10.11.2025
Listopad. Miesiąc mgły, zadumy i politycznego zombie show z Żoliborza. Truchło Wodza znów podniosło się z trumny absurdu i przemówiło — jak zawsze miesięcznie, jak zawsze ze złością, jak zawsze z pretensją do całego świata, który nie rozumie jego wielkości. I jak zawsze, Jarosław Kaczyński pomylił rzeczywistość z halucynacją.
Na placu Piłsudskiego, otoczony garścią wiernych, wystąpił w roli mściciela Smoleńska, obrońcy prawdy i jedynego właściciela Polski. A przecież to nie był monolog polityczny — to był egzorcyzm. Jarosław znów widzi wszędzie Putina, zdradę, agenturę i „najmarniejszą część społeczeństwa”, którą trzeba zepchnąć pod dywan historii. Tyle że ta „marniejsza część” to dziś większość — ci, którzy przestali wierzyć w smoleńskie bajania i w to, że Polskę da się zbudować na miesięcznicach i paranoi.
„W Polsce nie obowiązuje prawo!” — grzmiał gnom z ambony absurdu. Miał rację. Przez osiem lat obowiązywało tylko jego prawo: prawo do bezkarności, do kłamstwa, do szczucia. Dziś, gdy sądy zaczynają stawiać pytania, nagle okazuje się, że państwo to nie on. Szok.
Prezes PiS wytoczył z ust swoje ulubione epitety: „najgorsi z najgorszych”, „zdradziecka władza”, „agentura Putina”, „bezwartościowa część społeczeństwa”. Repertuar jak z kabaretu, tylko że to już nie śmieszy. To boli, bo przez lata te brednie miały moc – wypaczały rzeczywistość, dzieliły ludzi, napędzały nienawiść.
Kaczyński już nawet nie udaje, że mówi do wszystkich. On mówi do swojego wyśnionego elektoratu – tych, którzy nadal wierzą, że Lech był Mesjaszem, że Smoleńsk to zamach, że geje z Unii kradną im Boga, a Tusk to esesman z Brukseli. Zostało ich coraz mniej, ale są głośni. Krzyczą: „zwyciężymy!”, choć nie wiedzą, co, gdzie i nad kim.
Tragedią jest, że ten polityczny wampir nadal wchodzi na scenę i dostaje mikrofon. Kiedy mówi o „wystąpieniach agentury Putina”, pokazuje tylko jedno: że jego jedyną bronią jest strach. Straszenie Putinem, straszenie Tuskiem, straszenie kobietami, migrantami, LGBT i własnym cieniem.
I to wszystko dzień przed Marszem Niepodległości – tym samym, który miał być świętem wspólnoty, a stał się sabatem frustratów, pochodem nienawiści, spacerem ludzi z transparentami „Polska tylko dla Polaków” i ortograficznymi błędami w słowie „narodowy”.
Bo Marsz Niepodległości to dziś nie patriotyzm, a żałosny cosplay rewolucji. Tu Kaczyński chce być Piłsudskim, Nawrocki chce być de Gaulle’em, Bąkiewicz Rzymem w ogniu, a Braun — prorokiem apokalipsy. Tylko że Piłsudski miał pomysł na państwo. Ci mają tylko pomysł na wroga.
A wróg to każdy, kto nie klęczy przed mitem. Każdy, kto zada pytanie. Każdy, kto nie chce Polski smoleńskiej, ale europejskiej. Każdy, kto ma dość bycia obrażanym przez starego człowieka, który co miesiąc przeklina naród, bo naród ośmielił się chcieć czegoś więcej niż męczeńskiego pomnika i festynu z racami.
Jarosław Kaczyński nie przemawia już jako polityk. On przemawia jak zawiedziony prorok, któremu ludzie przestali wierzyć. Ale nie odpuszcza. Wraca jak bumerang – z okrzykami, że „prawo nie działa”, że „ludzie ośmielają się oskarżać tych, co kupowali wozy dla OSP”, że „to wszystko agentura”. To już nie są argumenty. To są urojenia.
Truchło z Żoliborza znów wróciło, znów mówi. Ale coraz więcej Polaków zakłada słuchawki, wycisza, wzrusza ramionami. I dobrze. Bo Polska ma ważniejsze sprawy niż miesięcznicowe jazdy smoleńskich fanatyków. Polska ma pracę, szkoły, szpitale i przyszłość do zbudowania.
A stary pan niech sobie krzyczy. Niech mu ktoś poda mikrofon bez baterii.
Krzysztof Bielejewski

Felieton powoduje to, co powinien: bawi, boli i pobudza do myślenia. Dodam kilka własnych refleksji – bez, oraz z przymrużeniem oka.
Zastanawiając się dlaczego ta polityczna żałoba miesiączkowa odbyła sie po raz 187 nie sposób pominąć pewnej cynicznej kalkulacji. Czegoś w rodzaju „wyrzutów sumienia” hipokryty. Nie tylko wobec samej katastrofy spowodowanej presją JK na rozpoczęcie przez Lecha ówczesnej kampanii prezydenckiej na cmentarzach w Katyniu, potwierdzonej w rozmowie tuż przed „lądowaniem”. „Sumienie” to także wykorzystanie tej tragedii całej Polski jako oręża politycznego po 2010 roku. To już 187 raz „sumienie” gryzie JK, a zarazem każe mu ogłupiać swoich wyznawców. Wielu obserwatorów twierdzi, że JK nie ma sumienia podobnie jak nie wierzy w Boga. Być może – ale jest klasycznym hipokrytą. Z jednej strony ma za nic ludzkie uczucia. Z drugiej strony, mimo iż nie wierzy w Boga, jak każdy zakłamany hipokryta na wszelki wypadek kolekcjonuje argumenty na swoją obronę, gdyby jednak po drugiej stronie czekał na niego jakiś osąd. A druga strona coraz bliżej – dla każdego z nas ! Właściwie tylko tak rozumiana motywacja uzasadnia kolejne miesięcznice – to dodatkowy argument na rzecz tego jak bardzo są one oszukańcze i żałosne.
Autor ma rację, że powtarzalność to pieczęć autentyczności każdego dobrego politycznego horroru. Jarosław Kaczyński pojawia się jak subskrypcja Netflixa, którą się zapomina anulować — co miesiąc nowa, ten sam protagonista, identyczna fabuła. Tyle że zamiast „Are you still watching?” mamy „Czy ty nadal słuchasz?”. Odpowiedź coraz częściej brzmi: nie, już nie ! Nawet batterie w słuchawkach się tego spodziewały.
Krzysztof Bielejewski pokazuje, że cały arsenał retoryki Kaczyńskiego to w gruncie rzeczy jedno słowo: STRACH. Putin, Tusk, kobiety, migranci, LGBT, własny cień — to wszystko to jedno. To nie są argumenty, to są zombi, których reanimuje się, bo sam się już rozkłada. To polityka jako horror filmowy z budżetem na statystów i bez budżetu na ideę. Kwintesencją tego wątku jest określenie JK jako „politycznego wampira”.
Finałowe zdanie — „A stary pan niech sobie krzyczy. Niech mu ktoś poda mikrofon bez baterii.” – powinno być wpisane na pomnik satyry politycznej w Polsce. Mikrofon bez baterii. Niesamowite. Bo co to jest polityk bez platformy, jeśli nie właśnie — mówca do siebie samego? To jak dawać głos na bazarze w Warszawie: wszyscy go widzą, nikt nie słucha.
Fragment o „Marszu Niepodległości” to strzał w dziesiątkę. Transparenty „Polska tylko dla Polaków” z ortograficznymi błędami to nie przypadek, to metafora przemieniająca się w rzeczywistość. To demonstracja „przeciwko” wszystkiemu, ale bez umiejętności wpisania „narodowy” bez dwóch 'w’. To nie patriotyzm, to cosplay, gdzie kostium zrobiono z Aliexpress. Coroczne święto obchodzone przez skrajną prawicę, jest co najwyżej uroczystością sekciarską, obojętną większości społeczeństwa.
Autor pokazuje zmęczenie — zmęczenie Polaków, zmęczenie rzeczywistością, gdzie polityka to nie dyskusja, a nawracający koszmar. Koszmar, który powinien się odbić echem bo oddaje rzeczywistość tak dosadnie, że aż chce się śmiać z bezradności.
Pan Krzysztof Bielejewski po raz kolejny dowodzi, że najskuteczniejszą bronią przeciwko absurdowi jest humor. Lepiej opisać coś jako „cosplay rewolucji” niż pisać traktat o dekadencji. Lepiej zaproponować „mikrofon bez baterii” niż pisać o utracie wpływów politycznych.
To felieton, który powinien być analizowany w szkołach jako przykład tego, jak się mówi prawdę nie do władzy, tylko o władzy — żeby wszyscy słyszeli. Nawet ci z włączonymi słuchawkami.