Jacek Breczko: Od zakonu do mafii

01.12.2019

Photo by terimakasih0 on Pixabay

Główna teza. Partie ideologiczne przypominają na początku zakony, kiedy zaś zdobędą władzę, przekształcają się w mafie.

Partie ideologiczne to partie, którą walczą o jakąś „Wielką Ideę” (do wyboru: dobro, prawda, Bóg, naród, ludzkość, sprawiedliwość, walka z demonami, walka z układem) i zarazem partie radykalne i „manichejskie”. Owa wzniosła idea ma zatriumfować w pełni i szybko, pokonując wrogów, którzy reprezentują zło i tylko zło; z którymi na kompromisy iść nie wolno. I wobec których „wszelkie chwyty” są dozwolone.

Taka partia przypomina zakon fanatyków o niezwykle silnej więzi wewnętrznej (podszytej zarazem podejrzliwością: czy aby nie przeniknęli do niej agenci z wrogiego świata).

Zazwyczaj takie partie są przez organizm społeczny – niczym groźne zarazki – marginalizowane i odrzucane. Bywa jednak tak, że – szczęśliwym dla tych partii i nieszczęśliwym dla społecznego organizmu – zbiegiem okoliczności, przebijają się przez barierę immunobiologiczną (osłabioną zazwyczaj jakąś chorobą – wielką „aferą”, kryzysem gospodarczym, przegraną wojną itp.) i zaczynają rosnąć. Bywa też tak, i to już wielkie nieszczęście, że zdobywają władzę. Im większą, tym gorzej.

W punkcie wyjściowym hierarchia wartości, środków i celów wygląda następująco: pieniądze są potrzebne, aby zdobyć i utrzymać władzę, władza jest potrzebna, aby wprowadzić w życie „Wielką Ideę”. Kiedy taka partia zdobywa władzę, zaczyna ją zarazem centralizować i rozszerzać. Mechanizm jest prosty: skoro nie udaje się „Wielkiej Idei” niejako „z marszu” zrealizować – albowiem napotyka to na opór niezwykle skomplikowanej „materii społecznej” – uznaje się, że przyczyną jest niedostatek władzy. W ten sposób mechanizm zaczyna działać: niezrealizowana Idea skłania do zwiększania władzy; zwiększona władza nie wystarcza, należy zatem ją jeszcze zwiększyć; i tak dalej (stąd owo – rzec można – „spontaniczne” centralizowanie i poszerzanie, zagarnianie coraz to nowych obszarów, „totalizowanie”).

Co więcej, kiedy taka partia zdobywa władzę (a nawet na etapie, gdy urosła i ma szansę zdobyć władzę), przyklejają się do niej różni karierowicze, polujący na posady, ale też coraz większe grono niezbyt rozgarniętych egzaltowanych ideowców. Stopniowo, powolutku – im więcej szumowin przenika w jej szeregi i im bardziej rozrasta się jej struktura – owa hierarchia wartości ulega odwróceniu. „Wielka Idea” staje się środkiem (wielkim blefem), aby osiągnąć i utrzymać władzę, władza zaś staje się środkiem, aby zdobyć pieniądze (bogactwo). Ostatni być może wierzy w „Wielką Ideę” – i jej wieńczące miejsce – główny ideolog, wielki przywódca: w końcu to sens jego życia i działania, nie chce przed sobą przyznać się do klęski, musi się samooszukiwać, aby żyć w złudzeniu i dostarczać kolejnych ideologicznych uzasadnień dla swoich zwolenników, w których kręgu zdecydowanie – przesiewani przez negatywne sito (dobór negatywny) – zaczynają dominować owi cyniczni karierowicze oraz „mierni, ale wierni”, niepotrafiący myśleć krytycznie, egzaltowani entuzjaści.

Zdobycie władzy przez taką partię można porównać, do „wrogiego przejęcia”. Nie idzie bowiem o to, aby państwa użyć do jego celów normalnych (bezpieczeństwo zewnętrze i dostatek wewnętrzny), ale do celów nadzwyczajnych; potraktować je jak „młot na zło”. Nie doskonalić jego struktur, w imię jakiegoś przyziemnego dobra publicznego; ale przekształcić je w narzędzie do wprowadzenia „Wielkiej Idei”. Kiedy zaś taka Partia scentralizowała i rozszerzyła władzę do możliwych granic, czyli trzyma niejako „państwo w garści”, rozrastając się niezmiernie, i zarazem „Wielka Idea” okazuje się iluzją, następuje zmiana biegunów aksjologicznych.

W ten sposób zakon stopniowo przekształca się w mafię. Taka partia – niczym gigantyczny pasożyt – opanowuje państwo i wyciska zeń soki. „Wielka Idea” – która zaczyna przypominać „wydmuszkę” – służy, powtórzmy, propagandzie i legitymizacji władzy, władza zaś służy do zdobywania pieniędzy (choć samo rządzenie jest również bonusem). Taka partia zaczyna przypominać mafię również pod względem struktury (ścisła hierarchia, niejawne powiązanie, ukryta – nierzadko brutalna i krwawa – walka frakcji) oraz mentalności (więzy krwi, stosowanie odmiennej miary dla „swoich” i „obcych”).

Mamy rozliczne historyczne przykłady: biurokratyzacja partii za czasów późnego Lenina; nomenklatura w Rosji Stalinowskiej i postalinowskiej; historia licznych partii faszystowskich.

*

Ściągnięto ostatnio do Polski 100 ton złota zdeponowanego w Londynie. Jedni mówią gest pijarowy, inni, że dywersyfikacja. Zgodziłbym się z tymi pierwszymi, ale z dodatkiem. Oto przejaw i dowód mentalności mafijnej.

Jeśli państwo-firma przejęta przez mafię posiada złoto, ale za granicą, gdzie władza mafii nie sięga, to naturalnym wydaje się pragnienie, aby – skoro na razie to możliwe i legalne – sprowadzić je do siebie, gdzie nasza władza sięga i można bezpośrednio „położyć na nim rękę”. Mafia chce jednak nie tylko złota dotykać – jak Goering kosztowności – ale powiększyć pole manewru. Błyskawicznie – w kryzysowej sytuacji – je spieniężyć i utrzymać się przy władzy. Albowiem aksjomatem mafii przejmującej państwo jest: „władzy raz zdobytej nie oddamy nigdy”. Nie możemy się cofnąć. Bolszewicy wiedzieli, że gdyby przegrali, zostaliby rozstrzelani bez sądu.

Bolszewicy obrabowali wszystkie banki ze złota tuż po zdobyciu władzy i włożyli je do swojego sejfu, następnie wykorzystali, aby utrzymać się przy władzy (kupili broń i jedzenie dla swoich czerwonych gangsterów).

Bolszewicy byli niewątpliwie mafiosami, ale niezwykle groźnymi, bo dążenie do władzy, pieniędzy i luksusu było owinięte wzniosłą i ascetyczną ideą (komunizm, tysiąc lat braterskiej ludzkości żyjącej w pokoju i dostatku na Ziemi). Pociągała zatem cwaniaków, którzy dążyli do społecznego awansu; do władzy, bogactwa i luksusu, ale też ascetów, którzy chcieli „poświęcić życie” czemuś wielkiemu, wzniosłemu. Obecnie – na szczęście – na rynku idei, nie ma – jak sądzę – tak „Wielkiej Idei”.

Poszukiwacze „Wielkiej Idei” są więc skazani na robienie różnych patchworków, mieszanek: trochę narodu, trochę równości i sprawiedliwości, trochę jedynie słusznej religii, poza którą są tylko bezdroża nihilizmu. Grają zatem na kilku strunach. Czasem zresztą z wielką wprawą. Ale trzeba przyznać, że nie brzmi to już tak monumentalnie, jak trąby „Międzynarodówki”.

Jacek Breczko

Print Friendly, PDF & Email
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com