ECHA WYDARZEŃ: Już zasłużona warszawska szkółka piłkarska – „Barcelona” jest zagrożona. Bo jest jakiś spór o teren, na którym działa. Na szczęście podobno mediacja ministra sportu niebezpieczeństwo oddaliła.
Sąd ogłosił, że teren „Skry” może wrócić do życia. Są apele do ministra sportu by pomógł sprawić, że będzie to znów życie sportowe. Jak kiedyś… Nie np. kolejna wielka arena handlu, jak też kiedyś, gdy „Skra” się ze sportem wyczynowym i rekreacyjnym musiała się rozstać. Przez samo zjawisko popadania obiektu w ruinę…
PKOl ma kłopot z kasą, podróż ekipy olimpijskiej do Rio jest teraz tak kosztowna, że przekracza zobowiązania sponsorskie – jest apel do ministra, by tzw. budżet pomógł… A przecież ostatnie sezony jakby wyraźnie rozmnożyły olimpijskie szanse, (czyli też – aspiracje) i grzechem by było ograniczyć je kłopotem „biletowo – samolotowym”… Ba, nawet wyborem klasy przelotu (też cena), żeby np. wtłoczyć atletów na miejsca takie, że będzie podróż z nogami pod brodą i zmordowaniem, które przyjdzie zwalczać przez tydzień; razem z aklimatyzacją. A jeśli jeszcze wrócą do olimpijskiej gry siatkarze… Niech minister pomoże…
Jest obietnica ministerialna, że Stegny zostaną przekształcone w nowoczesny – pełną gębą – obiekt łyżwiarski. Z krytym torem; nie w Berlinie będzie najbliższy naszym panczenistom… Nowy minister podtrzyma zobowiązanie, i terminy?
Wniosków i postulatów na ten adres zgłaszany jest (jak było i będzie) – więcej. Duża część to jednak domaganie się działań trochę na zasadzie „straży pożarnej”, a ja – wyznam – czekam na przewagę myśli koncepcyjnej nad pracowitą doraźnością. „Barcelona:, „ Stegny”, przyszłe oblicze „Skry”, rujnacja obiektu stołecznej „Gwardii” oraz sportu w tym klubie itp. to w pierwszej kolejności problemy władz miejskich, samorządowych, prawnych właścicieli. Minister nie we wszystkim musi być pierwszym mediatorem i zastępować tych, którzy dzierżąc władzę mają też najwięcej odpowiedzialności. A że czasem zamiast delikatnie mediować warto „ministerialnie” mocno walnąć pięścią w stół, to już inna bajka…
Sport (z turystyką) ma nowego ministra. Po olimpijczyku – medaliście wioślarskim Adamie Korolu jest kolejny. Nadal wedle zasady wyboru ze świata ludzi „praktykujących na arenach współzawodnictwa o medale”. Nie jak w innych resortach, gdzie ministrowanie jest wyłącznie kwestią polityki (może być armia, ale też kultura, czy szkolnictwo; bo „ja zawsze jestem tam, gdzie… wolne miejsce”, jak mawiał poeta – satyryk Józek P.), a prawdziwie znać się na sprawie mają wice i dyrektorzy. Oni rządzą, szef reprezentuje…
Sport z dawna przyjął rozwiązanie, że u steru stawia człowieka o imieniu i nazwisku sławnym już z własnej kariery zawodniczej. Podobnie utrwaliło się chyba jeszcze tylko w medycynie – „biały fartuch” u steru. Jak w przychodni i w szpitalu.
Teraz jest tak:
„Minister Witold Bańka urodził się 3 października 1984 roku w Tychach. Ukończył studia na Wydziale Nauk Społecznych Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach. Reprezentował Polskę, jako sprinter na dystansie 400 metrów. Brązowy medalista mistrzostw świata w Osace 2007 w sztafecie.”
We wstępnych ocenach czytam zarówno słowa nadziei, że będzie jeszcze lepiej niż jest, bo eks-sprinter to człowiek poważny, nie tylko doświadczony. Znajduję też ton obaw, czy da radę, czy nie rozdrobni się w działaniach wspomnianej „straży pożarnej”, czy wystarczy mu sił na koncepcję oraz przebojowości w forsowaniu tzw. generaliów.
Do ostatniego wrócę, w tym miejscu deklarując życzliwość, przychylność i trwanie wśród mających nadzieję; pod jedynym warunkiem – proszę słowem, czynem, czyli działaniem – dać mi tę szansę…
Rzut oka w przeszłość pt.: Ludzie mistrzowskiego wyczynu u ministerialnego steru. Wioślarz Adam Korol był ministrem ledwie od 16 czerwca 2015 do 16 listopada 2015; bieg życia nie dał mu więc szansy pokazania się w roli dyrygenta. Trochę współczuję, bo wydawał się ciekawym rozwiązaniem – z punktu widzenia doświadczenia (pięciokrotny olimpijczyk!) i cech osobistych.
Był w przeszłości ministrem zasłużony kolarz – Mietek Nowicki, stary znajomy m.in. za sprawą startów w Wyścigu Pokoju. Miły, uśmiechnięty, chyba jednak wciąż bardziej „kolarski” niż „ministerialny”, co kwalifikuję jako cechę, nie jakąś przewinę. Jednak przecież… wedle stawu grobla. Lubimy się po dziś!
Był ministrem Tomasz Lipiec, znany lekkoatleta. Lepiej przemilczeć, zostając tylko przy tezie, że ta nominacja, w skutkach wystawiła fatalne świadectwo środowisku sportowych asów; wątek kryminalny jeszcze nie ostygł w pamięci.
Powyższe uwagi i przypomnienia proponuje potraktować jako ciekawostkę, nie analizę reguły. Zwłaszcza, że w kwestii reguły nie mam jednoznacznej oceny. Np. tylko sygnalizuję pytanie: Czy w ogóle ministerstwo sportu jest potrzebne? Piszę SPORTU, omijając TURYSTYKĘ, bo obowiązujące po dziś połączenie jednego, co jest komercją i działem gospodarki zasilającej budżet z działem niejako wyłącznie konsumpcyjno-inwestycyjnym nie wydaje mi się racjonalne. Nie od dziś to głoszę…
Pamięć jeszcze nie zawodzi, więc podpowiada, że największe osiągnięcia organizacyjno-koncepcyjne związał ze sportem czas, kiedy tzw. konstytucyjnego ministra nie było. Budowanie obiektów – dzięki stworzeniu systemu udziału w dopłatach do zakładów gier losowych. Pieniądze i system ich spożytkowania. Budowa sieci sportu dziecięco – młodzieżowego, za sprawą inicjowanych i wpieranych wianem sprzętowym – uczniowskich klubów sportowych. Emerytury dla medalistów olimpijskich…
Toż wiąże się to nie z ministerstwem, lecz z komitetem – o różnych historycznie nazwach. I z jego szefami, którzy nie mając „konstytucyjnego” tytułu ministra, mieli wpływy i możliwości, że hej. Odpowiadali przed premierem za politykę administracji Państwa w tej właśnie dziedzinie. Byli w imieniu szefa rządu gospodarzami „tematu” w układach interministerialnych, mieli prawo i obowiązek wtrącić się do „edukacji”, służb mundurowych, ustalać pewne normy oraz systemy itp. Potem, gdy zaczęto ze średnią wyobraźnią zmieniać, co niezłe i np. przyłatano „sport” do MEN – już złamano zasadę przywództwa „w temacie”. I nie przywrócono wtedy, gdy powołano ministerstwo, a jego szef stał się konstytucyjnym członkiem rządu. Bo tytuł zyskał, ale liderowania „w temacie” nie odzyskał…
Już oczyma wyobraźni widzę, jak – za przykładem choćby międzywojnia i zapomnianej Państwowej Odznaki Sportowej – minister sportu przez dyskusję na posiedzeniu rządu – sprawia, że minister obrony, czy spraw wewnętrznych urzędowo przyjmują do wykonania regułę, że „ w mundurze” obowiązkowa jest sprawność osobista na poziomie takim to a takim… A MEN wprowadza jeszcze jedną godzinę zajęć wf. Podejrzewam jednak, że umowna POS zostanie w marszu wciąż chętnie granym przez orkiestry wojskowe… (na zdjęciu: najzupełniej niesłuszna, bo komusza, odznaka Sprawy do Pracy i Obrony, SPO. Załączona przez redakcję).
A może ministrowi Bańce to się uda? Co się jednak udawało niektórym szefom sportu w przedministerialnej epoce, i czego nawet różni przypadkowi zmiennicy nie zdołali do końca zniszczyć? Chciałaby dusza – sportowa – do raju…
Andrzej Lewandowski


