26.04.2019

Niezmienną cechą polityki polskiej jest prowizoryczność. Mijają lata i wieki, zmieniają się czasy, systemy upadają i się rodzą, a u nas ciągle tymczasowość. Wydawać się może, że reformy są tylko po to, by za jakiś czas móc „postawić diagnozę” i wprowadzić „plan naprawczy”, a w razie nagłej potrzeby „ugasić pożar”. Polityk, w zależności od sytuacji, staje się wtedy lekarzem, mechanikiem lub strażakiem. Dziś podobnie jest z reformą szkolnictwa wyższego…
Na każdym kroku podkreśla się zmianę jakościową w stosunku do PRL-u. Mówi się, że kiedyś było źle, potem już lepiej, a od roku 2015 jest ponoć świetnie. Porównajmy. „Od paru miesięcy w środowiskach uniwersyteckich rozprawia się niemal wyłącznie o mającej wejść w życie od jesieni reformie studiów wyższych” pisał w tekście Reforma przez zaskoczenie w 1973 roku wybitny historyk Stefan Kieniewicz. „Z tego, co przeniknęło dotąd do wiadomości publicznej z raportu ekspertów o stanie oświaty, widać, że patrzą oni z głęboką troską na stan dzisiejszy szkolnictwa wszystkich szczebli, że do kardynalnych warunków rozwoju oświaty w Polsce zaliczają podwyższenie poziomu wyższego nauczania. Obecne zarządzenia zdają się iść w kierunku przeciwnym. Mogą one zaważyć i na poziomie nauki”. Brzmi znajomo.
Szumnie zapowiadana i wprowadzana reforma szkolnictwa wyższego wchodzi w decydującą fazę. Na uczelniach popłoch, nikt nic nie wie, ale niebawem się dowie, bo termin oddania do użytku szkół doktorskich tudzież wprowadzania nowych statutów jest ustalony. Zbieżne z tym, co działo się prawie 50 lat temu, są nie tylko opis rzeczywistości, ale też nastawienie i wiara, że można jeszcze coś poprawić i że przyniesie to pozytywne skutki. „Może już nieco za późno zaczynać na ten temat publiczną dyskusję. Nie wpłynie ona zapewne na dalszy bieg wydarzeń – niechże przynajmniej uprzedzi szerszą opinię o tym, czego może się spodziewać po zapowiadanych zmianach”. A oto kilka mniej oczywistych wniosków płynących z reformy.
Na początek to, co ma poprawić jakość prac polskich naukowców. Każdemu przydzielona zostanie ograniczona liczba publikacji, z których będzie rozliczany. Można oczywiście wyprodukować ich więcej, ale dostępne będą tylko cztery sloty, które wypełnić należy najbardziej punktodajnymi tekstami. Proszę zapamiętać termin „slot”, bo jako hasło tej ustawy, będzie się powtarzał w różnych konfiguracjach. Założenie jest takie, że lekka korekta zasad rozliczania wpłynie pozytywnie na jakość prac naukowych.
Wiele jest definicji nauki, a większość odnosi się do podobnego zestawu elementów, w którym znajdziemy: system wiedzy ludzkiej, działalność kulturotwórczą, podążanie za ustalonymi metodami wytwarzania wiedzy, posługiwanie się specyficznym językiem czy w końcu – dążenie do prawdy. Doświadczenie pokazuje, że nie są to najważniejsze elementy, dlatego bardziej adekwatne będzie, gdy powiemy, że nauka to rywalizacja tzw. pracowników nauki o zdobycie administracyjnej przewagi nad konkurencją; oto sedno tej działalności. Z tego powodu wnoszę, by powszechnie używaną nazwę tej ustawy, „Konstytucja dla nauki”, zmienić na „Konstytucja dla administracji nauki”. Lepiej odpowiadałoby temu, jak to jest w Polsce.
Potwierdza to sam minister Gowin w udzielonym jakiś czas temu wywiadzie dla „Kultury Liberalnej” (Nie boję się autorytaryzmu, 11.09.2018; na marginesie – b. ciekawe przesłanie w tytule). Powiada: „Inny przykład: instrumentem budowania prestiżu uczelni jest pozycja w rankingu. Dlatego stworzyliśmy w ustawie możliwość «federalizowania się» uczelni. Otóż stworzenie federacji przez Uniwersytet Warszawski i Warszawski Uniwersytet Medyczny doprowadziłoby do tego, że automatycznie znalazłyby się wspólnie w drugiej setce najlepszych uczelni świata. Ściągnąć wybitnego uczonego do uczelni z drugiej setki rankingu szanghajskiego jest zdecydowanie łatwiej niż na uniwersytet, który jest w czwartej setce”.
Tłumacząc ten ezopowy język, można powiedzieć, że nie o reformę tu chodzi, ale o przeskok kilku szczebli wszechwładnych rankingów. Jeżeli uda się to zrobić przy pomocy administracyjnego fortelu, to znaczy, że ustawa działa; jeśli działa, to się udało, a jeśli się udało, to znaczy, że nic nie trzeba zmieniać. Wszak „lepsze jest wrogiem dobrego!”. Można mieć trochę żalu do przeprowadzających wywiad, że tak łatwo ulegli urokowi ministra, kiedy starał się ubrać swoje wypowiedzi w jakieś sądy ogólne, wspominając Burke’a lub „starożytnych mędrców, do których ma dużo zaufania”. Swoją drogą, Ezop również się do nich zalicza.
Jeżeli federalizacja warszawskich uniwersytetów w czymś pomoże, to błędem byłoby nie skorzystać z możliwości połączenia wszystkich naszych uczelni w jeden Polski Uniwersytet Narodowy. Cel jest zbożny, a i nazwa w obecnych czasach odpowiednia. Wspólnym wysiłkiem dobijemy może do pierwszej setki jakiegoś rankingu. Dlaczego tylko do pierwszej setki? Ponieważ wysiłek, natężenie woli i szczere chęci – to jedno, a środki na to przeznaczane – to drugie. W Polsce takie rozróżnienie nie jest znane, ponieważ siłą woli mierzymy nawet nasze zdolności militarne czy gospodarcze. Wystarczy wskazać, że roczny budżet Uniwersytetu Harvarda (ścisła czołówka rankingów!) w 2018 roku wyniósł ok. 5,2 mld dolarów (czyli ok. 19,9 mld złotych), natomiast budżet całej polskiej nauki w podobnym okresie to ok. 7,2 mld złotych. Nawet jeśli te liczby zmienią się niedługo na naszą korzyść, to sytuacja tak szybko się nie zmieni.
W jednej z ostatnich wypowiedzi (17.04.2019) minister Gowin zwraca już uwagę, że osiągnięcie wyższego miejsca w rankingach ma być jedynie „skutkiem ubocznym” reformy. Wygląda jednak na to, że ten skutek uboczny znalazł się w centrum reformatorskich zainteresowań, ponieważ „bardzo ważne jest, by bardzo dobrze rozeznawać metodologie poszczególnych rankingów i włączać te działania projakościowe, które realizujemy w ramach Konstytucji dla Nauki w odpowiednie profilowanie pod kątem poszczególnych rankingów”. Na początku dyskusji o reformie pojawiła się opinia, charakterystyczna dla tych, którym narzuca się wolność: uczelnie będą miały taką autonomię, że zostawią wszystko, jak dotychczas. Po wielu miesiącach minister stwierdza, że „dominuje podejście ostrożne”, a nowe statuty „wyrażają przywiązanie do tradycyjnych form funkcjonowania uczelni w Polsce”. Znowu Ezop…
Jednym z filarów reformy jest poprawa sytuacji doktorantów poprzez zmniejszenie ich liczebności wraz z zapewnieniem finansowania przez cały tok studiów. Podczas niedawnej debaty Narodowego Kongresu Nauki, która odbyła się w Toruniu, dyskutowano te kwestie. Były przewodniczący tego organu prof. Jarosław Górniak (UJ) mówił, że „z punktu widzenia państwa i jego potrzeb w zakresie wysoko wykwalifikowanej kadry, tak silna redukcja liczby doktorantów, jaka może potencjalnie nastąpić, jest jednym z czynników ryzyka, z którym się trzeba zmierzyć”.
Można to zinterpretować na – co najmniej – dwa sposoby. Z jednej strony doktorant ukazany został jako istotny element polskiego systemu naukowego i gospodarczego, zdolnego wchłonąć i odpowiednio wynagrodzić wysoko wykwalifikowaną kadrę. Trzeba jednak pamiętać, że to tylko potencjalny doktor, ponieważ mniejszość doktorantów przystępuje do obrony dysertacji. Według raportu NIK z 2015 roku tylko ok. 40% absolwentów studiów doktoranckich zwieńczyło swoje studia stopniem naukowym. Co więcej, do tej proporcji nie wlicza się osób, które z tych studiów zrezygnowały wcześniej.
Z drugiej strony mniejsza liczba doktorantów w pierwszej kolejności wpłynie na działalność uczelni. Czyżby zatem na barkach tych aspirantów nauki leżała troska o jej funkcjonowanie, zaś ich liczba negatywnie się do tego przyczyniała? A może chodzi tu o prowadzanie badań naukowych lub zajęć dydaktycznych, które doktorant wykonuje efektywniej (tzn. taniej)? Warto zauważyć, że praca ta nie jest tak wdzięczna, jaką się wydaje przy słuchaniu okazjonalnych przemówień, na przykład podczas rozpoczęcia roku akademickiego. Nota bene, na wielu uczelniach przedstawiciel doktorantów w ogóle nie zabiera głosu, co jest dość wymowne. Nie znaczy jednak, że gdy ten głos otrzyma, to coś realnie zmieni. Która interpretacja jest właściwa? Może trzeba zapytać doktorantów.
Przedstawiam sprawy powszechnie znane i publicznie dostępne. Można by głębiej analizować wchodzącą w życie reformę. Jednak poziom absurdu, z którym trzeba byłoby się zmierzyć, a o którym dowiaduję się z rozmów z kolegami – pracownikami nauki, jest zbyt duży. Lepiej w tym czasie coś poczytać, np. Mrożka…
Czy w którymś momencie dowiemy się o rzeczywistym stanie polskiej nauki? Na akademiach i konferencjach prasowych nie ma na to czasu; poza tym podkopywałoby to główny składnik naszego kapitału, czyli wolę, bo przeprowadzane szybko zmiany i tak nie ułatwią nam konkurowania z najlepszymi uczelniami na świecie.
Emil Antipow
