Marek Jastrząb: Hodowla sobków

06.03.2019

Problem dyscyplinującego klapsa? Większość pedagogów potępia profilaktyczne wciry, rózgę i siłowe namawianie do posłuszeństwa. Większość optuje za cierpliwą rozmową, konsekwentną perswazją, benedyktyńskim tłumaczeniem, wyjaśnianiem, dawaniem przykładu, pokazywaniem, jak trzeba iść, by nie wdepnąć w placek. Ale że serwilizm jest wrogiem sensu, a wszelka przesada – karykaturą dobrych intencji, ze słusznej myśli narodziła się groteska i niczym w powiedzeniu o zagłaskaniu kota na śmierć, uczynni pedagodzy przefajnowali z uczniowskim okrzesaniem: i zamiast poczciwej kindersztuby postały im wychowawcze jaja.

Najdalej w zakresie wzmiankowanej głupoty poszła Szwecja. Doprowadziła do tego, że ojciec i matka boją się własnego dziecka, z czego wynika, że ma ono nieograniczoną władzę nad rodzicami. U nas widać to choćby po lekturze Kodeksu Ucznia, gdzie wałkonie z oślich ławek powołują się na długą listę swoich praw, natomiast o obowiązkach nie mówią nic lub prawie nic.

Zilustruję ten wstydliwy temat, przytaczając zwierzenia sąsiada ze schodowej klatki:

Też byłem za perswazyjną miłością bliźniego, to znaczy za miłością bez stosowania kar cielesnych, lecz przeszło mi, kiedy od własnego syna oberwałem w nos. Gdy dzieciak, któremu chciałem wyłuszczyć, co robi źle, zatrzasnął przede mną drzwi. Ale nie po cichu, tylko z hukiem wzmocnionym ordynarną wiąchą, czym do reszty wyprowadził mnie z równowagi.

Nie wiem, skąd znał te słowa. U nas w domu nie ma zwyczaju przeklinania; lepsza połowa jest małomówna, opanowana, przedkładająca moderację nad zapiekły jazgot. Nigdy nie podnosi głosu. Mnie również trudno posądzić o rynsztokową polszczyznę.

Prowadzimy życie bardziej niż skromne; ja pracuję, żona też. We dwójkę udaje się nam powiązać koniec z końcem. Trochę to dziwne, bo u moich rodziców do roboty chodził wyłącznie ojciec. Mama – nie. Mama siedziała w domu. Dbała o rodzinę i zajmowała się nią w sposób tradycyjny, to znaczy prała, sprzątała, ręce po łokcie urabiała.

Mimo to przecież, kiedy ojciec przynosił pensję, mogliśmy sobie pozwolić na ociupinkę więcej. Na beztroskę w postaci chwilowego oderwania się od powszedniej orki. Częściej bywaliśmy poza miastem, na łonie przyrody. A jak nie chciało się nam wyjeżdżać, to szliśmy do botanika.

Teraz zasuwam ja, połowica zapiernicza również, nie szarpiemy się na luksusy, toteż ledwie raz w miesiącu stać nas na pójście do teatru czy kupienie książki. Nie mamy wakacji od żadnego legis, a i tak ledwie nam starcza na utrzymanie. Wydatków mamy więcej, niż powodów do finansowego zadowolenia, musimy więc korygować zachcianki. Pilnować, by nikt nas nie rąbnął na kasie.

Za to mały ma więcej niż my w jego wieku. Robimy, co możemy: chodzi do kina, pozwalamy mu spraszać koleżków do domu, ale on woli – nie. Woli, jak nikt go nie odwiedza, a gdy pytamy, dlaczego, patrzy spode łba i odpowiada, żeśmy niezguły, melepety i głąby, że się nas wstydzi, bo niczego się nie dorobiliśmy, podczas gdy walna reszta jego kumpli ma własne pokoje, schowki przed durniami, w których rządzi jak chce, nie licząc się z forsą. Ma obrotnych starych na opłacalnych stanowiskach, zgredów, co to zawsze są gotowi do  ich obrony i potrafią ustawić do pionu fikającego belfra.

A u nas bryndza, ciasnota, cała trójka na kupie, toteż coraz częściej jest wobec nas bezczelny, arogancki, opryskliwy, zamknięty w sobie. Dlatego na osłodę kupiliśmy mu komórkę, bo narzekał, że tylko on jej nie ma i że się nabijają, mają za byle co, traktują z góry, z wyżyn swoich smartfonów, laptopów i kieszonkowego.

Lecz komórka nie pomogła. Była co prawda tania, ale trochę retro i z lekka obciachowa, jak nam oznajmił.

Nawet go rozumiem; uczyliśmy go szacunku do człowieka, rzetelności, odpowiedzialności za własne czyny, podczas gdy podobne nauki budziły w jego kamratach pusty śmiech, rechot zastępujący jakiekolwiek racje.

Nie byliśmy dzisiejsi; wpoiliśmy mu nieaktualne zasady. Wymagaliśmy przestrzegania wczorajszych norm i praw; wszczepiliśmy w niego te, co obowiązywały nas, co nam wyznaczały miejsce w społecznej hierarchii. Przygotowaliśmy go do istnienia w świecie, którego już nie ma, w którym ojciec to był autorytet, niekwestionowana głowa rodziny, mama to była mama, kobieta, którą należało czcić, choćby za bezwarunkową czułość.

Ale jak ojciec, czyli ja, przeszedł gruntowną metamorfozę i nie jest już głową rodziny, tylko łysą pałą i żadna z niego alfa i omega, lecz upierdliwy suchar, tak i otaczający świat sparszywiał: przeobraził się w powierzchowny stek guseł, sztuczek, bajkowych pewników zaczerpniętych z niedouczenia, wyniesionych z podwórka czy ulic, jedynych akademii obdarzonych wychowawczą charyzmą.

Toteż skołowany, pogubiony, nie bardzo się orientuje, czego się wystrzegać. Jest więc w stanie nerwowego rozstroju i nie wie, komu w co wierzyć. Przerobiliśmy go na swoje kopyto zapominając, że prawa i wymogi obowiązujące w naszym świecie, w jego, straciły poprzednią moc, że mu tym samym zaszkodziliśmy.

Po tym zwierzeniu mój sąsiad zwiesił głowę w nadziei, że zacznę mu współczuć. Wyraźnie oczekiwał, iż przyznam mu rację i oświadczę: „słusznie uczyniłeś, facet”.
Ale się nie doczekał, bo rzekłem mu w ten deseń:

Chamstwo trzeba tępić w zarodku, a nie usprawiedliwiać po czasie. Nie wolno mu pobłażać, bo jak folgujesz, to dajesz sygnał, że odpuszczasz. Odpuszczanie zaś oznacza kapitulację. Przyznanie się do bezradności wobec gnojka. Jakbyś pozwalał mu na wybór: we wtorek możesz być kanalią, bo idziesz do szkoły, a w środę musisz być uczciwym człowiekiem, bo przychodzi babcia.

Jak zgraja przypadkowych „wychowawców”, która uwzięła się być dla nas  – równiachami, a nie  przewodnikami po zawiłościach życia, tak i my robimy to samo ze swoimi pociechami. Pozwalamy im na każdy kaprys, a postępujemy tak, mówiąc sobie dla uspokojenia sumień: niech mają lepiej, niż my, bo inaczej wyrosną na przygnębiające okazy podobne do Breivika.

Prawdziwe partnerstwo nie sprowadza się do milczącej zgody na zdeformowaną wizję świata. Wprost przeciwnie: prowadzi do tłumaczenia, wyjaśniania, pokazywania — na przykładach — złożoności życia. A także na uczeniu szacunku, akceptacji i tolerancji dla światopoglądowych odmienności.

To jednak wyłącznie teoria. W praktyce jesteśmy dla nich albo dostawcami frajdy, albo – nieznoszącymi sprzeciwu nauczycielami strachu, hipokryzji i alienacji. Zadowalamy się życiem pozornym. Osobnym trwaniem. Wzajemnym schodzeniem sobie z drogi.

Synuś powinien mieć zakreślone granice. Ma wiedzieć, co mu wolno, a czego nie. Otóż łachudrą nie może być ani we wtorek, ani w inny dzień tygodnia. I tak mu klaruj, póki masz nieco sił w odbitych płuckach.

Na razie uczysz go niekonsekwencji. Już teraz jest z niego arogant, a na braku empatii zna się, jak mało kto. O czym powiedziałby ci byle psycholog, profesjonalista z wieloletnią praktyką w zawodzie. Rzekłby ci też, na czym polega całe to przereklamowane wychowanie bezstresowe i jak ta słuszna koncepcja zamieniła się w swoje przeciwieństwo.

Zdaniem nauczyciela z powołania to, jak reagujemy i kim jesteśmy, zależy od środowiska, w którym przebywamy. A także od dawania przykładu własnych zachowań. Nie chodzi przecież o  wytworzenie atmosfery lęku, strachu i zagrożenia, lecz o naganę, dyscyplinę, pokazanie, że nie aprobuje się aspołecznych działań, że są inne, lepsze sposoby międzyludzkich zachowań.

Tak by powiedział, gdyby dopuszczono go do zabrania głosu. O ile nie zakrzyczałby go jakiś cymbał wykształcony na braku wiedzy.

Ale wystarczy przestawać z ludźmi mającymi coś istotnego do przekazania, by dostrzec, jak wiele jest do nauki.

Niedługo doczekasz się, że sprawi ci solidne bęcki. Wtedy mów, że wielbisz kij, którym cię grzmoci. Że aprobujesz jego niezrozumiały sposób życia i drażniącą taktykę postępowania.

W myśl powiedzenia, że po nas choćby potop, wszystkim wszystko zwisa; dzisiejszy nauczyciel nie zajmuje się uczniami, bo uczeń, to tylko dodatek do pensji, a rodzice nie zaprzątają sobie głowy problemami syna, czy córki; szkoła zwala winę na dom, dom na szkołę, a dzieciak lata z pałą po ulicy i szuka frajera do glanowania.

Rodzice przebywają z dala od opiekuńczych elementarzy, nauczyciele odpuszczają sobie działania stricte wychowawcze i robią to z lęku przed wiaderkiem na glacy; tak jednym, jak drugim przydałoby się prawo jazdy do bycia ojcem, matką, dydaktykiem kształtującym od podstaw dziecięcy charakter.

Przyczyn obecnego stanu należy poszukiwać  w nas. To znaczy – w szkole i rodzicach. To my jesteśmy odpowiedzialni za młodzież. Za jej etyczny obraz. To my nie kształcimy w niej zasad tolerancji wobec bliźniego i miłości do ludzi. Nie dbamy o uczenie jej współżycia z resztą społeczeństwa. Wrażliwości, zrozumienia i szacunku  dla  innych. Optymizmu i zaufania. Otwartości i alergii na piękno.

Jednak co pewien czas wracają do nas przechodzone rozwiązania. Czepiając się ich, podążamy ku zapaści: ku chwilowo modnym bezwładom: to my wciskamy nowym pokoleniom nasz sceptycyzm i nasze fobie; nauczyciel, ojciec, matka, pokolenie starszych, są to teraz pedagogicznie chwiejne, niewykwalifikowane  kpy zajęte jojczeniem na sprokurowany przez siebie świat. Na świat pełen nienawiści, podejrzliwości, agresji. Na świat traktowany jako wrogie człowiekowi otoczenie. Otoczenie, od którego TRZEBA się izolować.

*

Szkoła nie musi być przykrym obowiązkiem. Straconym czasem jałowej rywalizacji. Ma przygotowywać do świadomie obywatelskiego, społecznego życia we współczesnej cywilizacji. To znaczy pokazywać, że w naszym świecie istnieje wiele kultur. Równorzędnie wartościowych, specyficznych dla danego kraju.

Kultury te są naczyniami połączonymi dla całego globu. Jego krwiobiegiem. Nie można ich dzielić na wyższe i niższe, lepsze lub gorsze, prymitywne i rozwinięte. Dokonywać ich klasyfikacji. Pogardzać tymi, które są inne od naszej. Trzeba traktować ich odmienność z szacunkiem, bo każda z nich ma swój rytm i przebiega zgodnie z własnym scenariuszem obyczajowych zdarzeń.

A skoro są równoprawne i niepowtarzalne, skoro rządzą się indywidualnymi zasadami, człowiek o innej kulturze nie powinien narzucać im swoich wzorów. I na tym powinna skupiać się edukacja. Na pozbawieniu człowieka anachronicznych poglądów.

Lecz uspokajam się myślą, że wkrótce przyjdzie sezon na rozsądek. Minie nam ta rasistowska fascynacja, a sprężyna cywilizacyjna przestanie odkształcać rzeczywistość; wahadło z rewelacjami gibnie się w przeciwną stronę. Powróci na poprzednie miejsce i znowu odżyjemy. Zrobimy krok w przód i w końcu przestaniemy pchać wózek z wyświechtanymi tarapatami.

Pokrzepia mnie nadzieja, że po okresie panowania absurdu, nastąpi przesyt skarlałą dotychczasowością i narodzi się z martwych – zwyczajność. Podejmiemy kolejną próbę znalezienia lepszych sposobów na istnienie. Bo przemijanie złego czasu to powtarzalny proces fermentacji lat, chaos pomieszanych zdarzeń, ruchy Browna w retortach kronikarzy bytu.

avatar

Marek Jastrząb

Pisarz, publicysta

Zbiór publicystyki Autora w Bibliotece Studia Opinii

do pobrania w formacie pdf

Print Friendly, PDF & Email

WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com