Siedem grzechów Domosławskiego
Książka Artura Domosławskiego była długo zapowiadana. Kilka miesięcy przed publikacją rozeszła się wiadomość, że planowany wydawca odstępuje od kontraktu z autorem. Było to zaskakujące, bo oficyna „Znak” dobrze radzi sobie z wydawaniem książek budzących spory i nie obawia się reakcji publiczności. Po ukazaniu się zbioru reportaży Wściekły pies Wojciecha Tochmana trudno byłoby uwierzyć, że redaktorzy boją się publikowania tekstów kontrowersyjnych i odważnych obyczajowo. Także publikacja Strachu Jana Tomasza Grossa i negatywna reakcja kardynała Dziwisza pokazały, że „Znak”, mimo katolickiego rodowodu, ma odwagę drukować książki źle przyjmowane przez kurię[i]. Stawało się jasne, że problem z biografią Kapuściński non fiction leży gdzie indziej, co tym bardziej wzmagało zainteresowanie.
Zaciekawienie podsyciły również próby sądowego zablokowania publikacji przez wdowę po pisarzu. Ferment wokół zapowiadanej książki został upubliczniony. Dość przypomnieć, że kiedy krytycy opisywali kończący się rok wydawniczy 2009 i jak zwykle przy takiej okazji określali swoje oczekiwania na przyszłość, niemal jednym głosem wskazywali zapowiadaną biografię. Balony promocyjne zostały wypuszczone z dużą skutecznością na kilka miesięcy przed wydaniem książki. Intrygujące „przecieki” pobudzały wyobraźnię – Alicja Kapuścińska stawia veto wątkom obyczajowym, wydawca boi się publikacji, wszyscy krytycy czekają na wielką biografię pisarza. Równocześnie można było usłyszeć Wojciecha Giełżyńskiego, który orzekł, że Artur Domosławski jest najważniejszym polskim reporterem, choć nie wiadomo było na jakiej podstawie nestor polskiego reportażu wypowiada tak jednoznaczny sąd, bo na tle innych dokumentalistów, autor Gorączki latynoamerykańskiej niespecjalnie się wyróżniał.
Niemniej te zapowiedzi miały realny skutek. W ostatnim dwudziestoleciu tylko jedna książka budziła tak duże zainteresowanie zanim jeszcze znalazła się w księgarniach – Przekroczyć próg nadziei, eseje religijne urzędującego wówczas papieża.
Grzech pierwszy: sprzeczność roli – przyjaciel i wróg
Domosławski już we wstępie eksponuje swoje założenia poznawcze: nie będzie pisał „hagiografii”, ani przeprowadzał „procesu beatyfikacji”. Nie bardzo wiadomo, skąd założenie, że biografia miałaby być opisem żywota świętego. Nikt tego nie oczekiwał, tym bardziej, że od śmierci Ryszarda Kapuścińskiego upłynęły trzy lata i konwencja nekrologiczna dawno już przestała obowiązywać. Biograf nie musiał się zatem obalać żadnej strategii badawczej. Niemniej deklaracja jest dość ostentacyjna i pewnie dlatego zauważona została przez większość recenzentów.
Nawet tuż po śmierci Kapuścińskiego uładzona stylistyka nie zdominowała badań nad jego twórczością, przynajmniej w poważnych i rozbudowanych analizach. Książki, które ukazały się po roku 2007 w żadnym razie nie pokazują tendencji do budowania piedestałów. Dość wskazać rzetelną materiałowo pracę Kapuściński. Biografia pisarza Beaty Nowackiej i Zygmunta Ziątka (Kraków 2008). Drugi współautor wcześniej napisał monografię poświęconą Ksaweremu Pruszyńskiemu i dobrze zna wymogi biografistyki. Badacze zaproponowali faktograficzną książkę o Kapuścińskim – ustalili wiele faktów, usystematyzowali informacje, zakreślili obszary interpretacyjne, wskazali nowe konteksty. Trudno uznać zaproponowaną przez nich biografię za dzieło wyznawcze. Książka znalazła eksponowane miejsce na witrynach księgarskich, ale nie była napisana z myślą o masowym odbiorcy.
Wielogłosowość widoczna jest też w pracy zbiorowej Ryszard Kapuściński. Portret dziennikarza i myśliciela. Uwadze badaczy nie umknęła socrealistyczna twórczość pisarza. Artykuł Andrzeja Kaliszewskigo wypunktowuje sytuacyjne serwituty poezji Kapuścińskiego:
„świat (…) wierszy jest, zgodnie z doktryną, czarno-biały. Z jednej strony stoją »ludzie bojowi i piękni« natchnieni wizją »kroczącego socjalizmu«, nieustający w wysiłkach współzawodnictwa pracy. Sięgając po proste narzędzia realizmu i poezji opisowej, Kapuściński ukazuje schematycznie stosunki produkcji; są więc utwory na cześć ZMP-owskiego zespołu murarskiego, młodzieżowej brygady traktorzystów, załogi parowozu, pracowników giserni, pionierskiego oddziału górników. (…) Po przeciwnej stronie na codziennym froncie walki o pokój i dobrobyt widać burżuja, podżegacza, kułaka, zachodniego kapitalistę i jego sługusów, którzy np. nocą przebijają w traktorach zbiorniki paliwa”[ii].
Kaliszewski ewidencjonuje doktrynalskie wiersze i nawet jeśli jakaś poetycka żertwa nie została przez niego wydobyta z „Odrodzenia”, „Sztandaru Młodych, „Pokolenia”, czy „Nowej Wsi” to i tak przywołane cytaty i komentarze dają jasny obraz tego etapu twórczości.
Fałszywe jest przekonanie, że autorzy prac poświęconych Kapuścińskiemu są ślepi na kontrowersyjne elementy jego dzieła. Niczego nie trzeba zatem „odbrązawiać”, wbrew temu co głosiła retoryka promocyjna biografii Domosławskiego, chętnie podjęta w publicystyce towarzyszącej. Monografie poświęcone pisarzowi, choć pisane powściągliwym, umiarkowanym językiem, z całym krytycyzmem analizują wszystkie etapy pracy reporterskiej, również te z czasu budowy socjalizmu. Natomiast nie stosują nachalnej retoryki, ani nie stawiają jednoznacznych ocen, raczej zostawiają swobodę interpretacyjną czytelnikom.
O tym, że krytyka nie straciła niezależności osądu, świadczy zimne przyjęcie tomu poetyckiego Prawa natury. Sława pisarza niewiele pomogła, a recenzenci wybrzydzali z powodu anachroniczności poetyki.
W polu zainteresowania znalazły się również – zdawałoby się – zapomniane książki, które nie były wznawiane i są dostępne w znikomej ilości bibliotek. Myślę o Czarnych gwiazdach (1963) i Gdyby cała Afryka… (1969). Po przeczytaniu zawartych w nich reportaży nasuwa się pytanie o zmianę, jaka nastąpiła w ocenie cesarza Hajle Sellasje między rokiem 1969 – gdy Kapuściński widział w cesarzu nadzieję Afryki i pisał o nim jako o charyzmatycznym przywódcy – a rokiem 1978, czyli datą wydania Cesarza, w którym ta sama postać przeistoczyła się w oderwanego od rzeczywistości tyrana.
Czym innym jest stawianie kogoś na cokoły, a czym innym uznanie czyjejś pozycji i świadomość, że twórczość Kapuścińskiego została zweryfikowana również na światowym rynku wydawniczym, co jest nie lada osiągnięciem dla polskojęzycznego pisarza (nawet w najlichszej księgarni w Stanach Zjednoczonych można kupić co najmniej dwa jego tytuły). Nie należy mylić wartościowania z celebrowaniem.
Mógł być też całkiem inny powód deklaracji biografisty, że nie będzie hagiografizował, a mianowicie bliskie relacje, jakie wiązały go z domem Kapuścińskich (był tam, jak twierdzi „dziesiątki razy”[iii]). W ten sposób chciał zamanifestować swój obiektywizm. Bo istotnie można obawiać się braku dystansu, jeśli punktem wyjścia jest osobista znajomość, a nawet przyjaźń.
Z familiarnej relacji wynika dwuznaczność sytuacji badawczej, w jakiej znalazł się Domosławski, choć wybrnął z niej, minoderyjnie przyjmując dwie perspektywy, które wzajemnie sobie przeczą – przyjacielską i demaskatorską.
Autor wielokrotnie podkreśla swoją bliskość z Kapuścińskim, nazywa go przyjacielem albo mistrzem. Tak określona relacja sankcjonuje poziom wtajemniczenia: znałem, widziałem, wiedziałem. Z prywatną wiedzą oczywiście trudno polemizować, ponieważ ma w sobie element autobiografizmu. Ujęciom autobiograficznym można wierzyć lub nie, ale trudno je podważyć, przynajmniej jeśli chodzi o poziom „faktów psychicznych”, jak stan odczuć i doznań nazywany bywa przez psychologów. Niewątpliwie przyjacielska relacja ułatwiła Domosławskiemu dostęp do materiałów. Te korzyści nie ograniczyły go, ani nie powstrzymały przed sugerowaniem negatywnych ocen. Przy czym trzeba podkreślić, że pamfletowy charakter Non-ficton jest wyraźnie widoczny po przebrnięciu przez całą książkę, może natomiast umknąć, jeśli czyta się jedynie fragmenty. Wówczas trudniej zorientować się, że z pozoru neutralne uwagi w jednym rozdziale, służą jako oskarżenie w następnym.
Domosławski uprawia taki sposób dowodzenia, w którym granice między interpretacją a egzemplifikacją są płynne. Oto przykład:
„w nowej Polsce, po zmianie ustroju, pali mosty z przeszłości (…) Kapuściński wpada na starego towarzysza z partyjno-dyplomatycznej paczki Stanisława Jarząbka. Szeroki uśmiech, serdeczne uściski, kopę lat! Po chwili Jarząbek widzi, że Kapuściński blednie, tężeje, z brata łaty przeistacza się w zimnego nieznajomego – i nagle odchodzi.
– Jego pierwszy odruch był naturalny, przyjacielski, a chwilę potem zorientował się, że popełnił faux pas. Był tam w towarzystwie Bronisława Geremka i kolegów z »Solidarności«, musiał sobie uświadomić, że ja, towarzysz z innej epoki, jestem »trefny«, w tym nowym gronie nie wypada się przyznawać do takich zażyłości. Obserwowałem go potem do końca wieczoru: nie ruszył się na krok od ludzi nowej ekipy, żeby nie wpaść chyba na kogoś ze starych kumpli, których sporo kręciło się na imprezie. To był decydujący moment, w którym zmieniłem o Ryśku zdanie”[iv].
Stwierdzenie Domosławskiego, poprzedzające wypowiedzi informatorów, jest jednoznaczne: Kapuściński „pali mosty z przeszłości”, a to nacechowany frazeologizm, sugerujący, że Kapuściński usiłował zatrzeć informacje o sobie. Dowodem jest wrażenie Stanisława Jarząbka, że został źle potraktowany przez kolegę. Zdarzenie miało miejsce w październiku 1989 roku. W Polsce panowała wówczas atmosfera sprzyjająca budowaniu społeczeństwa inkluzywnego, zakładającego, że ludzie starego reżimu włączani są w struktury nowego państwa, a nie ostentacyjnie wykluczani. Salony, przynajmniej pozornie, łączyły się i otwierały, co wymuszała sytuacja. Ponadto strategia ukrywania dawnych relacji nie miałaby sensu, bo i tak środowisko należało do doskonale zorientowanych we wzajemnych koneksjach. Ówczesna pozycja Kapuścińskiego była już na tyle ugruntowana, że nie musiał podkreślać swojej przynależności gestami towarzyskimi. Poza tym Jarząbek sam twierdzi, że został przyjacielsko przywitany. Być może rozmowa w alternatywnym gronie była ciekawsza i więcej mówiąca o przyszłości i to właśnie decydowało o wyborze miejsca dyskusji. Odczucie Jarząbka mogło wynikać po prostu z jego osobistej niepewności. Według identycznego schematu Domosławski komentuje stosunek pisarza do kolegów z dawnych redakcji. Uznaje, że dystansowanie się miał podłoże koniunkturalne. Przeczy temu zdjęcie zamieszczone w samej książce, zrobione w 2006 roku z okazji jakiegoś wieczornego spotkania. Uśmiechnięty Kapuściński właśnie obok starych kolegów, w towarzystwie „starej gwardii”, której unikał.
Przywołuję ten sposób budowania narracji w Non-ficton, aby pokazać, że to co może być zakwalifikowane jako wysoce subiektywny odbiór jednego z informatorów, przez Domosławskiego jest używane jako dowód w sprawie – tym razem „palenia mostów”, ze strachu przed przeszłością. Ta dyskusyjna interpretacja nie jest na pewno pisana z przyjacielską wrażliwością.
Wróćmy do korzyści, jakie przynosi podwójna rola, w której ulokował się autor biografii. Jako wieloletni znajomy zdobył zaufanie Alicji Kapuścińskiej. Strych, nazwany przez Klausa Brinkbäumera w Afrykańskiej odysei, „cichym królestwem”[v] został po śmierci pisarza udostępniony Domosławskiemu. Zaufany gość wykorzystał archiwalia, a użytek jaki z nich zrobił rozgoryczył Kapuścińską na tyle, że zdecydowała się na dochodzenie swoich praw w sądzie.
Dzięki możliwości oglądnięcia archiwaliów w opuszczonym gabinecie, powstał szkic, zamieszczony w końcowej części książki Bez sił, żeby umeblować twarz. Domosławski relacjonuje w nim, co można zobaczyć w prywatnych zbiorach „maestro” – wykorzystuje zapiski powieszone w pracowni na małych kartkach. Cytuje aforyzmy wybrane przez Kapuścińskiego i na ich kanwie tworzy własną narrację. Postmodernistyczny krytyk nazwałby taki sposób pisania „łatwą praktyką tekstotwórczą”. Biograf przepisuje złote myśli wydobyte przez pisarza, komentuje je, tworząc coś na kształt przyczynku do portretu. Przy czym stylistyka tych komentarzy nie jest neutralna:
„I – trochę jak zgrzyt – gorzki cytat z dziennika Eliadego: »Moje najlepsze książki zostaną napisane przez kogoś innego«. Skąd ta gorycz u pisarza tak spełnionego?”[vi].
Cytat z Mircea Eliadego brzmi jak formuła autorskiej samoświadomości – rozbudowane plany i przeczące im poczucie ograniczeń. Kapuściński zapisał tę myśl w widocznym dla siebie miejscu, może podzielając obawy Eliadego. Tymczasem Domosławski pytaniem „skąd ta gorycz u pisarza tak spełnionego?”, sugeruje możliwości interpretacyjne i wzmacnia negatywny wydźwięk określeniami: „zgrzyt”, „gorzki”, „gorycz”. Zostawia nieprzyjemne niedopowiedzenie. Czy tą najlepszą książką ma być biografia napisana przez kogoś innego? Trudno rozstrzygnąć, ale widać jakiś interpretacyjny zamęt wprowadzony retorycznymi wątpliwościami, które jednak nic nie wyjaśniają. Przypadek egocentrycznego zrujnowania analizy.
W następnym akapicie Domosławski przechodzi do komentowania „obsesji ostatnich lat życia”[vii].

Przykro mi, ale akurat jestem w posiadaniu odpowiedzi Artura Domosławskiego na zarzuty pani Glensk, z których absolutnie jednoznacznie wynika, że zarzuty te są funta kłaków warte. Gorzej – pani Glensk popełnia szereg skandalicznych wręcz błędów. Jeśli dodać do tego jej żenujące czy wręcz kuriozalne insynuacje, że Domosławski mało co się na nią nie rzucił w sądzie, to obraz całości jest wyjątkowo ponury. Przykro mi, że SO coś takiego opublikowało. Można bowiem nie zgadzać się z Domosławskim, ale na litość boską – nie na takim poziomie, że tak jak autorka ordynarnie się kłamie i przeinacza fakty, cytaty i słowa
Szkoda, że osoby minusujące moją wypowiedź nie mają odwagi podać jakiegoś argumentu za p. Glensk. A zainteresowanym służę na priva odpowiedzią Domosławskiego na te zarzuty. Skądinąd SO też je posiada… Warto też, zanim się ktoś wypowie, przeczytać rozmowę z Domosławskim:
http://www.krytykapolityczna.pl/artykuly/opinie/20150528/domoslawski-nie-mam-poczucia-ze-przegralem-ten-proces
@Jacek Rakowiecki
Informuję, że nie jest prawdą,że Urszula Glensk „ordynarnie (…) kłamie i przeinacza fakty, cytaty i słowa”…
Zapewniam pana oraz czytelników pańskich komentarzy, że argumenty podniesione przez autorkę są właściwe i prawdziwe.
W egzemplarzu, na który powołuje się Urszula Glensk „stoi” tak, jak to ona napisała… 🙂
Ponadto fakty (ugoda oraz wyrok) mówią więcej, niż nerwowe ruchy podsądnego i jego akolitów… 🙂
Proszę w takim razie o fotokopię rzeczonego fragmentu tej wersji książki, na którą powołuje się p. Glensk… bo jak na razie nawet w sądzie nie potrafiła go przedstawić. Zwykłą podłością jest też fakt, że ocenia Pan mnie jako „akolitę” autora. Niestety – obraźliwych epitetów używa się, gdy nie ma się w ręku faktów. Także twierdzenie, że żądanie sprostowania ordynarnych kłamstw to „nerwowe ruchy” jest po prostu podłe i prostackie… Mam 30-letnie doświadczenie redaktorskie i potrafię samodzielnie dokonać analizy zarzutów p. Glensk, znałem i bardzo wysoko ceniłem p. Kapuścińskiego, znam też p. Domosławskiego. Amicus Plato…
Jest pan bardzo „wyrazisty” w wyrażaniu samodzielnego (zapewne) oburzenia… 🙂
Podłość, prostactwo i ordynarność (pleonazm z 30. letnim doświadczeniem)to niewiele w kwestii rzeczowości jak na kogoś, kogo boli określenie „akolita”… 🙂
Widziałem egzemplarz Urszuli Glensk.
Mamy te fotokopie.
Czytałem tą książkę, dobry tekst i biografia człowieka z krwi i kości. W porównaniu do biografii autorstwa brytyjskich autorów, dzieło Domosławskiego jest bardzo łagodne wobec bohatera. Np. argument autorki iź kłamstwem jest to, że Kapuściński dystansował sie od redakcyjnych kolegów bowiem istnieje zdjęcie na którym wraz z nimi uśmiechał się….
Smutne gdy decyzje o ksiąźce zapadają w sądzie. Tworzenie list książek zakazanych ma długą tradycję, najwyraźniej wiecznie żywą.
@MaSZ
Mam identyczne wrażenie. Ale argumenty autorki z semantycznego podobieństwa zdań wprowadzają w tę w sumie smutną historię akcent humorystyczny.
Najgorsza możliwa obrona Domosławskiego to wynajęcie kolegi z redakcji. Megalomania P. Rakowieckiego jest znana. Nawet w odpowiedziach jako rzecznik prasowy TVP – zbyt gorliwy nawet jak na panujące tam włazidupstwo władzy rozstał się z telewizją publiczną – podkreślał swoje 30-letnie doświadczenie jako dziennikarza prasowego, co w żaden sposób nie odbijało się na logice tekstów rzecznika prasowego. Szkoda, że nie dodawał też doświadczeń polegających na zarżnięciu kilku tytułów prasowych (samo mianowanie go na naczelnych tych pism nazywano dużą dezynwolturą lub szaleństwem wydawców).
Jacek Rakowiecki to mistrz insynuacji (sugerował, że Max Kolonko chce wyłudzić ministerialne dotacje na telewizję polonijną), mistrz blagi i poprawnościowego bełkotu. Przed wyborami prezydenckimi zasłynął wizjami na swoich wpisach facebookowych, w których Duda i PiS mieliby jego i podobnych bohaterów zamykać na stadionach, a może w obozach koncentracyjnych. To także rzemiocha manipulacji – przepraszając za słowa prezentera bezczelnie atakującego red. Warzechę, jednocześnie sam zaatakował Warzechę, czyniąc mu podobny zarzut co redaktor z telewizji, którego nazwiska nie ma co pamiętać.
Rakowiecki może też być wykorzystywany do pałowania (słownego, rzecz jasna) dziennikarzy, tak jak wtedy, gdy zaatakował zadającego „niewłaściwe” pytania dziennikarza TV Republika, za które ówże został siłą wyrzucony z konferencji prasowej Owsiaka. To także niezrównany stylistyczny dżentelmen: swoim oponentom zarzuca tkwienie „mentalnie w XIX w.” i człowiek niezwykle kompetentny – w oficjalnej odpowiedzi do jednej z redakcji nazywał synod biskupi soborem.
To, że ktoś taki był rzecznikiem TVP daje obraz patologii mediów publicznych. To, że ktoś taki jako dawny kumpel z redakcji Domosławskiego zostaje wynajęty do pałowania kobiety, źle świadczy o zleceniodawcy i potwierdza jego cechy drobiazgowo wyłożone przez polemistkę.
Radziłbym Domosławskiemu lepiej dobierać pałkarzy. Weźmy metodę z Non-fiction i zestawmy obok siebie kilka cytatów z Rakowieckiego: „zarzuty te są funta kłaków warte”, „Jeśli dodać do tego jej żenujące czy wręcz kuriozalne insynuacje, że Domosławski mało co się na nią nie rzucił w sądzie, to obraz całości jest wyjątkowo ponury”, „autorka ordynarnie się [pisownia oryg.] kłamie i przeinacza fakty”. Skądś znamy te metody, ten język, prawda?
Rakowiecki grozi, że wyśle zainteresowanym jakąś tajemniczą odpowiedź Domosławskiego, kwestionującą rzetelność P. Glensk, podważającą wyrok sądu i rozganiającą dość już rozległy smrodek wokół dzieła obrazoburczego… Nie wiem, dlaczego Domosławski nie przedstawił tego dzieła sądowi i opinii publicznej, trudno też zrozumieć, dlaczego sobie dobrał tak kiepskiego herolda.
Szanowny Panie Tremer,
Mogę tylko odpowiedzieć, że poziom Pańskiego ataku i zawartych w nim kłamstw i insynuacji świadczy tylko o Panu. Jestem jednak przyzwyczajony: skopiował Pan praktycznie w 100% listę inwektyw, którymi kilkakrotnie obrzuciło mnie wSieci braci Karnowskich i „Gazeta Polska” więc musi być Pan naprawdę starannym czytelnikiem i kopistą dziennikarstwa „niezależnego”. Przyznać muszę, że darował Pan sobie tylko z tamtych stron dodatkowych argumentów, że jestem Żydem, ubekiem i zdrajcą, co znacznie zubożyło Pańską argumentację, ale z kolei dodał Pan cenny epitet „pałkarz”, co zasługuje na uznanie dla jakości Pana polemicznego talentu… Choć nie ukrywam, że fakt, iż na stronie SO można publikować takie posty, jak Pański, znaczy, że coś tu się zmieniło. Nie dziwi mnie w tym kontekście także poziom publikacji p. Glensk, choć u Pana mogłaby się jeszcze sporo douczyć. Także Pańska pryncypialna obrona tuzów dziennikarstwa, czyli red. red. Warzechy, Kolonki i Rachonia na tych łamach świadczy, że nawet w SO po wyborach idzie nowe…
Drogi Panie, dysponuje kopiami elektronicznymi z Panskich pism, także wpisow facebookowych. Tego samego domaga sie Pan ws. roznic tekstu w kolejnych dodrukach Non-fiction. Moge przeslac na priva zainteresowanym 🙂 co do reszty Panskiego tekstu – ostrosc ataku odpowiada Pana inwektywom, sorry. Przywolywanie jakichs nazwisk prawicowych dziennikarzy, inwektyw, ktorymi Pana obrzucal kto inny… Coz, mialem chyba racje co do Pana talentow polemicznych… Panski kolega grozi sadem Pani Glensk, Pan pietnuje SO za wpuszczenie krytycznego glosu – gratuluje wspolnoty metod