Stanisław Obirek: Głową w mur

23.03.2020

Zapowiadało się całkiem obiecująco. Na wywiad opublikowany na portalu onet.pl 15 marca 2020 r.

Prof. Stanisław Obirek: polski Kościół to skamielina, która musi umrzeć [WYWIAD]

Polski katolicyzm, który nie ma nic wspólnego z religią, już dawno temu przestał być sposobem przeżywania mojej wiary. Stąd decyzja o odejściu z zakonu. Doszedłem do wniosku, że to już nie jest mój dom, a ostatnie lata tylko potwierdziły, że się nie myliłem.

zareagował dawny druh z zakonu jezuitów Henryk Dziadosz listem otwartym, który rozesłał do różnych mediów. Dwa z nich, portale wPolityce doRzeczy list opublikowały 18 marca:

O. Henryk Dziadosz SJ odpowiada prof. Obirkowi: Dlaczego patrzysz na Kościół jedynie przez pryzmat polityki?

Drogi Staszku, Ponieważ Twój wywiad w Onecie pl z 15.03.2020 roku: polski Kościół to skamielina, która musi umrzeć , ukazał się publicznie, to pragnę publicznie odpowiedzieć na Twoje przemyślenia a także oskarżenia. Znamy się długie lata i dlatego będę bezpośredni. Jest wiele wątków, które chciałbym poruszyć, ale ograniczę się do najważniejszych a to są moje refleksje na kanwie Twojego wywiadu.

Co ciekawe, opublikowały tego samego dnia moją odpowiedź.

Prof. Stanisław Obirek: Moje spojrzenie na Kościół

Swoim otwartym listem sprawiłeś mi ogromną i miła niespodziankę. To pierwszy publiczny głos jezuity odnoszący się do moich poglądów na temat katolicyzmu od czasu gdy opuściłem zakon w 2005 roku. Odnosisz się tylko do wywiadu opublikowanego na portalu onet.pl 15 marca tego roku.

a już następnego dnia 19 marca pojawiła się polemiczna reakcja mojego oponenta.

O. Henryk Dziadosz odpowiada prof. Obirkowi. “W naszej dyskusji gdzieś umyka nam Bóg”

Drogi Staszku, W odpowiedzi na Twoją odpowiedź pt. Moje spojrzenie na Kościół (DoRzeczy.pl z 19.03.2020). Wydaje mi się, że używając w kilku miejscach pochwał pod moim adresem, próbujesz mnie przeciągnąć na stronę swoich argumentów… Tak np. odbieram: Dzisiaj mi tej powagi w Kościele brakuje, również wśród jezuitów. Jak wspomniałem Ty Henryku jesteś wyjątkiem.

Owszem mniej łagodna niż „list kontaktowy”, powiedziałbym nawet agresywna i kończąca właściwie spór, który jeszcze się na dobre nie zaczął. Niemniej jednak postanowiłem odpowiedzieć tego samego dnia, zapowiadając, że jeśli mój list się nie ukaże, to go mimo wszystko opublikuję z odpowiednim komentarzem.

I to właśnie robię. Komentarz jest dość oczywisty. Polska prawica z przyjemnością, a nawet godną podziwu pasją, wdaje się w ideologiczne potyczki. Jednak warunek jest jeden. Te spory nie mogą naruszać fundamentalistycznego spojrzenia na religię, a zwłaszcza polski katolicyzm. Moja publicystyczna działalność uniemożliwia utrzymanie tej błogiej iluzji, że oto fundamentalizm jest jedyną opcją dla człowieka wierzącego, gdyż wskazuję na możliwość otwarcia i autentycznej wymiany myśli. Nawet między ludźmi różniącymi się ideologicznie.

Jezuita, Henryk Dziadosz, zapewne bezwiednie, okazał się kolejnym użytecznym idiotą w tej rozgrywce. Swoją rolę odegrał bezbłędnie. Podobną rolę wyznaczył w tej grze również mnie. Nie wpasowałem się ani w jego oczekiwania, ani w oczekiwaniu wspomnianych portali. Szkoda. Może przyjdzie jeszcze czas, gdy niezaczętą nawet rozmowę będziemy mogli podjąć. Obawiam się jednak, że nie będzie to na tym świecie.

A tu mój wysłany, ale nie opublikowany list:

Drogi Henryku,

W odpowiedzi na Twoją odpowiedź pt. „W naszej dyskusji gdzieś umyka nam Bóg” (DoRzeczy.pl z 21.03.2020).

A mnie się wydaje, że chcesz zakończyć naszą wymianę poglądów jeszcze nim się naprawdę zaczęła, bo tak odbieram Twoje ostatnie zdanie z listu z dnia 21 03, który przesłałeś tym razem do tygodnika dorzeczy.pl. Piszesz bowiem: „Rozumiem Twoje dywagacje, ale w zupełności się z nimi nie zgadzam. Potrafię oczywiście odróżnić osobiste poglądy od Osoby. Proponuję zatem zamknąć naszą dyskusję w tej odsłonie”. Nie jest to zbyt eleganckie. Mam nadzieję, że Redakcja dorzeczy.pl nie będzie tak zamknięta na odmienne opinie, jak Ty. Swoją drogą, skoro tak bardzo zależy Ci na szukaniu i znalezieniu Prawdy, to dziwię się, że nie napisałeś do mnie bezpośrednio ani pierwszego, ani tym bardziej drugiego listu. Przecież w dzisiejszych czasach to nie jest takie trudne, skoro znalazłeś drogę do tylu portali, to mogłeś spokojnie napisać i do mnie bezpośrednio. Być może nasza wymiana nie nabrałaby tak „oficjalnego i doktrynalnego” charakteru. Utrzymuję kontakt nie tylko z byłymi księżmi czy jezuitami. Wielu księży i jezuitów (głównie spoza Polski, ale z kilkoma utrzymuję kontakt również w kraju) to nadal moi przyjaciele. Owszem różnimy się, ale to nam nie przeszkadza po ludzku się przyjaźnić.

Widać, że sztuka dialogu nie zawsze idzie w parze z pobożnością, której w istocie nigdy Ci nie odmawiałem. A poza tym, jeśli w istocie jak już w tytule swego listu zaznaczasz, zależy Ci na tym, by nie „umknął nam Bóg”, może warto pozostawić otwartą kwestię, po czyjej stronie On właśnie stoi, bo to wcale nie jest przecież przesądzone. Jak wiesz równie dobrze, jak i ja (wszak obaj czytaliśmy w młodości wspaniałe dzieło Ericha Przywary) Bóg jest zawsze większy (Deus semper maior) od tego, co my na jego temat możemy nie tylko napisać, ale i pomyśleć. Tymczasem z wielką pewnością siebie stwierdzasz apodyktycznie, że moja „diagnoza jest błędna”, z czego wynika, że moja „propozycja terapii jest nietrafiona”, zapomniałeś tylko w swojej skromności dodać, że takie jest Twoje zdanie.

Używasz mocnych wyrażeń godnych złotoustego jezuity z XVI wieku, u którego i ja terminowałem, a nawet poświęciłem mu sporo publikacji. Naprawdę Piotr Skarga nie powstydziłby się takiej oto figury stylistycznej: „Poza tym reformatorem nie jest ten, kto wychodzi z Kościoła i pluje na niego »czarną śliną« z zewnątrz”. Przypominam Ci Henryku, że żyjemy w XXI wieku i po 500 latach od wystąpienia Lutra w Wittenberdze za równie ważnych reformatorów Kościół katolicki uznaje dzisiaj Marcina Lutra, jak i Ignacego Loyolę. Obaj odnowili chrześcijaństwo, choć Bóg ich prowadził odmiennymi drogami, dlaczego odmawiasz mnie prawa do pójścia moją własną drogą. Kto Ci udzielił tego prawa, w czyim imieniu przemawiasz i piszesz?

Spróbuję sobie odpowiedzieć na te pytania, a być może będziesz mniej apodyktyczny w swoich osądach i twierdzeniach.

Powiadasz, że tylko osoba pozostająca wewnątrz Kościoła ma prawo go reformować. Czyżby?

Wspomniałem o Marcinie Lutrze, którego zresztą ostatni papieże wysoko ocenili jako tego, który na powrót włożył w ręce chrześcijan Biblię. Mogę dodać do tego przykład z innego obszaru. Czyż Leszek Kołakowski należący przecież do najwybitniejszych polskich komunistów nie zobaczył wyraziściej, na czym polega jego istota, gdy znalazł się poza nim? Jako członek partii zapewne nie napisałby tych wspaniałych trzech tomów krytyki marksizmu, które mógł napisać jako człowiek wolny i patrzący na struktury partyjne z zewnątrz. Dlaczego odmawiasz mnie i tylko innym prawa, do krytycznej oceny instytucji kościelnych, właśnie nam, którzy poznaliśmy ich ciemne strony bardziej niż wy pozostający w nich i niejako z urzędu ich broniący? Ja zresztą, jak Ci wspomniałem w poprzednim liście, naprawdę interesuję się możliwością przezwyciężenia coraz większej polaryzacji współczesnych społeczeństw, w czym fundamentalizm religijny odgrywa kluczową rolę. I to nie tylko fundamentalizm islamski czy hinduski, ale również chrześcijański. Jednym z jego wyróżniających cech jest odmawianie innym prawa do innej oceny ludzkiej seksualności czy podtrzymywanie służebnej roli kobiet. W tym, obawiam się, wyróżnia się właśnie Kościół katolicki.

Tak więc tym razem to Twój wybór i Twoja poetyka drugiego listu, jaki do mnie skierowałeś, zmusza mnie do bycia mniej subtelnym w Norwidowskiej sztuce pięknego różnienia się. Jednak jestem gotów podjąć ten rodzaj debaty, jaką proponujesz. Chcesz, by było ostro — to będzie.

Od razu zaznaczam, że nie stosowałem żadnej captatio benevolentiae, naprawdę nie zależy mi na pozyskaniu Twojej czy kogo innego przychylności, po prostu chciałem wierzyć, że potrafisz docenić moją dobrą wolę w podjęciu pewnych krytycznych uwag, jakie skreśliłeś pod moim adresem, nawet nie próbując zgłębić przyczyn i źródeł naszych różnic. Twój kolejny list pozbawił mnie złudzeń – Ty nie chcesz ze mną rozmawiać, chcesz mnie pokonać, podobnie zresztą, jak i moi zakonni przełożeni w 2005 roku, gdy decydowałem się wystąpić z zakonu. Podobnie jak oni twierdzisz, że się mylę i popełniłem i popełniam straszliwe błędy.

Dziwi mnie, że stawiasz się na ich miejscu, co gorsza stawiasz się w miejscu Boga i szermujesz ocenami z wysokości udzielonej Ci tajemnej wiedzy. Pod frazeologią pokory skrywasz, a właściwie wcale nie skrywasz, tylko pokazujesz, wcale tego nie skrywając, poczucie wyższości z jednej strony i pogardy dla moich poglądów.

Wybacz, ale odpowiem Ci w tej samej poetyce. Jestem bowiem przekonany, że to ja mam rację i mogę to uzasadnić w sposób spokojny i racjonalny. Nie oceniam twoich wyborów życiowych, bo to nie moja sprawa, jednak muszę się bronić przed oszczerstwami, jakie kierujesz pod moim adresem i to nie w liście prywatnym, ale właśnie otwartym i publicznym. Od razu też zaznaczam, że jeśli Redakcja dorzeczy.pl odmówi mi prawa do godziwej obrony na swoich łamach, znajdę inne miejsce i wtedy mój list opatrzę dodatkowym komentarzem odnośnie do praktyk wyciszania niewygodnych głosów. A teraz już przechodzę do sedna sprawy.

Piszesz, że mój tekst Polski Kościół jest skamieliną, która musi umrzeć, obraził uczucia wielu wierzących w moim kręgu duszpasterskim. Wybacz Henryku, ale to nie jest poważny argument. Wiesz doskonale, że takim argumentem można zamknąć każdą dyskusję. Mogę też go użyć i powiedzieć, że wielu moich przyjaciół czuje się głęboko upokorzonych i zakłopotanych wypowiedziami wielu ludzi Kościoła, które zaprzeczają nie tylko elementarnym wymogom rozumu, ale wręcz są skandaliczne i spełniają wszelkie znamiona mowy nienawiści.

Poczynasz sobie bardzo śmiało, osądzając moje poglądy jednoznacznie jako sprzeczne z magisterium Kościoła. Szczególnie leży Ci na sercu teoria gender (w tym akurat dzielisz obsesje wielu polskich teologów i hierarchów). Piszesz: „usiłuję patrzeć na Twoją próbę zredukowania kerygmatu ewangelicznego do kulturowego. Stąd już blisko do neomarksistowskiej ideologii gender, która szarogęsi się w obrębie świata zachodniego, postsekularnego – a Ciebie tak rajcuje. Co do LGBT czy związanych z nim ideologii, dobrze jest trzymać się samej nauki”. Odsyłasz mnie też do mało komu znanych „autorytetów”.

Czy zdajesz sobie sprawę, że takimi poglądami stawiasz się poza debatą akademicką i zamykasz się w gronie sekciarskich i agresywnych ideologów, którzy występują z pozycji wszechwiedzących? A poza tym, czy obce Ci są próby nawiązania autentycznego i partnerskiego dialogu właśnie ze zwolennikami teorii gender choćby przez amerykańskiego jezuitę Jamesa Martina, czy rektora jezuickiego kolegium Sankt Georgen Ansgara Wucherpfenniga. Wspominam tylko jezuitów, ale jak dobrze wiesz, takich teologów jest bardzo wielu. Więc proszę — nie ustawiaj mnie w pozycji osobistego wroga Pana Boga czy nawet Kościoła. Owszem prezentuję nurt liberalny, ale przecież mieszczący się w szeroko rozumianej refleksji humanistycznej, do której nawiązują co światlejsi teologowie i teolożki różnych wyznań chrześcijańskich, a nawet Kościoła katolickiego. 

Cytujesz z lubością świętego Pawła, ale nie zająknąłeś się na temat przywołanego przeze mnie dokumentu Papieskiej Komisji Biblijnej z 2019 roku, która zaleca ostrożność w traktowaniu biblijnych cytatów jako rozstrzygającego argumentu i zachęcają do poznawania osiągnięć współczesnej humanistyki. Poza tym nie należy ich wyrywać z kontekstu historycznego i kulturowego, w jakim zostały napisane. Tą drogą mnie nie przekonasz, a jedynie wykopiesz jeszcze głębsza przepaść między nami.

Nic na to nie poradzę, jeśli akurat o to Ci chodziło. Ja tej przepaści sam nie zasypię. Ty utwierdzasz się we własnej świętości i wierności magisterium Kościoła (przy czym stwarzasz mylne wrażenie, że jest to jedyne dopuszczalne stanowisko) a ja w przekonaniu, że z takim betonem jak Ty nie ma sensu tracić czasu. Albo cytując klasyka, mogę powiedzieć, że takiego betonu to nawet kwas solny nie rozpuści.

Ale chyba nie tego uczył Ciebie i mnie święty Ignacy Loyola. O ile pamiętam, to Ignacemu chodziło o nawiązanie kontaktu i uratowanie każdej, a zwłaszcza duszy błądzącej. W moim przekonaniu błądzisz Ty, w Twoim przekonaniu to ja jestem w błędzie. W takich sytuacjach może lepiej zapytać innych niż wyrokować ostateczne i jednoznacznie kto ma rację. Wierz mi, że poza Kościołem katolickim jest jeszcze 6 miliardów ludzi, a niektórzy z tych miliardów wcale nie mają takich poglądów jak Ty i prezentowane przez Ciebie środowisko (bo przecież nie tak przez Ciebie wychwalane magisterium). Owszem podziwiam papieża Franciszka, ale akurat w tym, co ma on do powiedzenia w sprawie fantomowej ideologii gender, to uważam, że się głęboko myli, podobnie zresztą, jak i cały reprezentowany przez niego urząd magisterium kościelnego, które tak naprawdę należy uznać (przynajmniej w sprawie teorii gender) za prywatne opinie kardynała Josepha Ratzingera, emerytowanego papieża Benedykta XVI.

Nawiasem mówiąc, tak bardzo przez Ciebie wychwalane magisterium wielokrotnie zmieniało poglądy, więc nie widzę powodu by i w tej sprawie kiedyś nie uznało swego błędu. Zaklinanie rzeczywistości nic tu nie da, a jedynie utrwala wykluczenie i poczucie osamotnienia we wspólnocie kościelnej wielu wspólnot LGBT, dla których Kościół katolicki jest ciągle istotnym punktem odniesienia. Dla mnie nie jest, ale to mój osobisty wybór, którego nikomu przecież nie narzucam.

W Twoim pełnym inwektyw liście jedno zdanie jest sensowne: „W naszej dyskusji gdzieś umyka nam Bóg”. Z tym że ja uważam, że On umyka Tobie, a raczej zdajesz się myśleć, że doskonale wiesz co i jak On myśli. Ja jestem bardziej wstrzemięźliwy, wręcz uważam, że mówienie o nim w jasnych i zdecydowanych kategoriach jest zwykłym bałwochwalstwem, o które ociera się wiele instytucjonalnych form religii, nie wyłączając z tej pokusy Twojego Kościoła.

Piszesz dalej: „Przestańmy Panu Bogu podpowiadać, jak ma wyglądać ten Kościół”. Myślę, że to wskazanie powinieneś odnieść raczej do siebie. W mojej działalności naukowej i publicystycznej ograniczam się raczej (zresztą zwykle o to pytany lub prowokowany, jak to się stało w tym przypadku, przez Twoje listy) do wskazywania nadużyć urzędników Pana Boga. To, że pochwaliłem Cię za Twoją przykładną pobożność, nie przeszkadza mi widzieć w Twoich listach, jakie do mnie skierowałeś, fanatycznego zacietrzewienia, które i mnie prowokuje do gniewnej odpowiedzi. Po prostu Heniu nie stawiaj się w miejsce Pana Boga! On sobie bez Ciebie, podobnie jak i beze mnie poradzi. Natomiast łagodząc własne opinie o innych, choćby i o mnie wystawisz lepsze świadectwo i sobie i instytucji, którą reprezentujesz. A już zdanie jakoby mającej mnie pocieszyć „kto znajduje się poza Kościołem, nie wykluczamy ze zbawienia eschatycznego” to doprawdy zbytek łaski. Już wolę wpaść w ręce Boga niż nawet najpobożniejszych ludzi, nawet jeśliby należeli do bliskiego mi do dzisiaj zakonu jezuitów.

Twoja „góralska anegdota”, którą oczywiście znam i to bezpośrednio z ust nieodżałowanej pamięci księdza profesora Józefa Tischnera zabrzmiała nader paternalistycznie. Nie ja nie uważam, że Pan Bóg mnie nie lubi, bo ani się na mnie nie uwziął, ani nie sprawił, że spadły na mnie hiobowe doświadczenia. Odwołałem się do Hioba tylko jako do mistrza pokory, który potrafił zmienić zdanie pod wpływem egzystencjalnego spotkania z Bogiem właśnie. Mnie te spotkania były dane wielokrotnie i to one decydują, że patrzę na świat jako na Boży świat. Większy od katolicyzmu, większy od chrześcijaństwa, a nawet większy od wszystkiego, co jesteśmy w stanie pomyśleć.

Piszę ten list w odpowiedzi na Twoją prowokację i próbę przekreślenia mnie jako człowieka. Podpierasz się nawet, tak jak to zresztą robi abp Marek Jędraszewski (dla mnie najbardziej odrażający przykład ideologizacji religii dla doraźnych celów politycznych), papieżem Franciszkiem. Ja też to zrobię ze świadomością, że obaj, podobnie jak cały nasz świat, jesteśmy potencjalnie zagrożeni koronawirusem. Może powinniśmy na moment zrezygnować z polemicznej pasji i wsłuchać się w takie oto słowa papieża Franciszka, które powiedział dziennikarzowi La Stampa 20 marca 2020 roku: „Nie chcę rozróżniać wierzących od niewierzących. Wszyscy jesteśmy ludźmi i jako ludzie wszyscy jesteśmy w tej samej łodzi. I żadna ludzka rzecz nie może być obca chrześcijaninowi. Tutaj płaczemy, ponieważ cierpimy. Wszyscy z nas. Pomaga nam synergia, wzajemna współpraca, poczucie odpowiedzialności i duch poświęcenia generowany w wielu miejscach. Nie musimy rozróżniać wierzących od niewierzących, przejdźmy do korzenia: ludzkości. Przed Bogiem wszyscy jesteśmy dziećmi ”.

Tak, wszyscy jesteśmy dziećmi Jednego Boga, albo po prostu ludźmi, jeśli nie potrzebujemy odwołań do siły wyższej. Może więc warto podkreślać to, co nas łączy, a nie to, co wydaje się nam, że nas dzieli.

AMDG

avatar

Stanisław Obirek

Profesor

Teolog, historyk, antropolog kultury, profesor nauk humanistycznych, profesor zwyczajny Uniwersytetu Warszawskiego, były jezuita. Ur. 1956
Więcej w Wikipedii

PS. Twoim zwyczajem wyślę ten list do trzech redakcji: dorzeczy.pl, wpolityce.pl i do onet.pl

Print Friendly, PDF & Email

12 komentarzy

  1. Obirek 2020-03-23
    • Arkadiusz Głuszek 2020-03-24
  2. Arkadiusz Głuszek 2020-03-23
  3. narciarz2 2020-03-24
  4. Andrzej Goryński 2020-03-24
  5. Obirek 2020-03-24
  6. Obirek 2020-03-24
  7. narciarz2 2020-03-24
    • Arkadiusz Głuszek 2020-03-24
  8. Bogna Drozdek 2020-03-24
  9. Rafal Omnom 2020-04-03
    • Rafal Omnom 2020-04-03
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com