pewnym momencie, żebym był ich przedstawicielem w Pekinie.

Przed wyjazdem do Indii instrukcje otrzymałem tylko od szefów PAP i tylko od nich. Zdzisław Morawski, naczelny redakcji zagranicznej, wcześniej korespondent w Rzymie i Watykanie, powiedział mi: „nie zbieramy materiałów natury wywiadowczej; nie jesteśmy od tego”. A prezes PAP, Janusz Roszkowski, wcześniej korespondent w RFN dodał: „pisz to co widzisz, słyszysz i rozumiesz, a my będziemy myśleli, gdzie to drukować”.

Mam, prócz teczki z IPN, także teczkę personalną z KC PZPR. Poza pozytywną opinią Tomka Walata (dziś w Szwecji) i wnioskiem o nominację na korespondenta podpisanym przez Roszkowskiego nic tam nie ma. W szczególności – żadnej opinii żadnego wywiadu.

8

Attache wojskowy PRL w Indiach, pułkownik S. zaczął chodzić wokół mnie dopiero po roku. Widywałem się z ambasadorem Fijałkowskim raz na tydzień. Gdy sam zostałem ambasadorem, rozmawiałbym z korespondentem PAP tak samo co tydzień, albo i częściej, tylko że za moich czasów ambasadorskich korespondentów już nie było.  Korespondent wszędzie wlezie, zwłaszcza tam, dokąd ambasador nie może. A ja dość często jeździłem do Afganistanu. Korespondencje „nie do publikacji w prasie” drukowane przez Biuletyn Specjalny nadawałem pocztą kurierską albo kapitańską (latał wtedy LOT). Należało je zostawiać w ambasadzie w otwartej kopercie. Mam mówić dalej? Nie doliczyłem się około trzydziestu tekstów, m.in. sylwetki Aruna Singha, ministra stanu do spraw obrony, programu jądrowego Indii, bilansu energetycznego tego kraju, metod liczenia wielkości rupii korupcyjnej, Rajiva Gandhiego, walk frakcyjnych w Kongresie. Tłumaczyłem także korespondencje Radka Sikorskiego z Pakistanu i Afganistanu drukowane w lewicowym dzienniku kalkuckim „The Statesman”, które PAP umieszczał bez słowa komentarza w biuletynie „Polonica”. Żadną „Solidarnością” i Polonią nie musiałem się zajmować, bo ich w Azji Południowej nie było.

W teczce IPN, opatrzonej kryptonimem „Sengi” (nie wiem co to znaczy), znajduję teraz informację, że dostarczyłem wywiadowi wojskowemu 34 cenne opracowania specjalistyczne. Ale nie ma żadnego z nich.  Nie ma także żadnej depeszy, które pisał pułkownik w oparciu o moje informacje m.in. z Afganistanu, o tym, że generał Gromow pragnie zakończyć misję tam i przyjść z pomocą do Polski. O tę depeszę, żeby ją wysłał, zabiegałem u pułkownika sam, bo nie chciałem, żeby wysłali to koledzy z „Gwardii”. Bałem się, że trafi do rąk sowieckich. Pułkownik S. wyjątkowo ich nie cierpiał.

9

W jednej z ocen personalnych, które sporządzał co jakiś czas rezydent, napisane jest o mnie, uznanym już przez nich nie wiadomo na jakiej podstawie za Tajnego Współpracownika, że Mroziewicz to osoba przyzwoita i uczciwa i że na rozmowy z nim wysyłać można tylko dobrze przygotowanych oficerów.

Co warte jest świadectwo moralności wydane przez ludzi niemoralnych, choć – mój Boże – wykonujących swój zawód najlepiej, jak umieli?

Pluton działający w Warszawie zajrzał do teczek mojego teścia, znanego dziennikarza Marka Koreywo. Wykryli, że pracował w „Trybunie Ludu”. Ale nie wykryli, że był jednym z kilkunastu więźniów Pawiaka, którzy zdołali uciec, że wybierał się jako pilot do Anglii, ale go aresztowano, że po wojnie zakładał „Kurier Szczeciński” i że obezwładnił porywacza samolotu podczas rejsu, co opisał potem w „Sprawie pilota Maresza” Janusz Meissner. Przeoczyli też, że teść był żarliwym antykomunistą i że w „Trybunie” pisał tylko o sprawach naukowych. Nie wdawał się w działalność opozycyjną, bo był według swego zdania „za nisko”.

Po co im to wszystko było?

Co się tyczy mnie samego – przeoczyli, że moją bliską koleżanką byłą żona przedstawiciela wielkiego koncernu zachodniego, że spotkałem się  z wiceprezydentem USA George’em Bushem w rezydencji u ambasadora USA na obiedzie. Zapomnieli  też, że przez dwie kadencje byłem wiceprezesem Foreign Correspondents Association in South Asia i to w czasie, kiedy po stanie wojennym nie wybierano Polaków do żadnej międzynarodowej organizacji.

Brakuje również adnotacji, że Wiesław Górnicki podczas pobytu z Jaruzelskim w Indiach wydał im wyraźne polecenie: „odpierdolcie się od Mroziewicza”.

10

W teczce znajduje się pokwitowanie na 150 dolarów nagrody. Pułkownik S. był dumny, że ją dla mnie w centrali wyjednał, a ja uparcie  odmawiałem  przyjęcia jakichkolwiek pieniędzy, wiedząc, że w razie czego podpis wykorzystają. Kiedy po dwu dniach rozpłakał się, że generał Misztal go zatłucze, napisałem parafkę dbając, żeby była podobna do jego podpisu. Wiem, że cała ta grafologia to humbug. Potrafię podrobić każdy charakter i jestem przekonany, że potrafi każdy. To tylko kwestia treningu, a wcześniej – pomysłu. Zresztą – tłumaczyłem pułkownikowi S. niejeden artykuł z „Times of India”, który potem wysyłał jako tajny materiał wywiadowczy. W wolnej prasie publikuje się przecież artykuły, które dla odbiorcy z kraju informacji reglamentowanej mogą uchodzić za Bóg wie jakie tajemnice. Ponieważ dziennikarz żyje z tego, co napisze ew. przetłumaczy, przeto uważałem, że 150 dolarów za tłumaczenia dokonywane na rzecz pułkownika S. przez osiem lat to honorarium niewygórowane.  Że przy okazji mogłem (czy nawet w jego papierach musiałem) uchodzić za tajnego współpracownika to ich sprawa. Nazywanie tajną współpracą to, co robiłem jawnie na oczach wszystkich pracowników ambasady, wydaje mi się komiczne. Przyznali mi za to order Zasłużony dla Obrony Kraju, którego nigdy mi nie wręczono.

11

Według dokumentacji IPN miałem niby „rozpracowywać” jakąś czy jakiegoś „Oazę”, co wydaje mi się próbą podparcia ich operacji, aby była wiarygodna. Wielokrotnie informowałem pułkownika S., że na żadne informacje personalne liczyć nie może i nawet niech nie próbuje. Mimo to wpisał na listę swoich sukcesów jednego ze znanych tamtejszych dziennikarzy. Nawet dziś wzdragam się przed podaniem nie tylko jego nazwiska ale nawet kraju pochodzenia,  bo to był i jest mój kolega. Wiele się od niego dowiedziałem, ale  niczego nie przekazywałem ambasadzie, albowiem każdy dziennikarz pozostawia własne źródła na wyłączność, o czym wywiad najwyraźniej nie wie.

Że dostałem od nich butelkę whisky czy karton papierosów? Handlowali alkoholem i prezent w postaci whisky nie wchodził w grę. Kolegów ze Stowarzyszenia podejmowałem rumem indyjskim, który kupowałem poza sklepami dyplomatycznymi. Widocznie rozliczali się wpisując także moją martwą duszę.

12

Kiedy w imperium Ojca Rydzyka ukazało się doniesienie na mnie jako na agenta WSI, złożyłem przed kolegami z „Polityki” oświadczenie, że nim nie byłem i że jeśli wywiad wojskowy wykorzystał mnie a potem zdradził, to jest to kwestia dla prokuratora. Mogę dziś to oświadczenie powtórzyć.

Po  latach pobytu w Indiach w roli „agenta” dostałem agrément   jako ambasador.  Jeden z najlepszych kontrwywiadów świata wpuściłby do siebie szpiega wojskowego, którego „zdemaskował” Macierewicz?

Jeden z ostatnich „kwitów” teczki mówi, że do kontaktów z Mroziewiczem oddelegowano oficerów z pionu Y pułkownika Szatana, który miał mnie niby prowadzić, zajmując się jednocześnie  demontażem komunizmu. Więc jak to jest, proszę księdza – winien czy nie winien?

Ten sam kwit mówi jednocześnie, że na pożegnalnym spotkaniu w safe box, w którym płk Szatan uczestniczył osobiście, zanotowano, iż odmówiłem podania im nazwisk kolegów z PAP, z którymi mogliby nawiązać kontakt. Dali mi też jakiś olejny bohomaz, który zaraz po wyjściu ze spotkania wyrzuciłem.

Krzysztof Mroziewicz

PS

Mój przyjaciel poradził mi: napisz  (o autorach przedruku w „Gazecie Polskiej” oraz trojgu g… z „Frondy”  – „Resortowe dzieci służby”) – „potwierdzam i pocałujcie mnie w d…!”.

PS 2 (od BM): To ja jestem tym przyjacielem. Cytowane zdanie to tylko początek. Było więcej brzydkich słów pod adresem prawiczków-lustratorów. Ale nie nadają się do druku.

______________________________________________________________

[1] Karl Rahner, Herbert Vorgrimler   Mały słownik teologiczny instytut Wydawniczy PAX, Warszawa 1987 szpalta 461.

[2] Piotr Głuchowski, Jacek Hołub   Imperator   Agora, Warszawa 2013, s. 185.

Print Friendly, PDF & Email

3 komentarze

  1. j.Luk 2015-05-23
  2. narciarz2 2015-05-23
  3. narciarz2 2015-05-23
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com