Waldemar Sadowski: Faszyzm polski

Fikcja wolnych wyborów

Drugą istotną cechą nowego pisowskiego ustroju jest przejęcie przez oligarchię partyjną mediów publicznych, szantażowanie mediów prywatnych i próby przejęcia wielu z nich przez partię w ramach akcji „repolonizacja”. Jak na dłoni, mimo skąpych informacji, widać osaczanie Polsatu, firmy uzależnionej całkowicie od państwa. Panowanie nad strumieniami informacji, a więc nad umysłami, to dla partii faszystowskiej sprawa kluczowa.

W ustroju demokratycznym media jako czwarta władza powinny być całkowicie oddzielone od pozostałych władz. Państwo ma zagwarantować suwerenność informacyjną obywatelom, a jego organy pod żadnym pozorem nie powinny wpływać na przekaz. Zadaniem tych mediów jest bowiem zagwarantowanie wyborcy dostępu do obiektywnych, rzetelnych informacji o stanie państwa i świata. To te media w zamierzeniu mają dostarczać materiał do debaty… bo: samo „głosowanie zgodnie ze swą ideą było tylko końcowym aktem stałego, publicznie toczącego się sporu argumentów” stwierdza Jurgen Habermas, jeden z głównych autorytetów europejskich demokracji („Strukturalne przeobrażenia sfery publicznej”).  Wybory odbywają się przed głosowaniem.

W państwie, w którym media publiczne są podporządkowane jednej partii, nie ma wolnych wyborów. Stały dyskurs oparty na prawdziwych informacjach w otwartej sferze publicznej jest ich koniecznym warunkiem. Wybory mogą się odbywać, ale to nie będą wybory wolne.   

Obowiązujący model mediów w europejskich systemach prawa polega na tym, że media prywatne nie mają przymusu informowania ludzi w taki czy inny sposób. Wymaga tego wolność słowa. Natomiast media publiczne zgodnie z ustawą z dnia 29 grudnia 1992 r. o radiofonii i telewizji realizują misję publiczną i mają obowiązek realizować programy informacyjne cechujące się pluralizmem, bezstronnością, wyważeniem i niezależnością oraz rzetelnie ukazywać całą różnorodność wydarzeń i zjawisk w kraju i za granicą  oraz sprzyjać swobodnemu kształtowaniu się poglądów obywateli i formowaniu się opinii publicznej (art. 21).

Obiektywizm, rzetelność i uczciwość w przedstawianiu wydarzeń i zjawisk, wieloaspektowość ich interpretacji, bogactwo różnorodnych informacji winno sprzyjać samodzielnemu, swobodnemu kształtowaniu się poglądów obywateli oraz nieskrępowanemu formowaniu opinii publicznej. Celem publicznej radiofonii i telewizji winno być więc stworzenie odbiorcy możliwości samodzielnej oceny wydarzeń i zjawisk oraz wyrabianiu sobie nieskrępowanego poglądu na świat.

Telewizja Polska łamie bezceremonialnie te przepisy, a jej prezes okazuje w wywiadach bezczelną pogardę dla prawa. Każdy, kto choć trochę zna prawo karne, łatwo dostrzeże w tym zachowaniu znamiona przestępstwa zbrodni lub zamachu stanu. Media publiczne są bowiem elementem konstytucyjnego ustroju państwa, a niezależność czwartej władzy, to nie jest metafora literacka. To w umysłach obywateli formuje się wola narodu – źródło władzy i prawa. Media publiczna to system walidacji wiedzy politycznej.

Dowody na manipulacje informacją w mediach publicznych widoczne są niemal codziennie. Mamy miliony naocznych świadków. Ale mamy też dowody na poziomie eksperckim. Pierwsza ekspertyza sporządzona została już trzy lata temu. „Ekspertyza programów informacyjnych głównych wydań TVP1 Wiadomości, TVN Fakty, Polsat w okresie badawczym  od 4.02.2016 r. do 11.02.2016 r. wykonana przez naukowców ze Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej w Warszawie. Naukowcy uznali, że telewizja nie spełnia ustawowej misji. Stwierdzili m.in. że „Wymóg pluralizmu informacji i punktów widzenia […] realizowany był w zakresie ograniczonym” […] „Wymóg bezstronności relacji w żadnej istotnej kwestii politycznej nie został dotrzymany”. Ponadto raport stwierdza, że również „inne powinności i oczekiwania związane z mediami publicznymi nie są należycie realizowane”.

Prof. Maciej Mrozowski ze Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej w Warszawie, który zajmował się tym tematem, tak to określił: „Nie ulega wątpliwości, że obraz Polski w dzienniku TVP 1 jest pewnego rodzaju kreacją. Nie w znaczeniu dziennikarskim, ale politycznym. Ten obraz jest połączony z linią polityczną PiS i dlatego bezkrytyczny wobec PiS. W analizowanym przez nas tygodniu 4-11 lutego dziennikarze TVP 1 nie użyli ani razu negatywnych określeń wobec PiS, a wobec opozycji takie określenia padały”.

Tymczasem dowodów eksperckich jest coraz więcej. Andrzej Krajewski, były reporter, członek Towarzystwa Dziennikarskiego, analizował wraz z zespołem główne wydanie „Wiadomości” przed wyborami  do Parlamentu Europejskiego — od 10 do 24 maja 2019. Przez dwa tygodnie ukazały się 153 materiały w głównym wydaniu „Wiadomości” – z tego 105 dotyczyło wyborów. Aż 69 tych ostatnich dotyczyło PiS, przy czym tylko jeden był neutralny, pozostałe były propagandą. Wszystkim partiom opozycyjnym razem poświęcone były tylko 33 materiały. Wszystkie przedstawiały opozycję w negatywnym świetle. W „Wiadomościach” były jeszcze dwie negatywne informacje o Konfederacji. Wiośnie, Lewicy Razem i Kukiz’15 nie poświęcono ani jednego materiału.

Podobne wnioski wynikają z Raportu Stowarzyszenia Obserwatorium Wyborcze: „Polskie wybory do Parlamentu Europejskiego (26 maja 2019) odbyły się w cieniu działań propagandowych prowadzonych na wielką skalę przez media publiczne na korzyść partii rządzącej. W szczególności codzienne „Wiadomości” w TVP1 w ciągu wielu miesięcy poprzedzających wybory miały niemal za każdym razem charakter kompozycji propagandowej: były skomponowane tak, żeby przekonać widza do racji partii rządzącej i obrzydzić widzowi inne siły polityczne (Platformę Obywatelską, a w okresie bezpośrednio poprzedzającym wybory Koalicję Europejską i Konfederację). Obserwatorium Wyborcze stoi na stanowisku, że wybory przeprowadzone w takim kontekście nie mogą być uważane za w pełni demokratyczne”

(Źródło: https://ow.org.pl/wp-content/uploads/2019/05/pierwszy-raport-euro-1.pdf )

To są fakty, które w mojej opinii delegalizują wybory – zarówno te europejskie, jak i te nadchodzące krajowe. Nielegalne działania mediów podających się za publiczne mogą w istotny sposób zmieniać wynik wyborów. Widać jednak, że opozycja demokratyczna nie protestuje, a więc  legitymizuje jednak ten proceder.

Tymczasem w wybory te mają podobny status jak referenda w Trzeciej Rzeszy: media opanowane były przez machinę propagandową NSDAP, ale przy urnach wyborczych w zasadzie była wolność. Fakt, że naziści odważyli się w ogóle na organizację referendum, wynikał z faktu, że dostrzegli już efekty działania Ministerstwa Propagandy. Do wysokiego zwycięstwa w obu referendach przyczyniły się głównie media Goebbelsa.

Zastraszanie społeczeństwa wprawdzie już się zaczęło na dużą skalę, ale jednak większość historyków uznaje, że przypadki naruszenia tajności głosowania i fałszerstwa były raczej incydentalne i nie miały istotnego wpływu na wynik głosowania. O wyniku zadecydowały media. W referendum o wyjście Niemiec z Ligi Narodów 95,1% było „za”, w referendum o połączeniu urzędów kanclerza i prezydenta (dyktatura) 89,93% „za”.

Tak to oceniał w 1935 roku Arnold J. Zurcher, z New York University, jeden z naukowych obserwatorów tamtych referendów:  

Jest też oczywiste, że gdy przywódcy Państwa Hitlera uświadomili sobie, z jaką łatwością mogą kontrolować i koordynować opinię publiczną, zaczęli myśleć o referendum, aby zalegalizować ich sytuację prawno-konstytucyjną. […] Że strategia ta przyniosła sukces, wykazały obydwa referenda. Nawet po uwzględnieniu skrywanej oficjalnej presji, która bez wątpienia była silna oraz zastraszania przy urnach, co zdarzało się jednak prawdopodobnie rzadko, wynik głosowania jest zadziwiający, zarówno jeśli chodzi o udział w wyborach, jak i poparcie udzielone polityce rządu.

Zurcher pisał już wtedy, że samo demokratyczne prawo wyborcze nie wystarcza do funkcjonowania demokratycznej władzy: „Przeciwnie, taki rząd jest przede wszystkim zależny od trudno uchwytnych zjawisk jak wolna prasa i bezstronni urzędnicy, ale przede wszystkim od dobrze poinformowanego i krytycznego elektoratu” (Źródło: Arnold J. Zurcher, New York University. The American Political Science Review. Vol. 29, No. 1 (Feb., 1935), pp. 91-99)

Aby więc wybory mogły być uznane za wolne, media publiczne też muszą być wolne, a prywatne nie mogą być szantażowane ani zastraszane – bo partia rządząca wywiera w ten sposób zbyt duży wpływ na wolę wyborców i wynik wyborów. Opozycja demokratyczna, szczególnie małe partie, nie mają szans, aby dotrzeć do znacznej części wyborców – może to być około 2 do 2,5 mln obywateli, a uwzględniając „pocztę pantoflową”, znacznie więcej. Koszt dotarcia do umysłu mieszkańca wsi lub małego miasteczka — bez TVP i Kościoła — jest gigantyczny. O ile w ogóle możliwy.

Demokracja obsługiwana przez umysły zmanipulowanych ignorantów nie ma sensu. A więc organizujmy wybory, w których wszyscy obywatele są dobrze poinformowani albo lepiej porzućmy marzenia o demokracji, bo z ignorancji wynika jedynie „samobójczy system rządów”, jak określa to dosadnie badacz demokracji Giovani Sartori.

Słyszy się często argument, że TVP dociera, a więc okłamuje, tylko do części wyborców, czyli że większość wyborców nie była poddana temu procederowi prania mózgu. Ale ani w Traktatach Europejskich, ani w Konstytucji RP nie ma tej kategorii prawnej: wybory częściowo wolne. Tak jak nie ma jajeczek częściowo świeżych.

Print Friendly, PDF & Email
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com