03.01.2020

Gdybym zabrał się za wspominki, moje memuary nosiłyby tytuł: Szczebioty młodego idioty. Ale nie wezmę się za zrzędzenie, gdyż, zanim bym ukończył te lamentacje, nasza Ziemia rozpuknie się bez pomocy ekologicznych bombek.
Nie byłbym sobą jednak, gdybym odpuścił sobie ten temat w sposób dokumentny i nie napisał choć paru słów, ot, bodaj tego felietonu. Felietonu – składanki z powtórkowych tekstów. Będącego podsumowaniem zeszłego roku.
*
Znowu zaczynamy dreptać w stronę przeszłości: wciąż są równi i równiejsi, kwitnie dyletanctwo, nepotyzm i chałupnicze metody naprawy kultury, nauki, służby zdrowia. Dalej pleni się pogarda dla człowieka, szerzy łapówkarstwo, rośnie arogancja i pączkowanie administracji. Załganie, przemoc i fałsz są zjawiskami coraz częstszymi, wzrasta społeczna frustracja; bieda ściga się z nędzą.
Nikt na tak masową skalę, anonimowo lub oficjalnie i w majestacie bezprawia, nie deptał cudzej inteligencji. Nie usiłował błyszczeć umysłową tandetą. Nie chlubił się cudzymi sukcesami, nie całował po swoim posągowym ego i nie wmawiał wszystkim naokoło, że białe to czarne. Owszem, też zdarzały się wariackie wypowiedzi, ale na ogół nie wychodziły poza szpitalne mury.
Dzisiaj, kiedy byle łach z cenzusem żula może zabierać odważny głos na temat prawa, sprawiedliwości i demokracji, mówić o rzeczach i procesach, o których nie ma bladego pojęcia, na przykład wypowiadać się o problemach medycznych, genetycznych, prenatalnych i okołoporodowych, zwykła przyzwoitość nakazuje, by zignorować jego zdanie i włożyć je między bajki.
*
Po staremu jesteśmy zastraszani, boimy się samodzielnie myśleć, wyrażać własne zdanie.
Obawiamy się zawistnych kreatur z ideologicznego świecznika, donosicieli, oszczerców, cmokierów wyłuskanych z rynsztoka, czyli wraca to wszystko, co miało definitywnie zniknąć.
A przede wszystkim zginąć miała obłuda; charakterystyczną cechą obalonego ustroju było kłamstwo. Już w cynicznej nazwie: Polska Rzeczpospolita Ludowa, zawierały się trzy nieprawdy. Polska nie była tym krajem, o którego niepodległość walczyli nasi przodkowie. Jak inne, wcielone do sowieckiego systemu niesprawiedliwości społecznej, była podbitym państwem. Nie należała do republik, ponieważ ta forma społecznego przymierza powstaje w wyniku wolnych wyborów, a wolne głosowanie stanowiło fikcję.
Nie miała nic wspólnego z ludem, gdyż lud traktowano instrumentalnie. W zależności od politycznych potrzeb władza albo nadawała ziemię (reforma rolna), albo ją odbierała, organizując groteskowe latyfundia zwane Państwowymi Gospodarstwami Rolnymi, a chłop nie miał w tej sprawie nic do powiedzenia.
Do chwili rozpadu oflagu przyjaciół miłujących pokój, nasz kraj nie był państwem demokratycznym, prawo zaś nie służyło ochronie interesów społeczeństwa, tylko partyjnym kaprysom grupy sprawującej władzę.
*
Edukacja w PRL znajdowała się na wyższym poziomie niż za panowania mędrców lepszego sortu. Co prawda nadal prowadzi się lekcje o bebeszeniu żaby, ale do operetkowych wyczynów dzisiejszej władzy, w ramach udrażniania dziecięcej nauki, do sekcji żabek dołączono nowy dział: państwowy referat zajmujący się nadzorem nad depilacją niebogobojnych poglądów, kipiszem religii, pilnowaniem, by w szkolnym programie zabrało lekcji etyki, majsterkowaniem w najnowszych dziejach i przykrawaniem nauki do potrzeb współczesnego troglodyty.
Zgraje posępnych katechetów zabierają dzieciom radość poznawania wiedzy. Zatrzaskują przed nimi drzwi do prawidłowego rozwoju. Niszczą ich wrodzoną ciekawość.
Wbrew ogólnoświatowym głosom o szerzeniu tolerancji, wbrew cywilizowanym twierdzeniom o różnorodności i równorzędności kultur, wbrew powszechnym alarmom o szkodliwości zamykania się na pozostałe nacje, bałwochwalczy religianci, przy bezdusznym poparciu fanatycznych rodziców, decydują, czego mają uczyć się powierzone im dzieci. Wyrokują, co z uświadamiania seksualnego mają poznać, o czym zaś nie wolno im mówić.
*
Wdepnąłem w lata sześćdziesiąte, czyli w czas chodzenia do szkoły. Wkroczyłem wtedy w okres buntu przeciw jakimkolwiek przymusom, nakazom, rygorom kojarzonym z kajdanami raczej, aniżeli ze społeczną koniecznością. W buntowniczy czas rozchełstanych i bulgoczących hormonów nazywany modelowaniem osobowości: zacząłem uczęszczać na wagary. I to tym chętniej, że w ich trakcie dowiadywałem się więcej o świecie, w którym przyszło mi żyć.
Czerpałem naukę o wydarzeniach z przeszłości od ich bezpośrednich świadków. Szedłem do pobliskiego parku, czy ogrodu botanicznego, gdzie osobnicy w nagrobkowym wieku, pomarszczone pamiątki z przedwojennych lat, wygrzewali strzykające kości wspominając dobre dni.
Upatrywałem, gdzie są matuzalemy i wio! Przysiadałem się, by ich słuchać, by co nieco dowiedzieć się o przeszłości, niekiedy podłączyć do rozmowy i zadać pierwsze z brzegu, nurtujące pytanie, gdyż chciałem pozbyć się mętliku w skołowanej głowie: co innego mówiono mi w domu, a co innego na lekcjach lub oficjalnych akademiach ku czci. Zatem były to moje wstępne studia, zgrubne fakultety, inauguracyjne przymiarki do zdobywania ideowych ostróg!
Tam dopiero, wśród istot kończących nieprzegrany żywot, dzięki ich wykładom zaliczałem pierwsze sesje z charakterologii: warsztaty psychologiczne. Tam też dostrzegłem złożoność otaczającego świata; starczyło kilka dni spędzonych na konwersatoriach z naocznymi świadkami wydarzeń, bym nabrał pewności, że to nie system robi ze mnie durnia, ale ukrywający się za nim ludzie: jacyś niewykrywalni nieznani sprawcy z tamtej strony barykady, mentorzy wbijający mi do łba, w co mam wierzyć.
*
W latach mojego chodzenia na wagary świat był zaludniony nieprzyzwoicie skromniej. Mimo to bytowało się na nim źle i odchodziły gorzkie żale na melodię upadku obyczajów.
Lecz były to upadki wyrządzane na mniejszą skalę: międzyludzkie więzi nie poszarpano jeszcze tak mocno i nie wyrządzano tak ogromnych szkód, jak teraz. Agresja, nieufność, zarzynanie ludzi, gwałty i napady czy co bądź podobnego — zjawiska te zdarzały się również, ale od razu je piętnowano: poddawano przeróżnym ostracyzmom.
PS
Po latach, na finalnym przednówku swojego życia, stwierdzam, że odkąd zacząłem błąkać się po Matuli Ziemi, towarzyszyli mi nieznani sprawcy. Że gdziekolwiek powłóczę wzrokiem, zastaję okopy, zasieki, barykady. Że jak do scenariusza mojego życia należy wymóg nieprzerwanego zaciskania pasa i rokroczne oczekiwanie na lepsze czasy, tak jego uzupełnieniem jest następna frustracja. Kolejna utrata nadziei. Dalsze czekanie na Godota.

Marek Jastrząb
Pisarz
Debiutował w 1971 roku na łamach „Faktów i Myśli”. Drukował także w wielu innych czasopismach swoje opowiadania, felietony, eseje, recenzje teatralne i oceny książek. Jego prozatorskie miniatury były wielokrotnie emitowane w Polskim Radiu w Bydgoszczy.
źródła obrazu
- jastrzab: BM

czyli: „Nihil novi sub sole”.
Nawet tak staremu „wyjadaczowi” zebrało się na utyskiwanie, które ma taki sens, jak zawracanie Wisły wiadomo czym. Jestem w podobnym wieku piszącego i pamiętam jeremiady moich przodków, co stanie się ze światem,
gdy ich zabraknie.
– Co z was wyrośnie? – pytali, dając do zrozumienia, że na pewno nic dobrego!
No i pisz , wymaluj – prorocy jak nic!
Następne pokolenia, nota bene, nie potrafiące już czytać więcej niż pół strony tekstu (dłuższy tekst będzie przekraczał ich możliwość skupienia się), będą się posługiwać tylko kciukami, lub wydawać komendy głosowe swoim lap, flap, czy klaptopom rozumiejąc w lot wszystkie piktogramy zastępujące czcionki w ich e-przestrzeni.
Gdyby moi dziadkowie wstali z grobu, a stosunkowo niedawno zmarli nie rozumieliby połowy tego, co by się do nich mówiło. O korzystaniu z nowych technologii nawet nie napomnę. Dlatego bawi mnie i rozczula tego rodzaju sentymentalizm.
Od początku, tzn. od zejścia z drzewa, po współczesne czasy 95% ludzkości to humus służący reszcie, o niebo rozumniejszej, do realizacji jej celów. Czy się to komuś podoba, czy nie. Każde plemię, czy szczep miało swego wodza i szamana. I zawsze działali razem. Ich troską był walka o byt danego ludu, a sposób w jaki to czynili
bywał przeróżny. Od prastarych czasów zmieniły się tylko możliwości techniczne homo (ponoć sapiens).
Zaś sposób myślenia i działania nie zmienił się ani na jotę!
” … i choćby przyszło tysiąc atletów
i każdy zjadłby tysiąc kotletów
to nie udźwigną …
daaawno temu pisał Horacy: CARPE DIEM