Arkadiusz Głuszek: Coś wisi w powietrzu

09.02.2019

Coś wisi w powietrzu. Wyczuwa się napięcie nie tylko w Polsce, ale też w UK, USA, czy Francji. W moim odczuciu napięcia społeczne narastały delikatnie przez lata i w przypadku Polski katalizatorem eskalacji napięć była katastrofa smoleńska. W USA takim cenzusem czasowym był zapewne zamach 11 września i później wybór Obamy na prezydenta. Tak to już jest w historii, że małe i wielkie zmiany cywilizacyjne lubią efektowny entourage, anonsując swoje nadejście. Potem następował okres przyspieszonych zmian skutkujących rewolucją.

Naturalną reakcją na rewolucję była kontrrewolucja, co prowadziło do wybuchu realnej wojny, zwanej wojną kulturową lub religijną. Po wojnie następuje długi okres „konsumpcji” rewolucji. Trzeba też uznać, że wojny, jeśli już wybuchają, to z reguły nie idzie w nich o idee, które tradycyjnie służą za listek figowy. Historycy dowodzą, że większość wojen toczyła się o zasoby.

Rewolucje w czasach nowożytnych, jeśli prowadziły do wojen, to doprowadzały do niewyobrażalnego marnotrawstwa energii i zasobów. Ludzkiej energii i ludzkich zasobów. Ale rewolucje też przestawiały zwrotnice rozwoju cywilizacyjnego, który już na dobre wkraczał na nową drogę. Czy lepszą? Dla społeczeństwa postrewolucyjnego z pewnością tak. Moment zmiany poprzedzony był – relatywnie, w stosunku do okresu trwania rewolucji – długim okresem dojrzewania. Wydaje się, że istnieje coś w rodzaju reguły owego dojrzewania.

Ze zdziwieniem czytałem, że to nic innego jak wzrost dobrobytu i osiągnięcie znacząco wyższego niż poprzednio poziomu powszechnej edukacji, prowadziło do pojawienia się nowych aspiracji wśród szerszych mas społeczeństwa i powszechnego oczekiwania na zmianę jakościową otoczenia. I w pewnym momencie, po przekroczeniu masy krytycznej, wystarczyło, że ktoś rzucił płonącą żagiew…

Pomyślałem sobie, że wzmożenie rewolucyjne wymaga sporego wysiłku. No bo jakże to tak – każdy z nas ma rodzinę, pracuje i do tego miałby jeszcze aktywnie włączać się w pisanie odezw, długie dyskusje w komitetach, bieganie na wiece, udział w demonstracjach, a w końcu walkę z bronią w ręku na barykadzie? Nie dziwi, że rewolucjoniści to przede wszystkim młodzi ludzie. Ale przecież w rozwiniętym społeczeństwie wyższa świadomość jest przywilejem osób starszych. One też włączają się w rewolucję. Na to wszystko potrzeba dużo energii. Żeby się chciało.

Co jest źródłem energii na Ziemi? Ano Słońce. Co się wiąże z większą dawką promieniowania słonecznego docierającego do powierzchni planety? Rośliny, zwierzęta, cały żywy świat organiczny czerpie więcej energii. Również człowiek. Dotyczy to szczególnie północnych regionów geograficznych, gdzie okres zimowy przynosi temperatury poniżej 0°C. To czas przetrwania, którego skrócenie ma kolosalne znaczenie egzystencjalne. Pobieżne porównanie ważnych wydarzeń w historii Europy na tle zmian średnich temperatur, na przykład w cyklach pięcioletnich, pokazuje silną korelację. Coś się działo zazwyczaj w okresach wzrostu średnich temperatur. W znanym średniowiecznym okresie ocieplenia, kiedy w Europie ludzi było mało, a przestrzeni do życia było mnóstwo, wzmożona chęć do życia skutkowała wzmożeniem migracyjnym. I ludzie nieśli ze sobą nowe idee. Czasem „nowe” nawet nie musiało walczyć ze „starym”, bo nie było z kim.

W naszych czasach zaszła jednak pewna gigantyczna i wciąż niedostatecznie doceniana zmiana jakościowa. Pojawił się Internet. To Internet sprawił, że mózgi miliardów ludzi zaczęły tworzyć jeden mózg – globalny mózg Homo sapiens. Ale nie jest to mózg tożsamy ze znanym nam własnym mózgiem. To raczej twór analogiczny do społeczności mrówek. Taki mózg kolektywny. Informacja dociera szybko do wszystkich zainteresowanych „terminali” (nie bez powodu Putin chce się odłączyć, a Chińczycy cenzurują). Kiedyś nowe idee potrzebowały długich lat, żeby się upowszechnić. Dzisiaj to godziny. Internet sprawił, że mamy zupełnie nową szansę na uniknięcie katastrofalnych błędów przeszłości i uniknięcie marnotrawienia zasobów i energii.

Tak, mam na myśli wojny. Dzisiaj nazywane hybrydowymi. Sądzę, że także dzisiejsza wojna kulturowa jest hybrydową. Portale zastąpiły barykady, a klawiatury zastąpiły karabiny. Ile tam energii!! Ile komentarzy, obserwujących, lajków!! Ciało słowem się stało (na powrót?). I jakże łatwo, niestety, słowo może mieć dzisiaj morderczą moc.

Internet sprawił nie lada problem politykom. Błyskawiczny obieg idei i opinii, a przede wszystkim po prostu wiedzy sprawił, że ludzie rozumieją się coraz lepiej i coraz bardziej krytycznie oceniają przywódców. Ludzie stali się podobni do siebie. Wyciągnięte ostatnio z lamusa techniki populistyczne mają zagrać na najniższych instynktach i skutecznie oddzielić i izolować własny elektorat od reszty. Poszukiwane są wszelkie możliwe motywy różnicujące. Rozgrywane są różnice kulturowe i podsycane egoizmy kulturowe i religijne. Gra na wrażliwości religijnej może jednak doprowadzić do odrodzenia się dawno już zapomnianych wojen religijnych.

Politycy nauczyli się wykorzystywać Internet dla własnych celów. Internet w ich rękach okazał się prostym i skutecznym, a przy tym tanim narzędziem manipulacji. Zupełnie, w ciągu kilku lat, zniknęły hamulce moralne przed masowym stosowaniem kłamstwa. Internet zapewnia anonimowość – i coś, za co bolszewicy albo hitlerowcy musieli wziąć odpowiedzialność, teraz nie ma autora.

Metody i schematy propagandy są niemal żywcem wyjęte z okresu, który miał pozostać czarną kartą historii i nigdy się nie powtórzyć. Nie pozostał.

Może przesadzam, ale wydaje mi się, że dzisiejszy populistyczny polityk nie cofnie się przed żadną podłością, ponieważ tylko konflikt zapewni mu władzę. Wie jednak dobrze, że jego pole manewru kończy się tam, gdzie zaczyna lać się krew, bo to oznacza jego rychły koniec. Może spróbować cenzurować Internet. To w demokracji też oznaczałoby jego koniec, ale już w demokraturze niekoniecznie.

Zmienił się charakter wojen, zmieni się zapewne też ich przebieg i skutki. Nie możemy przykładać do obecnych tej samej miarki co do przeszłych zdarzeń. Może żyjemy w fazie wstępnej, a główna dopiero nadejdzie?

Może wojna skończy się równie niepostrzeżenie, jak się rozpoczęła? A może, paradoksalnie, dzisiejsze „stare” jest tym „nowym” w tradycyjnie rewolucyjnym rozumieniu?

Bardzo dużo jest tych nowości i niewiadomych. Ja nawet nie wiem, czy te moje dywagacje nie przeterminują się już w kolejnym miesiącu. Żyjemy, chcąc nie chcąc, na progu zupełnie nowej epoki.

I czujemy, że coś wisi w powietrzu.

Arkadiusz Głuszek

Print Friendly, PDF & Email
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com