Jerzy Dzięciołowski: Warsztat pracy (7)4 min czytania

()

2018-06-01.

W redakcjach jest coś takiego jak czas horroru. To wtedy, gdy naczelny bierze się za pisanie wstępniaków. Jest oczywiste, że przekroczone zostaną wszelkie terminy.

Władek Dudziński, przez lata sekretarz redakcji i zastępca redaktora naczelnego, człowiek pogodny, który witał mnie uprzejmie: – Dzień dobry, panie dziedzicu, chwalić Boga, południe – długo czekał cierpliwie, a potem robił Główczykowi awanturę. Władek był fanem muzyki klasycznej, miał dużą kolekcję płyt i kręgosłup. Bronił tego, co pisał, do granic wytrzymałości cenzury, Janek nadstawiał głowę, ale też miał czasem dość i korzystał z uprawnień naczelnego. Na dobrą sprawę ludzie obeznani z zawodem dziennikarza i pracą redakcji nie wiedzą, jak to się dzieje, że w końcu gazety wychodzą w terminie, a programy w czasie określonym ramówką. Pewnym wyjaśnieniem jest, że średni wiek dziennikarza, w latach słusznie minionych, wynosił 54 lata. Teraz jest wyższy, ale to za sprawą lepszego odżywiania.

Dziennikarz też człowiek, każdy ma własną technikę pracy. Hanka Kuszko już po siódmym brudnopisie przystępowała do wygładzania tekstu. Brzydziła się czymś takim jak maszyna do pisania, jak niektórzy obecnie komputerem, i marnowała papier.

Dobrze zorganizowany warsztat pracy miał Marek Misiak, rozpoznawalny redaktor od statystyki i finansów. Zaprosił mnie kiedyś do pokoju, w którym urzędował jako doradca wicepremiera Kaima i zapoznał z półkami, na których leżały posegregowane wycinki z gazet. – Jestem człowiekiem obciążonym pracą – wytłumaczył. – Zamówienia są pilne. Dobieram wycinki, opatruję stosownym tytułem, i się wyrabiam. W końcu propaganda nie zmienia się tak bardzo. W zupełności się z nim zgodziłem. Marek załatwił poparcie wicepremiera dla wyprawy „Ursusem do Kuwejtu”, też propagandy nieco inaczej.

Dobrze współpracowało się z Funiem. Poza zdjęciami z ostatniej chwili Funio miał ułożone w przegródkach od A do Ż, w dwóch żelaznych szafkach, zdjęcia prezesów i wydarzeń, które nadawały się do wielokrotnego użycia. W ten sposób redakcja oszczędzała na delegacjach, nie marnując nikomu zdrowia. Bo tak w ogóle, to lubiliśmy jeździć w teren w towarzystwie aparatu. Stefan Ancerewicz, który jakiś czas zajmował się poprawianiem służby zdrowia na łamach ŻG, a jak mu przeszło produkował plastikowe gadżety, dużo wydajniejsze finansowo niż honoraria, miał taki notatnik, w którym zamieszczone były nazwy miejscowości i adresy godne zainteresowania. W związku z tym najciekawsze wydarzenia miały, po kilka razy, miejsce na przykład w Łapach albo innym Piotrkowie. Trudno uwierzyć, jak płeć nadobna gotowa jest poświęcić się dla obiektywu. Funio umiał opowiadać kawały i był tak zwaną duszą towarzystwa. Poza obowiązkami towarzyskimi udzielaliśmy się we dwójkę na Giełdzie Papierów Wartościowych. Od początku, jak nastała w Warszawie, zwyczajnie postanowiliśmy zrobić majątek. Co tydzień akcje pierwszych spółek zwyżkowały o 10 procent, co nam nie wystarczało, i bez sensu je kupowaliśmy i sprzedawaliśmy, pomijając realia. Funio prowadził barwne wykresy, z których wynikało, że cel jest tuż, jak prawda o Smoleńsku spółki pozagiełdowej Macierewicz–Kaczyński. Start na giełdzie Banku Śląskiego świętowaliśmy z góry – taki był pewniak. W „Białym domu”, świątyni komunizmu, który po rozstaniu się z Komitetem Centralnym PZPR użyczył pomieszczeń giełdzie, bywaliśmy regularnie, bez szacunku dla miejsca, w którym latami produkowany był strach. Któregoś kwietniowego czy majowego popołudnia bańka pękła. Naturalnie informowaliśmy innych frajerów, że w porę pozbyliśmy się pikujących akcji.

Wzorem Marka Misiaka zacząłem pracować na wartość dodaną dla redakcji. „Życie Gospodarcze” miało to do siebie, że zanim ktoś został ministrem finansów albo najmarniej dyrektorem departamentu w tym resorcie czy Komisji Planowania, pobierał nauki na Hożej, gdzie latami, na trzecim piętrze, w rozległym niegdyś mieszkaniu, stacjonowała redakcja. Główczyk dał się poznać nie tylko przyszłym elitom od gospodarki. Za niezgodność z reżimem wczesnego Urbana i wybijającego się w kręgach inaczej myślących Stefana Bratkowskiego wylali z ich macierzystych redakcji. Główczyk ich zagospodarował. Pisali felietony biurko w biurko. Janek sprawiedliwie wrzucał je do kosza i namawiał, żeby dalej pisali – mniej wyraziste.

Balkon na Hożej był nam potrzebny, żeby się wychylać. Janek, ku radości kręgów zbliżonych do gry w kierki, wszedł w posiadanie fiata 126p i postanowił dojeżdżać z placu Konstytucji do redakcji na Hożej. Zajmowało mu to około 45 minut, ponieważ skręcał tylko w prawo. Dokładnie tyle wystarczało, żeby rozegrać jedną partię kierek i wychylić się z balkonu, czy szef już parkuje. Janek zgodził się, żebym dorabiał w gabinecie ministra finansów, z przywilejem uczestnictwa w posiedzeniach kolegium ministerstwa. Pozwalało to nam mieć rozeznanie, co się w finansach kroi. W ten sposób przez kilka lat doznawałem upokarzającej czynności stawiania się do pracy o określonej godzinie.

Jerzy Dzięciołowski

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.

źródła obrazu

  • dzieciol: BM