Mam propozycję, którą kieruję do Przyjaciół i samego siebie, a także do tych, od których dzieli mnie to i owo.
Chodzi o zakopanie topora wojennego rodaków. Co nie ma żadnego związku z odrzuceniem własnych poglądów. Niech sobie będą. Ale do diaska, na cholerę nam ta wojna polsko-polska. Te wzajemnie szczerzenie zębów z nienawiści.
Śmieją się z nas. I ci na zachód od Odry i ci z Kremla. Zacierają ręce ci, dla których im więcej żółci nad Wisłą, tym więcej radości u nich. Polska jest słaba słabością jej rodaków.
Nie jest wszak prawdą, że Twoja „prawda” jest święta. Nie jest prawdą, że twoja prawda musi zwyciężać od świtu do zmierzchu. Powtórzę za Wieszczem — kochajmy się. Ponieważ jest to nierealne, więc proponuję minimum: nie krzywdźmy ani siebie (gdy złorzeczymy), ani tych, którzy stoją po drugiej strony ojczyźnianej barykady.
Chyba, że przeciwnik postradał zmysły (bywają tacy).
Takiego nie należy jednak krzywdzić, lecz wsadzić do domu wariatów.
Jerzy Klechta



z calym szacunkiem, lecz konkluzja wydaje się pozostawać w sprzeczności logicznej z tytułem, skoro wszyscy już w takim domu mieszkamy, przeciwnicy także, chyba, że postuluje pan izolatkę w domu wariatów, tam jednak powinni trafiać normalni.
Jedno pytanie: do kogo ta mowa?
Zakopany topór wojenny już nie raz okazywał się miną.
P.S. W mojej edukacji mam i przedszkole w Tworkach (obecnie Pruszków Wsch.) chodziłem do niego codziennie przez pola, jakieś 3/4 km. I ono graniczyło z uszkodzonym kawałkiem muru wiadomego zakładu, odgrodzone siatką. Być może właśnie dlatego od czasu do czasu wymyślam takie powiedzonka. Bo my, dzieci, budziliśmy ich zainteresowanie, czemu dawali wyraz na różne sposoby. Do dziś zachowałem zdrowy (?) lęk przed ludźmi, z którymi jedynym kontaktem jest brak kontaktu.
Ps.Ps. Jak wracam do własnego komentarza z poprawką, mój wewnętrzny złośliwiec zawsze przywołuje mi na pamięć psa, co przychodzi zjeść własne rzygowiny. Ale zastanawiam się, czy to nie jest jakoś powiązane z tym „korektorskim okiem”, co ja je mam. I ono się kręci w pamięci, nie dając spokoju, klekocąc w czasie dalszej jazdy, jak niedomknięte drzwi samochodu. Bo oczywiście my, dzieci, budziłyśmy, a nie „budziliśmy” zainteresowanie wariatów. Tak ich nazywałyśmy/liśmy, nie mając jeszcze pojęcia, że istnieje poprawność polityczna, ani jakakolwiek empatia.