Ernest Skalski: I ty możesz być prezydentem

22.11.2019

Spod wielkiego sombrera widać tylko stopy faceta, siedzącego w kucki pod ścianą. – To prawda, że nikt z twoich kumpli już nie żyje – mówi stojąca naprzeciw kobieta – ale przynajmniej każdy był prezydentem chociaż przez dzień!

Wymieniani: Szymon Hołownia, Jerzy Owsiak, Rafał Trzaskowski, Bartosz Arłukowicz, Adam Bodnar, Marcin Matczak, Radosław Sikorski, Marek Borowski, Olga Tokarczuk, Klaudia Jachira, a nawet – jako żart (?) tabloidu „Fakt” – Magda Gessler.

Panowie Trzaskowski, Bodnar, SikorskiArłukowicz przytomnie oświadczyli, aby na nich nie liczyć. Ale ambitnych, godnych i szlachetnych ci u nas dostatek. Konia kują – żaba nogę podstawia. Ci naśladowcy Zełenskiego, których ktoś potraktuje poważnie, a może i do wyborów wystawi, zwrócą na siebie uwagę i choć ani przez chwilę nie będą prezydentami, to przez chwilę jakoś tam na kampanię wpłyną. Szymon Hołownia zastrzygł uszami i nie zarzeka się. Jak by ktoś poparł, założył komitet, zebrał kasę i wolontariuszy, to kto wie…

Tutaj pozwolę sobie na dygresję. Lubię go czytać. Nie przekona mnie o istnieniu Boga, czy czegokolwiek nadprzyrodzonego, ale z jego katolicyzmem byłoby mi po drodze. Tyle tylko, że lat temu wiele trafiłem w telewizji na „Mam talent”, czy jakoś podobnie. Nie pamiętam z czym, niezdarnie, występował tam jakiś zagubiony i zabiedzony staruszek. A siedzący w jury Szymon Hołownia, młody, odkarmiony, przystojny i pewny siebie, długo i z satysfakcją, pastwił się nad nim, doprowadzając go do coraz większego zagubienia. Chrystus, jaki go znamy z Ewangelii, nie byłby tym zachwycony.

Wyższa konieczność

A teraz wracamy do hochpolitik i cytuję siebie, bo nie każdy z PT. Czytelników lubi się grzebać w linku.

Pisałem tu już i powtarzam, że za mojej pamięci Polska przeżyła o wiele większe katastrofy, ale teraz, w końcu drugiej dekady XXI wieku ta władza jest największym nieszczęściem naszego kraju.

Kiedyś, jak każda władza, się skończy. Cofnie nas przedtem na lata. Odbudowa ładu i demokracji może zająć okres pokolenia, jeśli nie dłużej. Straszy nas katastrofa Grecji, która wychodzi z niej wolno i mozolnie, a na pewno szybko nie wyjdzie. Straszy nas, już nie katastrofa, a wręcz kataklizm Wenezueli, ale aż taki dramatyzm jest jakoś trudno przystawalny do Polski. „My Sławianie, my lubim sielanki”? Wystarczający groźny jest natomiast rozpoczęty przez PiS proces peronizacji. Właśnie kolejni peroniści wygrali w Argentynie demokratyczne wybory. Mija już tam trzecie pokolenie, które nie może zapomnieć dobrego wujka Perona, kupującego mocną władzę za przychylanie nieba swoim poddanym. A kraj jest do dziś w praktycznie nieustającym kryzysie. Całkiem to prawdopodobna perspektywa, nawet długo po dobrym wujku Jarku. A świadomość tej groźby nie jest powszechna, nawet wśród głosujących na demokratyczną opozycję. Gorzej, że albo nie ma jej wśród liderów opozycji, albo nie biorą jej pod uwagę.

Osiemdziesiąt lat temu katastrofa zaczęła się wejściem smoka, po czwartej nad ranem, na Westerplatte i w Wieluniu. Zaś rok 2015 to coś takiego jak przestawienie zwrotnicy. Pociąg wjeżdża na szyny, które łagodnie się oddzielają od dotychczasowych. Przez jakiś czas odnosi się wrażenie, że jedziemy prawie w tym samym kierunku. Większość pasażerów nie zdaje sobie sprawy, że jedzie już zupełnie gdzieś indziej, że trzeba pociągnąć za hamulec bezpieczeństwa, że „larum grają, a nieprzyjaciel w granicach”. Nie ma powszechnej trwogi, poczucia egzystencjalnego zagrożenia i to wśród polityków, z definicji do tego zobowiązanych. Toczy się rutynowa gra polityczna, business as usual, nie na miarę faktycznego wyzwania.

Dzisiaj można jeszcze dopisać Boliwię z katastrofą po populistycznej polityce Moralesa.

A wracając do kolejowej analogii; Senat Senatem, spowolni tylko pociąg destrukcji. Dopiero odebranie Kaczyńskiemu narzędzia, jakim jest prezydentura Andrzeja Dudy będzie hamulcem bezpieczeństwa.

Dla kraju ta kampania to gra o wszystko, a dla polityka kampania jest jak proces sądowy dla adwokata, któremu wolno robić tylko i wyłącznie to, co służy wygranej. Primum non nocere, szczególnie w takiej kampanii. I na tym tle trzeba oceniać pomysły od czapy z niewydarzonymi kandydatami i ich ambicyjkami. Sam fakt, że w tej sytuacji robią z wyborów pośmiechujki dowodzi, że nie nadają się na prezydenta RP, ani na żadną poważną funkcję. Zaś centralnym problemem opozycji staje się to czy Grzegorz Schetyna pozostanie liderem Platformy.

Mickiewicz

W słowach tylko chęć widzim, w działaniu – potęgę

Wyjść z tego pata można na dwa sposoby.

Pierwszy: Schetyna jak najszybciej rezygnuje z funkcji lub zapowiada, że nie będzie kandydował i poprze każdego kto zajmie to miejsce.

Drugi: PO akceptuje zasadę, że nie zmienia się zaprzęgu na środku brodu, czyli przed wyborem prezydenta. To lepsze wyjście niż konflikt wizerunkowy w partii.

Ale, jak pisał w „Polityce” Ludwik Dorn, podstawowym celem lidera partii przed wyborami jest pozostanie nim po. Więc usunięcie go staje się takim samym celem dla jego konkurentów. W pierwszej kolejności liczy się bowiem interes osobisty polityka, nie partii. A interes partii liczy się przed interesem kraju. Takie są realia, kiedy tak naprawdę nie czuje się narastającej katastrofy. Chodzić więc nam powinno o to, aby zgadzał się interes partii z dobrem kraju, a interes polityka z dobrem partii. Ta harmonia wydaje się osiągalna, choć z wielkim trudem.

Jeśli do ruchu wokół wyboru kandydata na prezydenta dodać równoległe zaangażowanie w wybór szefa klubu, to może  brakować czasu, uwagi, energii, na jednoczesną, szarpaninę z wyborem przewodniczącego PO. Tak to przynajmniej wygląda.

Kiedy Małgorzata Kidawa-Błońska zostawała kandydatem na premiera nikt nie pytał o prawomocność tej desygnacji. Nikt by też nie pytał o jej legitymację kandydata na prezydenta, gdyby to ogłoszono w momencie rezygnacji Tuska. Wydawało się  to naturalne: zmarł król, niech żyje król.

Procedura wyboru jest kłopotliwa i szkodliwa politycznie. Amerykański system z konwencją, na której kandydaci na kandydata wściekle ze sobą walczą, a potem wszyscy popierają zwycięzcę, w Polsce jest egzotyczny. Wzajemne oskarżenia, wypowiadane z naturalnym zacięciem, mogą utkwić w pamięci. Można było sobie wyobrazić, że Sikorski nie zechciałby po raz drugi odgrywać roli sparring partnera i zagra ostro. Zwolennicy przegranych i oni sami zostaliby z poczuciem krzywdy i to mogłoby zaszkodzić w kampanii.

Z drugiej strony, jeśli – jak się zanosi – pani Małgorzata ma wygrać w miłej atmosferze, pozostanie wrażenie ustawki, braku powagi. Będzie to jednak mniejsze zło niż zacięta walka, po której zwycięzca wyszedłby poturbowany. Pożyteczne są różnorodne koncepcje, dyskusje, spory i konkurencja w prawyborach. Były na to aż cztery zmarnowane lata, będzie czas po wyborach i oby to nie było roztrząsanie kto jest winny kolejnej klęski. A teraz piłka w grze, idzie atak na bramkę i potrzebne są celne podania, a nie dyskusje. Zaś centrum ataku, twarzą partii, postrzeganym, acz nieformalnym, jej liderem ma się stać kandydat na prezydenta. I Kidawa for president to najbardziej pożądane i chyba prawdopodobne wyjście z niepotrzebnego zamieszania, więc to powinien być moment ostrego startu intensywnej, profesjonalnej kampanii. As soon as possible.

Na tym tle zaskakuje mądry inaczej upór Schetyny, żeby jednak były te prawybory. Jeszcze bardziej zaskakuje Jacek Jaśkowiak, który uległ Schetynie i zgodził się zagrać w tym przedstawieniu. Nic mu nie mówi postawa Rafała Trzaskowskiego, który oświadczył, że nie zaryzykuje oddania Warszawy komisarzowi z PiS. A co, Poznań gorszy? Powierzyli go Jaśkowiakowi Poznaniacy na cztery lata nie po to, aby po roku z kawałkiem przymierzał się do prezydentury RP.

A teraz znowu cytuję siebie.

Przy porównywalnym potencjale wyborczym i pełnej mobilizacji obu obozów, o wyniku zdecyduje wahające się centrum. Kaczyński zdaje sobie z tego sprawę i już się nie licytuje z narodowcami. Prawdopodobnie przed wyborami, nie będąc pewny ich wyniku, nie wykorzysta sytuacji, w której jeszcze ma swego prezydenta, by przeforsować, przepychając przez Senat, pęczek ustaw rozwijających dobrą zmianę. Poparcie centrum więcej dlań waży niż to co mogą mu zabrać narodowcy. W drugiej turze będzie liczyć na ich głosy oddane przeciw kandydatowi opozycji.

Centrum na pewno nie poparłoby Biedronia czy Zandberga, a nawet Czarzastego. Liderzy lewicy powinni by się zastanowić, czy wolą to uznać … czy zostać z prezydentem z PiS… PO-KO nie ma walczyć z lewicą o elektorat, przesuwając się w jej kierunku, dalej od centrum. I nie powinna wchodzić w ostry spór z konserwatywnym PSL przed pierwszą turą. Jeśli w drugiej nie WKK będzie kandydatem całej opozycji, to MKB będzie bardziej od kogokolwiek innego akceptowalna dla międzypartyjnego centrum i dla Lewicy, która mogłaby mieć zastrzeżenia do PSL.

I w tym kontekście spójrzmy na prezydentów Warszawy i Poznania.

Trzaskowski ma na koncie kartę LGBT, co mu nie przeszkadza w Warszawie, lecz w owym centrum, w Rykach, Łańcucie, Wałczu?

Jaśkowiak też jest postępowy, antykościółkowy, popiera LGBT. I te właśnie cechy, które odstręczałyby od niego wyborców decydującego centrum, wywołały entuzjazm lewicującej publiki. Taki ton: jak nie będzie można wybrać Zandberga czy kogoś innego z Lewicy i ma być kandydat z PO-KO, to niech to będzie twardy zawodnik, Jaśkowiak, a nie ugodowa Małgorzata Kidawa-Błońska.

Zakładamy jednak, że to ona zostanie kandydatem PO w pierwszej turze i konkurentem Dudy w drugiej. A jeśli, co nie daj Boże, przeszedłby Jaśkowiak, to on i Schetyna będą winni decydującej klęski.

Kidawa for president

Wśród braków i zalet kandydatki wyróżnia się brak zauważalnej przez publikę własnej historii politycznej. Praktycznie trudno jej więc postawić zarzuty, które zbiera aktywny i ekspansywny polityk. Atak na nią już szedł i dalej pójdzie po linii jej niesamodzielności. Wchodzenia w rolę Dudy czy Szydło przy Schetynie. I trzeba dodać, że kampania przed 13 października ilustrowała ten zarzut. Ludzie kupują oczami, a prawie na każdym zdjęciu stał obok niej Schetyna.

Przewodniczący nie ubiega się o żadne stanowisko publiczne i nie musi się publicznie eksponować. Im go będzie mniej na widoku, tym lepiej. Dla niego też. W partii ocenią go po tym na ile skuteczne zaplecze stworzy dla kampanii wyborczej, powierzonej tym, którym na tym zależy i profesjonalistom. Ma zadbać, by nie zabrakło pieniędzy na pizzę dla wolontariuszy. Jego osobisty interes polega na tym, by pani Małgorzata wygrała.

Oczywiście, jeśli będzie mu dane pozostać na tym stanowisku. Ambicjonerów trudno będzie do tego skłonić, ale może da się przekonać nieco szersze grono, że racje racjami, ale teraz walka w partii jest zabójcza. Liczy się skuteczność. Siła na haku, jak kiedyś kolejarze oceniali parowóz.

Znowu to kolejnictwo!?

MKB to nie La Passionaria i nie taka jest konieczna w walce o najwyższą godność w państwie. Lecz poza spokojem, ciepłem, wręcz urokiem osobistym, prezydent musi przynosić ze sobą  coś wielkiego, właśnie wizję, coś, co kreuje męża – po przecież nie żonę – stanu. I powinno to być postrzegane jako wkład własny,  a nie program partii, bo to nie mają być wybory parlamentarne. Inny sznyt, inna atmosfera.

Charyzmatyczny przywódca ma prezentować swoją wizję, która nie jest wypracowanym w sporze kompromisem. Ma ją narzucić swojemu otoczeniu, nad którym musi nieco górować i posiadaniem którego ma się wykazać. To wymaga określonych cech osobowych. Pokazali je Wałęsa, Tusk, Kaczyński. Może można w jakimś stopniu się tego nauczyć.

Proste i klarowne wybory prezydenckie, skupiające uwagę na dwóch osobach, są dla większości wyborców najważniejsze. Nie jest przez nich brany pod uwagę konstytucyjny zakres kompetencji prezydenta, co kandydatom ułatwia prezentowanie różnorakich obietnic.

Aktualna sytuacja nie skłania do kontynuowania i mnożenia obietnic natury socjalnej. Kiedy już Kaczyński przewiduje spowolnienie i wymawia słowo „kryzys”, byłoby to odbierane jako demagogia. Szczególnie w tej centrowej części elektoratu, która stanowi target w wyborach. W tej grupie najprawdopodobniej dużo jest ludzi zdających sobie sprawę, że to oni właśnie ponoszą koszty polityki rozdawnictwa. Są tam też obywatele z szerszym zrozumienie tego czym jest władza, państwo i jego instytucje, czyli to do czego przede wszystkim jest powołany prezydent.

Program przebudowy państwa. To właśnie wydaje mi się merytorycznie właściwą agendą dla głowy państwa. Prezydent nie jest władny, by to zarządzić, lecz może zapowiedzieć skorzystanie z prawa inicjatywy ustawodawczej. Oczywiście, po pracach i dyskusjach fachowców, debacie publicznej i raczej w drodze referendum. To na pewno wzbudzi zainteresowanie, narzuci temat, zmusi do trudnej merytorycznie odpowiedzi.  A o to przecież chodzi w kampanii.

Praktyczny walor takiego programu: nie budzi obaw, bo nie zmienia ekonomicznego i społecznego położenia obywateli, jeśli by miał być realizowany. A bezkosztowe są badania i dyskusji.

I jeszcze: wydaje się, że elementem kampanii naszego człowieka nie powinny być kontrowersyjne sprawy obyczajowe. Linie podziału na tym obszarze częściowo tylko pokrywają się z podziałami politycznymi. Lewica tu i tak nie odpuści. Centrowy kandydat na prezydenta nie można nie zauważać tych problemów, czy lekceważyć je, lecz warto by zapowiedział zostawienie ich do publicznej dyskusji i rozstrzygnięć zgodnie z osobistym podejściem, bez dyscypliny partyjnej. Uwspółcześniona formuła: nie będę prezydentem waszych sumień.


Ernest Skalski

Dziennikarz, historyk


Ur. 18 stycznia 1935 r. w Warszawie
Więcej w Wikipedii

Print Friendly, PDF & Email
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com