11.08.2019

Jak kraj długi, szeroki i podzielony, rozlegają się wołania o poratowanie państwa i rozbrzmiewają żebracze skowyty podparte pozerskim wyciąganiem rąk. Zawodzenia i finansowe wokalizy o tyle daremne, co powtarzane niczym refreny zdartych płyt.
Radio, TV, gazety, ogłaszają, że są jak najbardziej skłonne pomagać, patronować, sponsorować, chętnie się włączą, pochylą i dadzą temu wyraz, bo trzeba być człowiekiem i otworzyć serce.
Reżimowe nośniki wychwalają pod niebiosa zasługi religijnych fundacji, natomiast sukcesy znienawidzonego Jurka Owsiaka i WOŚP – piętnują przy byle okazji.
Zapominają jednak, że im bardziej silą się na potępianie jego pieniężnych zbiórek, tym mniej im to wychodzi, tym większa jest przekora naszego społeczeństwa i tym większy stawia ono opór.
W kwestii pomagania chorym nie powinno się dociekać, z jakich źródeł pomoc ta pochodzi. Ze strony pobożnej, czy od lewaków.
Tymczasem co roku mamy do czynienia z kampanią oszczerstw i nienawiści wobec Jurka Owsiaka. Solą w oku bezradnych władz jest niespotykanie wielki napływ pieniędzy na konto WOŚP; co roku powiększa się suma ratująca ludzkie zdrowie i życie.
*
O tym, że placówki szpitalne przypominają zakłady produkcyjne i są raczej nastawione na zysk, niźli przygotowane do leczenia ludzi, o tym, że są zainteresowane jak najszybszym doprowadzeniem chorego do wypisania go z oddziału i pozbycia się kłopotu, wiadomo nie od dziś. Byłoby wtedy o wiele prościej skupić się na CAŁKOWITYM, a nie — BEZSENSOWNYM, bo POŁOWICZNYM wyleczeniu. Byłoby, lecz co z tego wynika?
*
Napisałem, że szpitale są zainteresowane. Pomyłka: są takimi z konieczności; ratują się, jak mogą. Lekarze chcą leczyć, lecz nie mają na to pieniędzy. Środków na kurację kompleksową. Na stosowanie terapii holistycznych. Dotyczących wyleczenia CAŁEGO pacjenta, nie zaś jego FRAGMENTU.
Pragną i wielokrotnie walczyli w tych i podobnych sprawach. Wojowali o zwiększenie nakładów na Służbę Zdrowia. Jak zwykle: groch o ścianę.
Walka to ich przymusowa reakcja na bzdurne postanowienia NFZ. Działają więc pod wpływem głupkowatych wymogów narzuconych przez organ mający (w założeniu) ułatwić leczenie.
*
Tymczasem, na skutek poczynań tego urzędu, powstały liczne obszary utrudnień. Na przykład limity ograniczające zatrudnienie wykwalifikowanego personelu. Na przykład wymóg niepotrzebnej sprawozdawczości; podobno komputeryzacja danych miała zastąpić papierowe sprawozdania. Podobno miała nastąpić odczuwalna oszczędność lasów i zahamowany rozwój biurokracji. Lecz tylko podobno; mimo wprowadzenia komputerów, pielęgniarki nadal zmuszone są do ręcznego wypisywania tych samych treści wprowadzonych do komputera – jeszcze raz. Z czego wynika, że zamiast zajmować się opieką nad chorymi, marnują czas na ponowne wypełnianie papierów; jak zwykle jesteśmy w teorii niesłychanie mocni. Natomiast w praktyce – rozkosznie beznadziejni.
W tym miejscu stwierdzenie o złej roli wobec chorego odgrywanej przez NFZ jest oczywiste i kto był w dzisiejszych czasach skazany na pobyt szpitalu, ten bez zbędnych gadek zdaje sobie sprawę z natychmiastowej konieczności zlikwidowania owej biurokratycznej gangreny.
*
Pomówmy o szpitalnej obsłudze. Przede wszystkim jest przypadkowa, niewystarczająca i na bakier z etyką. Z tego to powodu rodzina odwiedzająca chorego jest spróchniałą deską ratunku: ocaleniem przed likwidacją agendy; wyręką, ponieważ zastępuje pielęgniarki zapracowane pilnym wypełnianiem zbędnych formularzy.
Niektórzy dyrektorzy korzystają z opieki odwiedzających: wprowadzają całodobowe wizyty krewnych. Dla oszczędnościowego utrzymania szpitala dodatkowym walorem jest wizyta rodziny połączona z wyżerką. Poszczególni familianci przybywają z produktami spożywczymi, na które nie stać szpitala.
*
Po ulicach i norach z emerytami przetacza się zbiorowy jęk błagających o pomoc. Skrzykują się legiony, hufce, czeredy kwestarzy, ochotników — jałmużników, małoletnich dziadów proszalnych. Latają ze słoikami, puszkami, kasetkami, by wyręczyć nasze marnotrawne ministerstwo charłaczego przeznaczenia; bez przerwy słyszymy, że instytucja ta znajduje się na krawędzi ubóstwa: ledwie wiąże koniec z końcem, ściga je posępne widmo sfiksowanego komornika.
Jak się niejednokrotnie przekonywaliśmy, nie ma ono pieniędzy na cokolwiek, a na dodatek, są gnębione jakimiś durnowatymi wymaganiami, na przykład — suplikami chorych, czekających miesiącami na operację, na wizytę u lekarza — specjalisty, na lekarstwo pomagające żyć, na rehabilitację…
Lecz co z tego, że się rodzą i powstają, skoro naszemu Ministerstwu Zdrowia wcale nie zależy na tężyźnie swoich obywateli, a wspieranie cierpiących jest fikcją?
*
Nie wierzę w cuda. Nie sądzę, by ktokolwiek przejął się podobnymi lamentami, poszedł po rozum do głowy i zmienił zdanie. Ale na pociechę mam swoją przyśpiewkę i kiedy mi źle, to sobie mruczę pod miotłą:
Urzędnik to nie nos, ale tabakierka.
Urzędnik to nie Pan i Władca.
Urzędnik to nie funkcja
dożywotnia i dziedziczna.
Urzędnik to SŁUŻĄCY.
Ja go powołałem
ja mogę go odwołać
ja opłacam mu liberię
oj dana

Marek Jastrząb
Pisarz
Debiutował w 1971 roku na łamach „Faktów i Myśli”. Drukował także w wielu innych czasopismach swoje opowiadania, felietony, eseje, recenzje teatralne i oceny książek. Jego prozatorskie miniatury były wielokrotnie emitowane w Polskim Radiu w Bydgoszczy.
źródła obrazu
- jastrzab: BM
