Tomasz Lis, którego bardzo cenię i w zasadzie zawsze się z nim zgadzam – tym razem wpadł na pomysł, który mnie osobiście zjeżył włosy na głowie.
Narasta w nas frustracja i sprzeciw wobec zajmowania kolejnych obszarów naszej wolności. Ta frustracja i gniew będą przybierać coraz bardziej radykalne formy i wybuchną wcześniej czy później masowym protestem ulicznym. To rozumiem. Rozumiem również wezwanie T. Lisa do wielkiej demonstracji 11 listopada, jako odpowiedzi europejskiego społeczeństwa na flirt władzy z faszystami.
Ale T. Lis jest dziennikarzem, ma prawo rzucać pomysły nie biorąc za nie politycznej odpowiedzialności. Ktoś jednak taką odpowiedzialność mieć powinien. Polityk, działacz społeczny, który ten apel podchwycił musi zdawać sobie sprawę z odpowiedzialności za swoje decyzje.
Święto 11 Listopada oddaliśmy chuliganom i zorganizowanym faszyzującym bojówkom już dawno. To Państwo ciepłej wody w kranach i rządy Platformy bojąc się protestów opozycji pozwoliły na rozrastanie się tego raka i na coraz bardzie gwałtowne demonstracje i demolowanie miasta pod pretekstem 11 Listopada. To wtedy trzeba było odzyskiwać święto pacyfikując agresywny tłum w każdy dopuszczalny prawem sposób.
Odbijanie świąt państwowych z rąk uzurpatorów to rola państwa. W cywilizowanych krajach robi to Gwardia Narodowa, specjalnie wyszkolone siły policyjne lub wojsko w skrajnych przypadkach. I trzeba będzie odbić to święto z rak narodowców i chuliganów również w przyszłości, gdy już uwolnimy się od PiS-u.
Ale to nie jest to rola pokojowej opozycji!!
Skrajną nieodpowiedzialnością jest wezwanie rodzin z dziećmi, ludzi starszych, chorych, słabych do konfrontacji z doświadczonymi, często wyszkolonymi bojówkami prawicowymi. Powszechną wiedzą jest, że ruchy narodowe w państwach Europy są finansowane i szkolone przez naszego wielkiego wschodniego brata. To przygotowanie obejmuje również instruktaż i szkolenia w walkach ulicznych.
Nawet jeśli uda się uniknąć bezpośredniej konfrontacji manifestacji, to liczba miejsc, w których taka konfrontacja nastąpi – jest niepoliczalna. To drogi dojazdowe do Warszawy, przystanki, boczne uliczki i wreszcie tysiące ulic, na których mogą spotkać się ludzie ze znaczkami opozycji z rozzuchwaloną hołotą. Każda konfrontacja to ryzyko utraty życia, zdrowia czy zwyczajnej godności przez bogu ducha winnych ludzi.
Dobrze napisał Szymon Majewski na FB, że w sumie to wina Marszałka. To on przewidując rządy PiS mógł odzyskać niepodległość 11. dla PiS, 12. dla KOD a 13. na partii opozycyjnych i nie byłoby konfrontacji.
Warto w tym wszystkim zapytać, jaki cel przyświeca politykowi, który rzucił czy raczej podniósł pomysł zorganizowania marszu opozycji 11 Listopada.
Jak cel ma ten marsz? Ma odzyskać dla nas Święto Niepodległości czy ma być kolejnym protestem społeczeństwa wobec władzy PiS? Ma być przeciwko faszystom z ulic – czy bolszewikom z rządu?
Dwa cele na raz – czy brak celu?
Odpowiedzialni liderzy opozycji powinni oszacować ryzyko, jakie poniosą zwykli ludzie, gdy oni pod ochroną BOR odjadą już na konferencje prasową. Oszacować i nie dążyć do bitwy nie mając armii.
Jacek Parol



Wielkiej zwartej demonstracji, ze strażą KOD nie zaatakują.
Ale na peryferiach zgromadzenia, raczej po niż przedtem, mogą jak najbardziej.
Tyle tylko, że to nie musi by akurat 11 listopada. Każda demonstracja może być zagrożona.
Policja będzie patrzeć w niebo. Siły porządkowe sprzyjają raczej władzy autorytarnej.
Coś by trzeba na to wymyślić. Patrole dokumentujące?
Plus duża ilość aparatów fotograficznych dokumentujących każdy ruch. A powoli myśleć o stałych patrolach złożonych z chłopaków, którzy byle bezmózga się nie przelękną.
W tej chwili to i tak nic nie da, bo wiadomo, że to KOD będzie prowokował, Błaszczak niedwuznacznie dał zezwolenie na reakcję ze strony patridiotów, ale nie ma na co czekać, bo na co? Aż się przydarzy nieszczęście?
Czy nie zaisniał kiedyś w dyskursie publicznym pomysł, aby Święto Niepodległości przenieść na 4 czerwca? W lepszą pogodę i atmosferę radości zamiast nadęcia i listopadowego zimna.
Na razie obywatele mogliby nieoficjalnie tak świętować, a gdy wyjdziemy się z matrixa dokończymy dyskusji. A „prawdziwi” niech się kotłują w deszczu.
Niebezpieczeństwa czyhające na niezgrupowanych uczestników marszu KODu są realne, odpowiedzialność spadnie na organizatorów, a i na pewno w przekaziorach to KOD będzie agresorem. Żaden PR tego nie uratuje.
Jestem jednym z tych, którzy prowadzą — z grupą Obywateli RP — kontrmanifestacje w miesięcznice smoleńskie. Prasy one dobrej nie mają, a dokładniej: nie mają żadnej prasy. Z tego powodu — oraz z powodu szczelnej cenzury i otwartej niechęci ze strony KOD — trudno to uznać za działanie o jakkolwiek poważnym znaczeniu. Wspominam o nim jednak oczywiście dlatego, że to jest jeden z przykładów postawy, którą Jacek Parol uznaje tu za nieodpowiedzialne rozrabiactwo.
O tyle jest to jednak ważne samo w sobie, że miesięcznice smoleńskie są od lat — od z górą sześciu — narzędziem wykuwania pisowskiego, narodowo-katolickiego fantazymu i jako takie są oczkiem w głowie prezesa. Ich znaczenie media zresztą doceniają i od jakieś czasu starannie relacjonują jego smoleńskie mowy, nie bez racji widząc w nich jedną z lepszych okazji, by dowiedzieć się o bieżących zamiarach PiS. My te miesięcznice dość skutecznie „psujemy”.
Są te akcje przy tym swego rodzaju poligonem — moim zdaniem bardzo użytecznym w sytuacji, z którą mamy coraz wyraźniej do czynienia (gdyby ktoś o tym nie miał okazji się przekonać już dawno temu). Takiej mianowicie, w której nie ma już miejsca na jakąkolwiek parlamentarną politykę, a nawet na rachuby dotyczące nadchodzących wyborów, bo one wg sporego, na pewno niezerowego prawdopodobieństwa będą się rządziły inną ordynacją i być może wygrać się po prostu nie dadzą. Teza o tym, że zmian w Polsce jest w stanie dziś dokonać wyłącznie społeczny opór jest być może kontrowersyjna, ale wykluczone to na pewno nie jest.
Jeśli tak, to ruch społecznego oporu potrzebuje przede wszystkim dwóch rzeczy:
1. Silnego, rozpoznawalnego etosu przeciwstawionemu koszmarowi pisowskiego fanatyzmu;
2. Skutecznych i sprawdzonych instrumentów nacisku i narzędzi zmian, które — wychodzi na to — polegać mogą na wymuszaniu ustępstw na władzy.
Akcje w smoleńskie miesięcznice zawierają oba te elementy. Do opinii społecznej — nie mamy prasy, ale Jacek Parol o tym wie — nie przedostał się choćby ten fakt, że nieliczna, nieformalna, pozbawiona jakiegokolwiek rozpoznawalnego znaczenia grupa Obywateli RP zdołała z tej okazji wymusić na rządzącej w Polsce partii porozumienie w sprawie tych miesięcznic i że co więcej to porozumienie jest przez PiS niezwykle drobiazgowo przestrzegane. To żadną miarą nie jest żaden znaczący sukces, choć mógłby być, gdyby media zdjęły zeń cenzurę i działania tego rodzaju miały się szansę rozszerzyć.
Problem przemocy i jej ofiar istnieje również przy tej okazji, choć jego skala jest zdecydowanie mniejsza (podobna była jednak w smoleńską rocznicę, a tę już przeżyliśmy i szukujemy się do następnej). Recepta, którą tam stosujemy jest prosta: ryzyko bierzemy po prostu na siebie i bardzo dbamy o to, żeby się nie oberwało „osobom postronnym”.
Zapowiedzieliśmy również akcję na 11 listopada — mniej więcej wg takiego samego scenariusza. Szczegóły tu: http://konstytucjarp.org/11-listopada-mamy-klopot/
Optyka proponowana tu przez Jacka wydaje mi się kompletnie dziurawa logicznie. Nie mamy do czynienia z ekscesami chuliganów, na których należałoby posyłać policję — choć istotnie to są chuliganie, a nawet bandyci i choć istotnie policja powinna zdecydowanie interweniować i 9 przypadkach na 10 pojawień się ONR na polskich ulicach. Problem właśnie na tym polega, że za ich ekscesami stoi rządząca partia, zmierzająca otwarcie do dyktatury.
Bierny opór cywilny jest w tej sytuacji najmniej, a nie najbardziej kosztowny. Tekst Jacka zawiera nie wiem na ile uświadomioną tezę — że mianowicie polityczna opozycja wobec PiS może dzisiaj wyłącznie czekać, aż jakiś cud (a może stanie się to w efekcie intensywnych działań edukacyjno-propagandowych, ale to przeciez proponuje KOD i to się Jackowi nie podobało) sprawi, że PiS w końcu przepadnie w wyborach. Nastanie wolność i będzie mogli sobie naszą demokrację umeblować już jak chcemy. No, po pierwsze niezupełnie umieliśmy przez ostatnie 25 lat umeblować Polskę tak, żeby demokracja nie była w niej zagrożona tak, jak jej dzisiaj zagraża PiS. Po drugie — optykę tego rodzaju znamy dobrze z przeszłości za komuny. Wtedy argumenty o tym, że żaden konkretny postulat cząstowy nie jest możliwy do spełnienia w zniewolonym państwie i że wobec tego nic tylko niepodległość, po której nastaniu szczęście spłynie na nas samo z siebie, były o wiele bardziej przekonywające. A oznaczały dzielne „trwanie w oporze” i bohaterskie celebrowanie mszy za Ojczyznę. Jak być może pamiętamy — powinniśmy w każdym razie — realnych zmian dokonywał wtedy kto inny.
Szanowny Panie Kasprzak,
Na czym polegają te kontrmanifestacje?
Co to za umowa w sprawie miesięcznic?
Szczegóły?
Panie Redaktorze,
Stajemy tam tam głównie z mamucim transparentem z cytatem z Lecha Kaczyńskiego o Trybunale Konstytucyjnym. Po prostu. Stajemy dokładnie naprzeciw przemawiającego Kaczyńskiego, który nie umie tej konfrontacji wytrzymać. Albo wściekle na nas wykrzykuje, albo — ostatnio częściej — skraca swoje przemowy i całą ceremonię i pospiesznie ucieka.
W sierpniu doszło do przesilenia. Kaczyński w przemówieniu podburzył nas nas tłum i ten tłum zachował się agresywnie, zagłuszając nas, wrzeszcząc itd. Policję usiłowano zmusić do interwencji, twierdząc, że zakłócamy ich zgromadzenie. Państwowa galeria Kordegarda, przy której ostatnio stajemy, postanowiła na ten jeden dzień (środek tygodnia) zorganizować plenerową wystawę, blokując nam miejsce. Itd. Wtedy wystąpiliśmy z „ultimatum”, grożąc, że jeśli nie dostaniemy gwarancji prawa do swobodnej demonstracji, staniemy na miejscu smoleńskiego krzyża i albo się miesięcznica nie odbędzie, albo trzeba nas będzie stamtąd znosić.
Muszę też powiedzieć — zwłaszcza przy tej okazji — że prosiliśmy wtedy o wspracie zwłaszcza media. Wszystkie duże redakcje wiedziały. Szantaż naszego ultimatum — jak cała strategia miesięcznic zresztą — polegał oczywiście na tym, że każde wyjście jest dla PiS złe. Miesięcznice to oczko w głowie Kaczyńskiego i on z nich zrezygnować nie umie. Ale wynoszenie spokojnych, legalnie demonstrujących, siedzących w proteście ludzi — to jest oczywiście koszt, którego Kaczyński unika za wszelką cenę. Problem w tym, że ten koszt praktycznie nie istnieje, bez wsparcia mediów. Mogli nas wynieść o 7 rano — wtedy przychodzą pierwsi „smoleńscy” — i po prostu nikt by tego nie zauważył, a wydawcy codziennych wydań w mediach uznaliby rzecz jasna, że szkoda czasu na jakąś garstkę oszołomów. W momencie tego przesilenia olali nas solidarnie wszyscy — łącznie z Wyborczą, która dotąd jako jedyna te akcje sprawozdawała i nawet zapowiadała czasem.
Prawna sytuacja jest przedziwna. Nasze zgłoszenia są niemal zawsze pierwsze. Zgodnie z prawem — w sytuacji konfliktu dwóch demonstracji stwarzającego zagrożenie — decyduje kolejność zgłoszeń. Urząd Miasta i policja jakoś jednak nie mają śmiałości zakazać miesięcznic — choć powinni to zrobić. Nam też nie na tym zależy. Chcemy stać naprzeciw. Co ciekawe — ppisowskie miesięcznice są zawsze podwójne. Rano jest pierwsza część, wieczorem druga. Na obu jest połowa rządu. Tylko wieczorną część PiS zgłasza. Poranne odbywają się prawem kaduka. I również te poranne zgromadzenia my „wpuszczamy” — na zajęte przez nas miejsce.
Po przesileniu i ultimatum zawarliśmy porozumienie. PiS zobowiązał się respektować nasze „granice” oraz program naszego naszego zgromadzenia. My zobowiązaliśmy respektować program ich zgromadzenia — zresztą zawsze dzielnie milczeliśmy w trakcie tych ich obrzędów i przemówień.
Następna miesięcznica w poniedziałek. Polecam. Informacje znajdzie Pan na stronie ObywateleRP.org. Poniżej link do filmu z wystąpieniem z września — po przesileniu.
https://www.youtube.com/watch?v=NoYCPJM3-TI
Szanowny Panie Skalski,
@Kasprzak podał przecież link, niechże Pan weń kliknie – uzyska Pan odpowiedź na swoje pytania (a przy okazji będzie mógł Pan poczytać o tym, jak nie daje się współdziałać z KOD-em).