Jerzy Dzięciołowski: „Lepiej już było”

07.02.2020

Obsesja, która naszła aktualną władzę, żeby przerobić sędziów na jedynie słuszną praworządność, sprawiła, że co Polak otworzy lodówkę, to mu wyskakuje wiertarka albo „Kakao” – niekoniecznie do spożywania.

W rezultacie w odstawkę poszły trendy w gospodarce, żywotność służby zdrowia, napięcia między sprzątaczkami i nauczycielami i różne takie.

Czwarty kwartał w gospodarce przeminął i najogólniej mówiąc, dowiódł, że hamowanie to nie jest wyimaginowana rzeczywistość. W statystyce to wygląda tak, że było 5,2% wzrostu (w szczycie w 2018 r.) a zbliża się do 3,0%. Obywatel raczej się nie interesuje, co ogłosi GUS. Ma własny przelicznik: drożyzna zjada 500 plus. Chcąc nie chcąc, nie tylko emeryci, trzy razy oglądają produkty, zanim je nabędą. Konsumpcja zwalnia i ten główny dotychczas silnik napędzania gospodarki staje się mniej wydajny. Udział inwestycji w PKB zatrzymał się na poziomie 18,8 proc. (w planach miało być 25 proc.). Przy czym jest to wielkość ogólna. Znaczenie ma też struktura inwestycji. Prywatne, podejmowane przez polskich przedsiębiorców, zatrzymały się na poziomie 13 proc. Mnogość przepisów i chaos w praworządności – ma i takie konsekwencje.

Inflacja (w grudniu 2019 roku uśrednione ceny były wyższe o 3,4 proc. niż rok wcześniej) zdaje się nie wadzić rządowi. Rada Polityki Pieniężnej też nie pali się do podniesienia stóp procentowych (niskie stopy są korzystne dla budżetu, bo mają wpływ na oprocentowanie naszego długu). Tylko że gra na „przeczekanie” inflacji jest swoistą jazdą po bandzie. Jak się ceny i płace zaczną napędzać, NBP będzie musiał podnieść stopy, co poza kłopotem z opanowaniem relacji ceny-płace, podroży kredyty, hamując dodatkowo gospodarkę.

Czeluści w służbie zdrowia nie ma co upiększać. Koronawirus sprawił, że rano i wieczór trwa opowieść ministra zdrowia, że jesteśmy zwarci i gotowi. Wirusa, nabytego prawdopodobnie od zwierząt, nie należy lekceważyć, nawet jeśli nie spożywamy na razie węży i nietoperzy ze sławnego targowiska w Wuhan. Ale proporcje przydałoby się zachować. Mamy w Polsce około 160 tys. lekarzy (około, bo nikt tego dokładnie nie policzył). I najgorsze w Unii Europejskiej wskaźniki: lekarz i przypadające na niego liczba pacjentów. Nie mówiąc o specjalistach. Lekarzy będzie nam raczej ubywać, bo możnym nie chce się mordować na studiach, a potem nieustannie douczać i wolą ściągać lekarzy od biedniejszych nacji (jak polscy farmerzy siłę roboczą z Ukrainy). E-recepty miały zmniejszyć lekarzom biurokrację, ale w praktyce muszą wypisywać więcej danych (tyle że na tabletach). Mamy ambicje mieć F-35, a nie możemy zdobyć się, żeby lekarz diagnozował i leczył, a biurokracją zajmowali się asystenci i praktykanci.

Edukacja, taka jaką ma Finlandia, to jakby porównywać ligę kopaną w Polsce z angielską czy hiszpańską. 5,5 mln Finów, którzy w ciągu 27 lat przeżyli cztery wojny, ma domową edukację aż do doktoratu, uczniowie mają symboliczną ilość zadań domowych, każdy nauczyciel ma dyplom szkoły wyższej, zawód ma wzięcie a nauczyciel szacunek. Po pięćdziesięciu latach doświadczeń Finlandia ma jednej z najlepszych systemów edukacji na świecie, którego podstawą jest relacja między wolnością ucznia a jego obowiązkami.

My mamy inne priorytety: sprzątaczki (przy całym szacunku dla tej pracy) zarabiające więcej od nauczycieli i pomiatanie przez rządy prawicy nauczycielskim stanem.

Jerzy Dzięciołowski

Print Friendly, PDF & Email

WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com