Grzech piąty: dezawuująca perswazyjność
Pytania retoryczne są jednym z najchętniej używanych chwytów stylistycznych tej biografii. „Czy opowiadając o swoim życiu »pisał« jeszcze jedną książkę?”[xxii], „W jakie czułe miejsca uderzą krytycy?”[xxiii], „Czy mówił każdemu co innego?”[xxiv]. Domosławski posługuje się retoryką zawoalowanych hipotez, które następnie znajdują potwierdzenie w wypowiedziach rozmówców. Wielu z nich mówi o Kapuścińskim źle, bardzo krytycznie go wspomina lub wyraźnie z nim rywalizuje. I rzecz jasna mają do tego prawo, ale ich opinie nie są zrównoważone głosami ludzi, którzy mogliby powiedzieć coś całkiem odmiennego o postawie życiowej i konkretnych zachowaniach pisarza. Pominięty został Piotr Załuski, wieloletni przyjaciel pisarza i autor filmu dokumentalnego o nim. Jest to grube przeoczenie, bo Załuski pojawia się nawet w ostatnich zapiskach pisarza, jako jedna z osób, które odwiedziły go w szpitalu. Gdzie podziali się tacy przyjaciele i znajomi jak Krzysztof Karasek, Andrzej Strumiłło, czy Mariusz Szczygieł, który wielokrotnie mówił o hojności autora Cesarza. Pisarz był chętny do wspomagania brawurowych zamierzeń i przedsięwzięć młodszych reporterów czy znajomych. W relacji Domosławskiego znalazła się tylko jedna taka historia (pomoc oferowana córce Nowaków), zupełnie niereprezentatywna ilościowo. Szczodrość, jako znacząca cecha pisarza, gdzieś umknęła. A niejedna studolarówka wyciągnięta w latach 90. pomogła w starcie zawodowym młodszych kolegów. Gdzie podziali się w beneficjenci takich gestów Kapuścińskiego?
Tendencję do eksponowania głosów negatywnych da się prześledzić w wielu fragmentach biografii. Wyraźnie widoczna jest w opowieści o okresie studenckim i wczesno reporterskim. Tu głównym świadkiem jest prof. Ewa Wipszycka. Ilościowo jej głos zdominował relację, choć przecież żyje wielu ludzi, którzy pamiętają Kapuścińskiego z tego czasu. Dwa przykłady wspomnień Ewy Wipszyckiej:
„Nie pamiętam szczegółów rozmowy, pamiętam tylko, że tak jak chciał Kapuściński, samokrytykę złożyłam. Rzeczywiście, praca aktywistki związku studenckiego wychodziła mi słabo. Jednak perswazje i naciski były na tyle żenujące, że na długo utrwalił się wizerunek Kapuścińskiego jako gorliwca, który grał pierwsze skrzypce w godnej pożałowania procedurze”[xxv].
I jeszcze jeden przykład tego, co pamięta prof. Wipszycka po upływie pół wieku: „w roku 1958 na wydziale historii zorganizowano spotkanie, w czasie którego opowiadał »okropne rzeczy«. – sala wypełniona po brzegi, a Kapuściński wygłasza, że Anglicy powinni wysłać do Ghany swoich gurkhów, żeby zrobili porządek z mordującymi się między sobą plemionami. Zamarłam. »Co on wygaduje?« – powiedziałam do kogoś obok. To była mieszanina myślenia kolonialnego i chyba krytyki własnych poglądów z poprzedniego, to znaczy stalinowskiego, etapu. Pamiętam, że to, co mówił, obrażało mnie jako historyka. Przecież ukończył ten sam wydział, co ja, a wtedy wydawało mi się, że pięć lat studiów spłynęło po nim jak po kaczce. Zrobił na mnie wrażenie naiwnego, w myśleniu – wręcz prostackiego. »Zmądrzenie« przyszło później”[xxvi].
Cokolwiek nie pomyśleć o tych wypowiedziach, nie są one neutralne. Kryją w sobie jakąś zadrę – może jej źródła leżą w zachęcaniu koleżanki z ZMP do złożenia samokrytyki. Zgoda, że takie rzeczy się pamięta. Można też dobrze zapamiętać atmosferę spotkania sprzed lat, choć niekoniecznie uwagę, jaką wypowiedziało się do ucha sąsiada. Nie wiem, jaki miał wówczas styl mówienia Kapuściński, ale jego publiczne wypowiedzi od początku lat 90. były zwierciadlanym odbiciem tego, co pisał. Po pierwszym powrocie z Afryki miał około 50 spotkań z czytelnikami[xxvii] i można się domyślać, że był do nich dobrze przygotowany i przedstawiał poglądy zgodne z tymi, które eksponował w Czarnych gwiazdach – afrykańskich reportażach z tego okresu. Jeden z nich Bon ton w gorącym klimacie jest najbardziej zjadliwą krytyką kolonializmu, napisaną kiedykolwiek przez Kapuścińskiego. Kilkakrotnie wspomina w Czarnych gwiazdach Ghanę zawsze z naiwnym entuzjazmem dla pierwszego wyzwolonego kraju Afryki. Trudno sobie wyobrazić, że ten sam autor wypowiada tezę, że Brytyjczycy mają tam wysłać gurkhów do wprowadzenia porządku. Jeśli mam do wyboru teksty reportera z końca lat pięćdziesiątych i to, co zapamiętała prof. Wipszycka, uczestniczka spotkania, stawiam na tekst, odwrotnie niż Domosławski. Oczywiście na akademickim spotkaniu można powiedzieć więcej, można ujawnić jakieś szczegóły, pomijane w teksach pisanych. Ale, jeśli wierzyć Wipszyckiej, Kapuściński musiałby mówić coś całkiem innego niż pisał. W latach pięćdziesiątych było to jeszcze trudniejsze do wyobrażenia niż dziś. Cenzorzy czuwali nad pismem, tajni współpracownicy nad salą.
Poważniejszym problemem niż pomijanie lub marginalizowanie niektórych świadków jest manipulowanie wypowiedziami i dopasowywanie ich do założonych tez. Maciej Wierzyński, szef Kapuścińskiego z warszawskiej „Kultury”, stwierdził wprost:
„Domosławski swoich tez dowodzi w sposób nierzetelny, czego sam padłem ofiarą jako świadek cytowany w tej książce”[xxviii].
Wierzyński wyjaśnia, na czym polega przeinaczenie kontekstu jego wypowiedzi i budowanie na niej fałszywej opinii, że:
„Kapuściński dystansował się od porwanego ideałami »Solidarności« społeczeństwa. [Domosławski] pisze: »W udzielonych w tym czasie wywiadach ucieka w ogólne refleksje, które nie stawiają go jednoznacznie po stronie buntu«. Jest to oczywisty fałsz, bo po której stronie były sympatie Kapuścińskiego, pokazały wymownie Kartki z Wybrzeża wydrukowane zaraz po strajkach sierpniowych”[xxix].
Modelowy przykład budowania narracji w książkach z tezą – pomijanie argumentów przeciwnych. W relacji, omawiającej postawę polityczną Kapuścińskiego w roku 1980, Domosławski pominął kluczowy tekst swojego bohatera. Nic dziwnego, dowodzenie musiałoby się wówczas zawalić jak domek z kart.
W czasie wojaży promocyjnych na spotkaniach z czytelnikami, aby podkreślić swoją rolę bezstronnego medium, zbierającego informacje o życiu pisarza, Domosławski twierdzi, że wysłuchał i zebrał różne opinie, a negatywne sądy zostały zrównoważone przeciwnymi głosami. Otóż żadna równowaga nie została tu zachowana. Na szkodę bohatera działają też komentarze odautorskie, pełne określeń, wzmagających negatywne wrażenia – pisarz jest „skurczony ze strachu”[xxx], gdy słyszy o swojej współpracy z wywiadem Polski Ludowej, „znajduje się w centrum skandalu”[xxxi], „wpada w furię”[xxxii] z powodu plagiatu Bohdana Drozdowskiego, „potrafił być brutalny w słowach”[xxxiii] w stosunku do kobiet, „umiera z zazdrości”[xxxiv], gdy dowiaduje się, że jego przyjaciel Jerzy Nowak spotkał Che Guevarę, ale „bywał oryginalny”[xxxv], dodaje w innym miejscu Domosławski. W efekcie wykreowany został obraz koniunkturalisty, karierowicza, kunktatora, zakompleksionego reportera-fabulanta, którego „uwierają” braki w wykształceniu. Uwagi Domosławskiego o bohaterze książki, nie mają w sobie sympatii, choćby takiej, jaką wyczuwa się w relacji Paolo Rumiza w artykule w „La Repubblica”:
„Gdzie kryje się jego siła? Jak – zastanawiałem się – ten wiejski proboszcz potrafi z najniebezpieczniejszych miejsc na planecie wracać z notesami pełnymi opowieści. Podczas lotu z Zurychu do Mediolanu zauważyłem, że dziękował stewardesom za każdą najdrobniejszą przysługę”[xxxvi].
Tendencyjność ujawnia się w całych strukturach wywodu. Dowodzenie, zaczynające się neutralnie w jednym rozdziale, znajduje swoje negatywne rozstrzygnięcie w kolejnych częściach książki. Przykład łatwo znaleźć, może nim być opis znajomości z Ryszardem Frelkiem.
„Przez dwa kolejne tygodnie Frelek pokazuje Kapuścińskiemu New Dheli. (…) nawiązuje się między nimi przyjaźń, sztama, która przetrwa następnych trzydzieści lat. Frelek stanie się aniołem stróżem, protektorem, współarchitektem kariery Kapuścińskiego – najpierw jako jeden z decydentów w Polskiej Agencji Prasowej, potem wysoki dygnitarz partii, mogący pomóc, gdy trzeba, ochronić, popchnąć sprawy naprzód, nacisnąć właściwy guzik”[xxxvii].
Na kolejnych stronach rola Frelka jest konsekwentnie i wielokrotnie przypominana: „Ryszard Frelek stanie się jego politycznym mecenasem”[xxxviii]. Stron, na których są jakieś informacje o relacjach Frelek-Kapuściński jest kilkanaście, aż do momentu, kiedy następuje kulminacja i czytelnik dowiaduje się że:
„gdy w sześćdziesiątym ósmym roku partia uderzy w antysemickie bębny, Starewicz, mający żydowskie korzenie, stanie się jednym z obiektów natarcia koterii czerwonych nacjonalistów, wśród których Frelek będzie odgrywał niepoślednią rolę”[xxxix].
Dalej Domosławski szczegółowo omawia poszczególnych „partyzantów” i tłumaczy ich udział w rozkręcaniu antysemickiej nagonki. I konkluduje:
„wszyscy oni są dobrymi znajomymi, kumplami Kapuścińskiego, w przypadku Frelka i Trepczyńskiego – przyjaciółmi również prywatnie”[xl].
I na zakończenie wywodu retoryczne pytanie:
„Czy Kapuściński wie – lub czy dowie się później – że jego polityczny patron, Frelek, przykłada rękę do antysemickiej kampanii?”[xli].
Później postać partyjnego przyjaciela przestaje interesować biografa i Frelek prawie znika z opowieści. Do udowodnienia było to z kim przystawał pisarz. W każdym razie żaden przyjaciel, poza głównym informatorem, Jerzym Nowakiem, nie został tak wyeksponowany w Non-fiction jak Ryszard Frelek, przynajmniej do schyłku lat 60. Do zaplanowanej z góry pointy.
Domosławski nie znajduje dowodów akceptacji Kapuścińskiego dla moczarowców, a nawet ją wyklucza. Jednak precyzyjnie omawia kontekst, wydobywa mroczną atmosferę nacjonalistycznej gorączki i pośrednio obwinia reportera za to, że przyjaźnił się z jednym z moczarystów. Zresztą sam portret Frelka jako dziennikarza i kacyka wydaje się papierowy. To raczej podręczny schwartz-charakter, stworzony na użytek biografii. Cokolwiek nie powiedzieć o Frelku, wiadomo że jako prominentny towarzysz osłaniał Kapuścińskiego[xlii]. Przyjmował go też w czasie pierwszej podróży do Indii, z czym wiąże się pewna anegdota. Kiedy po latach usłyszał, że nikt na reportera w Dehli nie czekał, obruszył się: „– Jak to nikt – zdziwił się na pogrzebie (…) – ja go tam witałem”[xliii].
Perswazyjność wywodów Domosławskiego widoczna jest w zamierzonych powtórzeniach. Biografista używa repetycji jako środka perswazji szczególnie w tych fragmentach, gdzie pojawia się jakiś zarzut, gdzie trzeba wyeksponować niedociągnięcie, przekłamanie. Wyjaśnia, dlaczego przypisywano reporterowi znajomość z Che Guevarą, mimo że w rzeczywistości nigdy nie spotkał rewolucjonisty. Wątek wykreowanej znajomości z ówczesnymi politykami (także z Idi Aminem czy Lumumbą) w Non-fiction powtarzany jest czterokrotnie, albo w tekście głównym, albo w przytoczeniach, albo w wypowiedziach świadków.
W książce Domosławskiego jest też inny rodzaj powtórzeń, niezamierzony i przypadkowy. Wydaje się, że jest to konsekwencja pisania części rozdziałów jako osobnych całości, które potem nie zostały odpowiednio zmienione. W wielu miejscach powtórzenia wynikają z słabości redakcyjnej – np. Heban do znudzenia nazywany jest summą afrykańską Kapuścińskiego.
Grzech szósty: niezrozumienie metafory
Domosławski stara się wyeksponować te narracje Kapuścińskiego, którym świadkowie odmawiają autentyzmu – wiele z nich, jak choćby wspomnienia z dzieciństwa, to kwestia indywidualnego postrzegania i rozumienia rzeczywistości. Choć trzeba zaznaczyć, że nie zwraca uwagi na kilka intrygujących i dyskusyjnych wątków, dających się odnaleźć w obszernej twórczości Kapuścińskiego (choćby „cisza” w ambasadzie amerykańskiej po rewolucji Chomeiniego[xliv], czy dwa wspomniane już sprzeczne portrety Hajle Sellasje). Domosławski idzie raczej tropem już znanym i wcale nie tak sensacyjnym, jak sugerowałyby proponowane przez niego komentarze. Obszernie omawia znany artykuł Johna Ryle, autora krytycznego szkicu o Hebanie. Relacjonuje Ryle’owską „listę potknięć, nieścisłości, błędów. Że sudańskie plemiona Dinka i Nuer utrzymują się przy życiu nie tylko dzięki mleku, jak sugeruje Kapuściński, lecz żywią się także zbożami, rybami i mięsem. Że Sudan nie był kolonią brytyjską, lecz zarządzali nim wspólnie Brytyjczycy i Egipcjanie. Że Bari nie pochodzą z Ugandy lecz z Sudanu”[xlv]. Do tych błędów badacz dodaje jeszcze, że w Addis Abebie było więcej księgarń, a nie ta jedna, którą odwiedził pisarz i nazwał „jedyną” (ostentacyjna metaforyczność). Intrygująca jest pieczołowitość z jaką Ryle, brytyjski profesor antropologii, przypomina że Sudanem oprócz Brytyjczyków zarządzali także Egipcjanie. Można się zastanowić, czy wyjątkowo negatywny obraz Brytyjczyków jako kolonizatorów (w przeciwieństwie do Portugalczyków) rozrzucony w reportażach Kapuścińskiego, nie zaważył na opinii badacza, skądinąd uprawiającego krytykę postkolonialną. To tak jakby francuski historyk, karcił kogoś, kto pisze o Napoleonie w Hiszpanii, że nie przypominał, że Somosierrę zdobywali Polacy.
Domosławski kataloguje przykłady nieścisłości. Robi to z determinacją i zapomina, że twórca reportażu literackiego nie musi zapisać wszystkiego, co widział i nie ma obowiązku odnotowywania każdego zdarzenia. Nie rozumie, na czym polega suwerenność autora prozy dokumentalnej, z której Kapuściński korzystał od przełomu, jakim stał się w jego twórczości Cesarz. Zmianę narracyjną jasno sygnalizował czytelnikom. Choćby w Szachinszachu, gdzie ze swadą opisywał scenę z końca XIX wieku (datę autor wyraźnie zaznaczał) i odtwarzał grymasy swoich bohaterów, mimo że w żadnych zapisach, ani w niczyjej pamięci nie mógł zostać utrwalony wygląd konkretnych lepianek, pod którymi mężczyźni siadali; ani odgłos chrupanej szarańczy, którą zjadali. Kapuściński dokładnie opisuje szczegóły, nawet wyrazy twarzy i spojrzenia wędrujących przez pustynię.
Jednak Domosławski z uporem stawia znak równości między pracą dziennikarza-depeszowca a pisarza-reportera, różnica między tymi aktywnościami jest pomijana w jego argumentacji. Za każdym razem wnioski proponowane przez biografa-przyjaciela są negatywne, przypisują autorowi celowe manipulowanie i zmyślanie. Domosławski ignoruje różnice wynikające z odmienności postrzegania i rozumienia, a równocześnie wyolbrzymia zwykłe błędy. Wydaje się zresztą, że jak na tak zasobne pisarstwo i przedinternetowy czas, w którym powstawało, Kapuściński popełnił relatywnie niewiele błędów. Chyba, że detektywi jego twórczości nie ustaną w wysiłkach i odnajdą jeszcze jakieś istotne przekłamania.
Mam odczucie, że wielu zagranicznych informatorów zostało zmanipulowanych przez Domosławskiego, bo podsuwał im wybrane fragmenty tekstu, które osobno trudno zrozumieć i wyjaśnić. Jednym z przykładów jest scena z targowiska w Kampali w Ugandzie, rujnowanej przez Idi Amina. Domosławski pisze, że dziennikarza pracującego w Afryce, Williama Pike’a „w zakłopotanie wprawia (…) fragment w rozdziale o Idim Aminie”. U Kapuścińskiego ten fragment Hebanu brzmi następująco:
„Rybacy rzucili swoją zdobycz na stół i kiedy ludzie ją zobaczyli, nagle zaniemówili, znieruchomieli. Była ogromna i tłusta. To jezioro nie znało dawniej takich spasionych, wielkich ryb. A wszyscy wiedzieli, że siepacze Amina od dawna wrzucają do jeziora ciała swoich ofiar. I żywią się nimi krokodyle i mięsożerne ryby. Wokół stołu panowała cisza, kiedy niespodziewanie i przypadkowo nadjechała wojskowa ciężarówka. Żołnierze zobaczyli zbiegowisko, a także rybę na stole i zatrzymali się (…) Podjechali tyłem do stołu, zeskoczyli na ziemię i otworzyli klapę. My, którzy staliśmy bliżej, zobaczyliśmy, że na podłodze skrzyni leżą zwłoki mężczyzny. I zobaczyliśmy jak taszczą tę rybę do skrzyni, a na stół rzucają nam martwego, bosonogiego człowieka”[xlvi].
Pike wyjaśnia, że ta wielka ryba, przywiedziona na targ to okoń nilowy – gatunek wpuszczony do Jeziora Wiktorii przez Brytyjczyków. Dobrze przeczytać taką ciekawostkę, ale nie jest to argument, potwierdzający nieopanowaną fabulację Kapuścińskiego, która wprawia Pike’a w „zakłopotanie”. Komentator zapewne nie przypominał sobie całej sceny z targowiska, której kluczowym momentem jest zamienienie ryby na zwłoki człowieka. Interpretował raczej omówienie zaproponowane i skrócone przez Domosławskiego – w Non-fiction także zamieszczony jest okrojony cytat bez momentu kulminacyjnego. Inaczej Pike’a zorientowałby się, że Kapuściński nie twierdzi, że ryba urosła do monstrualnych rozmiarów, bo żywiła się ludzkimi ciałami, ale jest to opowieść o reakcji wieśniaków na jej widok, ogarniętych przerażeniem, że samaki „spasła się” w wodzie, do której wrzucano ciała ofiar Amina. Obraz jest oparty na grze skojarzeń i opisie zbiorowego lęku, znanego także w powojennej Polsce, kiedy panował strach przed jedzeniem węgorzy z Bałtyku. Ludzie obawiali się wówczas, że mięsożerna ryba żywiła się ciałami ofiar statków zatopionych podczas wojny.
Pisarz zakłada, że czytelnik po skończeniu elementarnej edukacji biologicznej wie, że mała rybka nie może urosnąć poza ograniczenia swojego gatunku, obojętnie, czym byłaby karmiona. Nie wielka ryba, ani nie przerażenie ludzi są w tej historii najważniejsze, ale bezimienna, bosonoga ofiara reżimu. Można ze złą wolą odczytać ten fragment reportażu i wspaniałomyślnie wytłumaczyć potencjalnym czytelnikom reportera-fabulanta, że na rynku w Kampali Kapuściński widział okonia nilowego. Domosławski nie rozumie lub nie chce rozumieć symboliczności tej sceny[xlvii]. Swoją drogą ten okoń jest adekwatnie nazywany „nilowym”, bo źródła Nilu wpadają właśnie do Jeziora Wiktorii.
Ryba z Jeziora Wiktorii jest taką samą metaforą jak główki kapusty, rosnące wokół Auschwitz. Swego czasu ta metafora pobudzała wyobraźnię czytelników Leszka Kołakowskiego.

Przykro mi, ale akurat jestem w posiadaniu odpowiedzi Artura Domosławskiego na zarzuty pani Glensk, z których absolutnie jednoznacznie wynika, że zarzuty te są funta kłaków warte. Gorzej – pani Glensk popełnia szereg skandalicznych wręcz błędów. Jeśli dodać do tego jej żenujące czy wręcz kuriozalne insynuacje, że Domosławski mało co się na nią nie rzucił w sądzie, to obraz całości jest wyjątkowo ponury. Przykro mi, że SO coś takiego opublikowało. Można bowiem nie zgadzać się z Domosławskim, ale na litość boską – nie na takim poziomie, że tak jak autorka ordynarnie się kłamie i przeinacza fakty, cytaty i słowa
Szkoda, że osoby minusujące moją wypowiedź nie mają odwagi podać jakiegoś argumentu za p. Glensk. A zainteresowanym służę na priva odpowiedzią Domosławskiego na te zarzuty. Skądinąd SO też je posiada… Warto też, zanim się ktoś wypowie, przeczytać rozmowę z Domosławskim:
http://www.krytykapolityczna.pl/artykuly/opinie/20150528/domoslawski-nie-mam-poczucia-ze-przegralem-ten-proces
@Jacek Rakowiecki
Informuję, że nie jest prawdą,że Urszula Glensk „ordynarnie (…) kłamie i przeinacza fakty, cytaty i słowa”…
Zapewniam pana oraz czytelników pańskich komentarzy, że argumenty podniesione przez autorkę są właściwe i prawdziwe.
W egzemplarzu, na który powołuje się Urszula Glensk „stoi” tak, jak to ona napisała… 🙂
Ponadto fakty (ugoda oraz wyrok) mówią więcej, niż nerwowe ruchy podsądnego i jego akolitów… 🙂
Proszę w takim razie o fotokopię rzeczonego fragmentu tej wersji książki, na którą powołuje się p. Glensk… bo jak na razie nawet w sądzie nie potrafiła go przedstawić. Zwykłą podłością jest też fakt, że ocenia Pan mnie jako „akolitę” autora. Niestety – obraźliwych epitetów używa się, gdy nie ma się w ręku faktów. Także twierdzenie, że żądanie sprostowania ordynarnych kłamstw to „nerwowe ruchy” jest po prostu podłe i prostackie… Mam 30-letnie doświadczenie redaktorskie i potrafię samodzielnie dokonać analizy zarzutów p. Glensk, znałem i bardzo wysoko ceniłem p. Kapuścińskiego, znam też p. Domosławskiego. Amicus Plato…
Jest pan bardzo „wyrazisty” w wyrażaniu samodzielnego (zapewne) oburzenia… 🙂
Podłość, prostactwo i ordynarność (pleonazm z 30. letnim doświadczeniem)to niewiele w kwestii rzeczowości jak na kogoś, kogo boli określenie „akolita”… 🙂
Widziałem egzemplarz Urszuli Glensk.
Mamy te fotokopie.
Czytałem tą książkę, dobry tekst i biografia człowieka z krwi i kości. W porównaniu do biografii autorstwa brytyjskich autorów, dzieło Domosławskiego jest bardzo łagodne wobec bohatera. Np. argument autorki iź kłamstwem jest to, że Kapuściński dystansował sie od redakcyjnych kolegów bowiem istnieje zdjęcie na którym wraz z nimi uśmiechał się….
Smutne gdy decyzje o ksiąźce zapadają w sądzie. Tworzenie list książek zakazanych ma długą tradycję, najwyraźniej wiecznie żywą.
@MaSZ
Mam identyczne wrażenie. Ale argumenty autorki z semantycznego podobieństwa zdań wprowadzają w tę w sumie smutną historię akcent humorystyczny.
Najgorsza możliwa obrona Domosławskiego to wynajęcie kolegi z redakcji. Megalomania P. Rakowieckiego jest znana. Nawet w odpowiedziach jako rzecznik prasowy TVP – zbyt gorliwy nawet jak na panujące tam włazidupstwo władzy rozstał się z telewizją publiczną – podkreślał swoje 30-letnie doświadczenie jako dziennikarza prasowego, co w żaden sposób nie odbijało się na logice tekstów rzecznika prasowego. Szkoda, że nie dodawał też doświadczeń polegających na zarżnięciu kilku tytułów prasowych (samo mianowanie go na naczelnych tych pism nazywano dużą dezynwolturą lub szaleństwem wydawców).
Jacek Rakowiecki to mistrz insynuacji (sugerował, że Max Kolonko chce wyłudzić ministerialne dotacje na telewizję polonijną), mistrz blagi i poprawnościowego bełkotu. Przed wyborami prezydenckimi zasłynął wizjami na swoich wpisach facebookowych, w których Duda i PiS mieliby jego i podobnych bohaterów zamykać na stadionach, a może w obozach koncentracyjnych. To także rzemiocha manipulacji – przepraszając za słowa prezentera bezczelnie atakującego red. Warzechę, jednocześnie sam zaatakował Warzechę, czyniąc mu podobny zarzut co redaktor z telewizji, którego nazwiska nie ma co pamiętać.
Rakowiecki może też być wykorzystywany do pałowania (słownego, rzecz jasna) dziennikarzy, tak jak wtedy, gdy zaatakował zadającego „niewłaściwe” pytania dziennikarza TV Republika, za które ówże został siłą wyrzucony z konferencji prasowej Owsiaka. To także niezrównany stylistyczny dżentelmen: swoim oponentom zarzuca tkwienie „mentalnie w XIX w.” i człowiek niezwykle kompetentny – w oficjalnej odpowiedzi do jednej z redakcji nazywał synod biskupi soborem.
To, że ktoś taki był rzecznikiem TVP daje obraz patologii mediów publicznych. To, że ktoś taki jako dawny kumpel z redakcji Domosławskiego zostaje wynajęty do pałowania kobiety, źle świadczy o zleceniodawcy i potwierdza jego cechy drobiazgowo wyłożone przez polemistkę.
Radziłbym Domosławskiemu lepiej dobierać pałkarzy. Weźmy metodę z Non-fiction i zestawmy obok siebie kilka cytatów z Rakowieckiego: „zarzuty te są funta kłaków warte”, „Jeśli dodać do tego jej żenujące czy wręcz kuriozalne insynuacje, że Domosławski mało co się na nią nie rzucił w sądzie, to obraz całości jest wyjątkowo ponury”, „autorka ordynarnie się [pisownia oryg.] kłamie i przeinacza fakty”. Skądś znamy te metody, ten język, prawda?
Rakowiecki grozi, że wyśle zainteresowanym jakąś tajemniczą odpowiedź Domosławskiego, kwestionującą rzetelność P. Glensk, podważającą wyrok sądu i rozganiającą dość już rozległy smrodek wokół dzieła obrazoburczego… Nie wiem, dlaczego Domosławski nie przedstawił tego dzieła sądowi i opinii publicznej, trudno też zrozumieć, dlaczego sobie dobrał tak kiepskiego herolda.
Szanowny Panie Tremer,
Mogę tylko odpowiedzieć, że poziom Pańskiego ataku i zawartych w nim kłamstw i insynuacji świadczy tylko o Panu. Jestem jednak przyzwyczajony: skopiował Pan praktycznie w 100% listę inwektyw, którymi kilkakrotnie obrzuciło mnie wSieci braci Karnowskich i „Gazeta Polska” więc musi być Pan naprawdę starannym czytelnikiem i kopistą dziennikarstwa „niezależnego”. Przyznać muszę, że darował Pan sobie tylko z tamtych stron dodatkowych argumentów, że jestem Żydem, ubekiem i zdrajcą, co znacznie zubożyło Pańską argumentację, ale z kolei dodał Pan cenny epitet „pałkarz”, co zasługuje na uznanie dla jakości Pana polemicznego talentu… Choć nie ukrywam, że fakt, iż na stronie SO można publikować takie posty, jak Pański, znaczy, że coś tu się zmieniło. Nie dziwi mnie w tym kontekście także poziom publikacji p. Glensk, choć u Pana mogłaby się jeszcze sporo douczyć. Także Pańska pryncypialna obrona tuzów dziennikarstwa, czyli red. red. Warzechy, Kolonki i Rachonia na tych łamach świadczy, że nawet w SO po wyborach idzie nowe…
Drogi Panie, dysponuje kopiami elektronicznymi z Panskich pism, także wpisow facebookowych. Tego samego domaga sie Pan ws. roznic tekstu w kolejnych dodrukach Non-fiction. Moge przeslac na priva zainteresowanym 🙂 co do reszty Panskiego tekstu – ostrosc ataku odpowiada Pana inwektywom, sorry. Przywolywanie jakichs nazwisk prawicowych dziennikarzy, inwektyw, ktorymi Pana obrzucal kto inny… Coz, mialem chyba racje co do Pana talentow polemicznych… Panski kolega grozi sadem Pani Glensk, Pan pietnuje SO za wpuszczenie krytycznego glosu – gratuluje wspolnoty metod