Agnieszka Wróblewska: Jacek

11.07.2019

Jacek Kuroń był wrażliwym dzieckiem. Swój życiorys lubił zaczynać od wspomnienia: ogląda w przedszkolu przedstawienie „O dwóch takich, co ukradli księżyc”, czarownik wsadza do worka Jacka i Placka a on, pięciolatek, rzuca się na scenę, żeby ich ratować.

A potem, z wojennego już Lwowa zapamiętał głodne żydowskie dzieci ratowane, kiedy uciekały z getta. Po wojnie rodzina zamieszkała na warszawskim Żoliborzu. Kiedy nastały czasy stalinowskie, łatwo przyswoił sobie stalinowską wiarę. Przegryzał się przez teksty Marksa, Lenina, Stalina i uwierzył bez zastrzeżeń, że tak naukowo dowiedziona recepta na szczęście ludu musi być prawdziwa. Wrażliwość na los biedniejszych, prześladowanych cechowała go przez całe życie – zarówno kiedy sam miał nie wiele i wyciągał z kieszeni ostatnie złotówki dla żebraka, jak i w okresie, kiedy był ministrem w pierwszym demokratycznym rządzie po wojnie i do rozdawania były publiczne pieniądze.

Niezwykłą osobowość Jacka Kuronia pięknie i znakomicie opisały Anna Bikont i Helena Łuczywo w książce p.t. „Jacek”. Jest to lektura sercem pisana, bo Autorki nie tylko były w bliskiej przyjaźni z Jackiem i jego rodziną. Łączyła je podobna droga życiowa zarówno w czasach PRL-u, kiedy działali w opozycji jak i w latach solidarnościowej już Polski.

Wrażliwość Jacka, którą dało się zauważyć w dzieciństwie, stała się treścią jego życia. Przeszedł drogę dosyć typową dla swojego pokolenia – powojenna euforia budowana z wiary w równość i sprawiedliwość, potem gorycz i złość, kiedy do świadomości dociera prawda o tym, jak było i jest naprawdę i wreszcie wybór drogi, jaką poszły kraje, z których się nie wyjeżdża a do których ludzie chcą emigrować. Kiedy w pierwszym demokratycznym rządzie po drugiej wojnie Jacek Kuroń zostaje ministrem pracy, chowa do kieszeni młodzieńcze marzenie o sprawiedliwości i równości — utopię brutalnie zastępuje rzeczywistość.

Początki przechodzenia z PRL-u do normalności po 1990 roku były dramatyczne. Z przemysłu, który miał zrobić z Polski dziesiątą potęgę, nie wychodził żaden towar nadający się do sprzedaży w krajach z wymienialną walutą. W kasie skarbu państwa wiało pustką, nie było już prawdziwych pieniędzy nawet na lekarstwa. Ceny w kraju szybowały i chociaż nie było bezrobocia, dziesiątki tysięcy ludzi stawały w kolejkach po zasiłki.

Kolejki wydłużyły się dramatycznie w wyniku ustawy, jaką przygotował minister pracy Jacek Kuroń. Całe życie dawał pieniądze potrzebującym, jeżeli tylko miał, więc kiedy został ministrem od pracy i płacy, a ludziom brakowało, ustanowił zasiłki nazwane zaraz „kuroniówkami”. Kuroniówka przysługiwała każdemu, kto nie miał akurat pracy, także świeżo upieczonym absolwentom, żonom przy mężach, które nigdy nie pracowały czy osobom, które nie starały się o żadną pracę.

Z tej ustawy wkrótce się wyplątano, a Jacek zaczął wspomagać Balcerowicza inaczej. Był przeciwieństwem autora polskiej transformacji, ale pisał o nim z podziwem: „tym, co Balcerowicz osiągnął, wchodzi do historii Polski, jest bohaterem narodowym”. O sobie mówił: „w normalnym kraju byłbym socjaldemokratą, teraz muszę budować kapitalizm”.

Budował go po swojemu. W swoim ministerstwie zaprowadził porządki takie, jak w swoim domu na Żoliborzu – drzwi otwarte dla każdego, kto potrzebuje pomocy. Pracował na okrągło, po nocy dzwonił do ludzi, od których coś potrzebował. W ciągu dnia na korytarzach ministerstwa kłębił się tłum interesantów. — Kiedy jeździliśmy po Polsce — mówił ówczesny kierowca Jacka-ministra — zawsze otaczali nas ludzie. Każdemu, kto podchodził i prosił o pieniądze, Jacek dawał kartkę do kasy: „wypłacić sto złotych”.  

Założył fundusz pomocy SOS, ogłosił numer konta, na które sam będzie wpłacał jedną trzecią swojej pensji. I konto rosło. Inicjował dla dzieci akcje letnie i zimowe, ale najbardziej rozsławiły go zupy, które rozlewał wielką chochlą na Starym Mieście w kucharskim czepcu oraz wyjaśniające gorące społecznie tematy pogadanki, wygłaszane w telewizji w każdy wtorek. Niemal własnym ciałem bronił transformacji, kiedy chłopi zablokowali szosę pod Mławą. Domagali się zaległych pieniędzy za mleko, pojechał tam, wysłuchał protestujących, ale poparł użycie siły w celu przełamania blokady i zaprowadzenia porządku.

Życiorysem Jacka można by obdzielić niemałe grono ludzi – w młodości, kiedy wierzył jeszcze w ideały komunistycznej wspólnoty, organizował harcerstwo pod wezwaniem „walterowców” na cześć gen. Karola Świerczewskiego „Waltera”. Na obozach walterowców królowała idea czystego komunizmu. „Walterowcy żyli w wymyślonym przez Jacka świecie, w którym szlachetni bojownicy walczą  o sprawę i giną” – piszą Autorki książki. Potem kiedy nastała odwilż i czasy stalinizmu szczęśliwie odpłynęły, a odradzało się prawdziwe harcerstwo, Jacek długo nie mógł się pogodzić, że zasady szlachetnej idei zespołowego wychowania młodzieży nie stały się obowiązującym modelem.

Model przegrał, ale na obozie walterowców Jacek poznał Gaję, miłość swojego życia. Historia tej pięknej miłości nadaje się na fabułę oddzielnej powieści czy filmu. Przerywana wyrokami więzienia dla Jacka, „karnawałem Solidarności”, internowaniem i wreszcie tym najgorszym – śmiercią. Gaja umierała w szpitalu w Łodzi, gdzie opiekował się nią do końca przyjaciel rodziny i opozycji dr Marek Edelman. Kiedy zbliżał się nieuchronny koniec, a Jacek, nieświadomy jak jest źle, siedział w więzieniu, znaleziono „dojście” do gen. Jaruzelskiego, i więźnia na sygnale dowieziono do łóżka Gai.

Kawał współczesnych polskich losów, gotowy scenariusz na fabularny film.

Wydawnictwo „Czarne”

avatar

Agnieszka Wróblewska

Dziennikarka

Ur. 16 grudnia 1933 roku w Warszawie. Ukończyła Wydział Dziennikarski UW, pracowała m.in. – w „Sztandarze Młodych”, „Kobiecie i Życiu”, „Przeglądzie Technicznym”, „Gazecie Wyborczej”.

Print Friendly, PDF & Email

WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com