23.04.2020

Zapewne wszyscy znają formułę „extra Ecclesia nulla salus”, którą Kościół katolicki przez wiele stuleci określał warunku, pod jakimi chrześcijanin mógł osiągnąć zbawieniem.
Jednym z najpotężniejszym narzędziem tych dyscyplinujących zabiegów były sakramenty, do których się dostęp był określany według precyzyjnych reguł. Na ich straży stali przede wszystkim mężczyźni, których moc sprawcza była decydująca. Kobiety mogły jedynie przystępować do tych sakramentów na warunkach określonych przez księży, czyli przez mężczyzn. Oczywiście chodzi o mężczyzn posiadających władzę, a więc księży, biskupów i przede wszystkim papieży. Tak ukształtowany system kontroli przez ponad tysiąc lat kontrolował nie tylko kobiety, ale i tych mężczyzn, którzy próbowali zakwestionować ten święty porządek. Tych śmiałków wystarczyło nazwać schizmatykami czy heretykami i automatycznie wypadali poza krąg zbawionych.
Jak przypomniała ostatnio amerykańska teolożka Phyllis Zagano, jedna ze zwolenniczek diakonatu kobiet, to właśnie męska kultura klerykalna, ukształtowana gdzieś w okolicach roku 1000, stanowiła najbardziej radykalną formę dyskryminacji kobiet. Ich modlitwa nagle straciła na wartości, bo tylko formy kultu (chrzest, msza święta, spowiedź, małżeństwo, namaszczenie chorych) były rekompensowane finansowo, więc stworzyły opresyjną sieć zależności nie tylko całych społeczeństw, ale również zakonów żeńskich. Nie mogły samodzielnie funkcjonować bez liturgicznego, a więc tym samym finansowego nadzoru mężczyzn.
Warto też dodać, że Phyllis Zagano, będąc jedną z najwybitniejszych teolożek katolickich, jest autorką przełomowych prac na temat roli kobiet w pierwotnym Kościele. Właśnie dlatego należała do stworzonej w 2016 roku przez papieża Franciszka komisji, powstałej na skutek prośby przełożonych zakonów żeńskich, która miała się zająć problemem diakonatu dla kobiet. Niestety komisja nie doszła do spójnych konkluzji, więc Franciszek powołał w kwietniu tego roku na jej miejsce nową komisję. Nie znalazło się w niej już miejsce dla Zagano, natomiast wszyscy nowi członkowie są zdecydowanymi przeciwnikami diakonatu dla kobiet.
Szczególnie wyrazistą postacią nowej komisji jest pracująca na Katolickim Uniwersytecie we Lwowie teolożka pochodzenia amerykańskiego Catherine Brown Tkacz, która wielokrotnie krytykowała poglądy Zagano. Jej poglądy jako żywo przypominają idee Jana Pawła II, który wykluczał jakiekolwiek włączenie kobiet w strukturę kapłańską kobiet. Jej rola jest owszem wyjątkowa, ale przede wszystkim służebna wobec kapłaństwa zarezerwowanego dla mężczyzn. Nie trzeba być nazbyt przenikliwym, by przewidzieć jaki kształt przyjmie nowy dokument.
Właśnie dlatego pojawiają się coraz liczniejsze glosy mówiące o ostatecznej kompromitacji klerykalnego modelu katolicyzmu. Zbawienie wyraźnie wymyka się kontroli kleru. To nie ksiądz przynosi ulgę, ale najbliższy człowiek, lekarz, pielęgniarka czy najbliższa rodzina. To tutaj rozgrywa się często dramat życia i śmierci. Odejście ze świata bądź powrót do zdrowia. Jedynym sakramentem przynoszącym zbawienie jest drugi człowiek, którym rzadko jest ksiądz. Mówiąc słowami Witolda Gombrowicza, każdy z nas znalazł się w kościele międzyludzkim.
Widać to szczególnie wyraźnie w czasie szalejącej pandemii i pozamykanych budynków kościelnych. Nowymi pośrednikami zbawienia stały się laboratoria biologiczne poszukujące szczepionki i ofiarni lekarze. Co więcej, można powiedzieć, że zbawienie jest możliwe tylko poza Kościołem.
Być może ta nowa sytuacja, w jakiej znalazł się katolicki kler, tłumaczy wyjątkową bezradność intelektualną polskich księży i biskupów, których komentarze ograniczają się do narzekania na ograniczenia i troskę o zapewnienie sobie płynności finansowej. Co w tej nowej sytuacji nie będzie łatwe. Zwłaszcza jeśli potrwa ona dłuższy czas.


Podtrzymuję moją tezę o bezradności intelekturalnej, która jest mniej jednoznaczna od głupoty. Trudno podejrzewać o głupotę członków organizacji, która od 30 lat, czyli dokładnie tyle ile trwa III RP, trzyma na wodzy wszystkie formacje polityczne plus tzw. suwerena. W tej chwili jest wyraznie zdezorintowana, ale to poczucie dzieli przecież z nami wszystkimi. Natomiast w pełni podzielam uwage Muier Religiosa, że JPII nie miał absolutnie słuchu na głos żyjących kobiet (no może poza Wandą Półtawską, ale to inna sprawa), natomiast uwielbiał wprost kobiety, którego znalazły się na łonie Abrahama. Te wielbił, beatyfikował, kanonizował i ogłaszał doktorami, a nawet patronami Europy i innych kontynentów.
Można powiedzieć, ze od chwili znalezienia się na łonie Abrahama JPII tez jest wielbiony przez wszelakich politycznych hochsztaplerów. Stoi sobie taki JPIi przed budynkami, albo wisi w rozmaitych szkołach czy urzędach, i kiwa głową na każde zdanie wygłaszane przez wszelkiej maści łajdaków. Ostatnio taki łajdak proboszcz miał coś do powiedzenia na temat wirusa, a parafia pod jakim to wezwaniem? A jeśli idzie o głupotę, to głupota nie wyklucza łajdactwa i sprytu.
Czytałam gdzieś (dawno, więc źródła nie pamiętam), że JP II nosił się z zamiarem „doktoryzowania” także św. Faustyny Kowalskiej. Podobno ze strony polskiego Kościoła czynione są starania, żeby ten jego niedoszły zamiar sfinalizować. Ciekawe, czy i jak papież Franciszek na nie odpowie.
Jeśli chce Pani odświeżyć pamięć to podaję link do artykułu ks. Jana Machniaka, który całkiem poważnie ten problem rozważa: http://www.milosierdzie.pl/akademia/ftp/Jan-Machniak-sw-Faustyna-Kowalska-Doktorem-Kosciola.pdf Swoja drogą kiedyś napisałem książeczkę o tej świętej, która nawet miała dwa wydania. Nie wydaje mi się, że jej duchowaść jest porównywalna ze wspomniana przez Panią w komentarzu św. Teresą z Lisieux. Był czas, że teologowie (ks. Ignacy Różycki uważał ją za „ofiarę halucynacji na podłożu histerii”) zastanawiali się czy była zrównoważona psychicznie. No, ale to dawne czasy.
Dziekuję za link, na pewno skorzystam. Książki p. Profesora sukcesywnie czytam, ale ta o św. Faustynie jakoś mi umknęła..
Po męczacej, więc z koniecznosci wyrywkowej (pod kątem psychologiczno-formacyjnym) lekturze „Dzienniczka” uaktualniłabym nieco diagnozę ks. Ignacego Różyckiego. Siostra Faustyna najprawdopodobniej cierpiała na dwubiegunową chorobę afektywną (wcześniej zwaną depresją maniakalną). To oczywiście nie podważa jej świętosci, jednak poważnie zastanawiałabym się nad polecaniem ponad 500-stronicowego „Dzienniczka” (sic!) jako lektury formacyjnej czy pobożnościowej.
Dziekując Profesorowi za ten wpis, może nie od rzeczy będzie przywołanie rzadko cytowanego wyznania św. Teresy z Lisieux z jej „Dziejów duszy”:
„Czuję w sobie powołanie KAPŁANA; z jaką miłością, o Jezu, piastowałabym Cię w mych rękach w chwili, gdy na moje słowo zstępowałbyś z Nieba!… Z jaką miłością dawałabym Cię duszom!… Chciałabym oświecać dusze, jak Prorocy, Doktorzy, odczuwam powołanie Apostola… chciałabym przebiegać ziemię, głosić Twe imię i umieszczać w ziemi niewiernych Twój chwalebny Krzyż.”
I przypomnienie, że to przeciwny kapłaństwu kobiet Jan Paweł II „awansował” ją do rangi DOKTORA Kościoła, Najwyższa więc chyba pora na wsłuchanie się także w jej pozostałe POWOŁANIA (kapłanki, prorokini, apostołki).
Być może ta nowa sytuacja, w jakiej znalazł się katolicki kler, tłumaczy wyjątkową bezradność intelektualną polskich księży i biskupów…
A może oni są po prostu głupi?
Już napisałem odpowiedź, poddałem dyskusji pańską tezę powodowany moją skłonnością do obdarzania szacunkiem a priori wszystkie istoty ludzkie ale na koniec sięgnąłem do definicji głupoty i … wykasowałem swój komentarz. Wygląda na to, że jedna z kotwic RP stanowiąca o jej funkcjonowaniu, rozwoju i przyszłości zanurzona jest w głupocie. To nie wróży jej długiego żywota.
To wróży jej bardzo długi żywot.
???
Głupota jest bardziej trwała niż mądrość. Mądrość to praca, głupota to recepta na władzę.
Tak jak suweren…
A czy istnieje w ogóle inny model katolicyzmu jak instytucjonalny Kościół z hierarchią i autorytarną władzą? Decyzje podejmują biskupi, oni biorą udział w soborach, oni tworzą episkopaty, to ich reprezentacja na konklawe wybiera spośród swojego grona przywódcę widzialnego Kościoła, który jest Wikariuszem Chrystusa na ziemi i posiada z kilkanaście innych – bynajmniej nie symbolicznych! – tytułów. To właśnie biskupi są bezpośrednimi następcami 12 (13 z Pawłem(?)) wysłanników Jezusa gwarantującymi historyczną ciągłość apostolską powszechnego Kościoła. Każdy biskup jest również egzorcystą mającym powierzoną moc wypędzania… oj można tak dużo i to wszystko ma uzasadnienie religii katolickiej, oczywiście pozostali mogą się pukać w czoło czy tylko ironicznie uśmiechać, tymi pozostałymi mogą być zarówno głęboko wierzący protestant jak i wojujący ateista jak i cała rzesza kulturowych (post?)chrześcijan. Czy taki reformistyczny katolicyzm progresistów nie będzie tylko kolejną odnogą protestantyzmu (co by autora nawet nie bardzo zmartwiło) w tym akurat szczególnego, że z historycznego katolicyzmu wybierającego wybrane inspiracje przypisywane jako własne dziedzictwo. Byłoby to zresztą domknięcie w ramach historycznego katolicyzmu zjawiska przybierającego na sile – personalizacji wiary, indywidualizacji religii (przypomina mi się książka-rozmowa p.Obirka z Baumanem).
***
A kwestia „przewodniej roli” mężczyzn w ramach chrześcijaństwa wydaje się bezdyskusyjna. (Przyjmując szereg katolickich dogmatów…) Jezus Chrystus był mężczyzną i wniebowstąpił ciałem właśnie jako mężczyzna, jednocześnie jest częścią Trójcy Św, na apostołów wybrał mężczyzn i to jednego z nich uczynił papieżem, w listach Pawła z Tarsu mamy już bardzo konkretne wskazówki odnośnie odrębnej roli mężczyzn i kobiet i nie są to zwykłe listy kaznodziei zatroskanego o los swojej wspólnoty, ale dokumenty oficjalnie wchodzące w skład Nowego Testamentu, świętej księgi chrześcijan, dla większości denominacji będącej ostatnim publicznym Objawieniem przed Paruzją. Można to wszystko tłumaczyć kontekstem kulturowym, osobistymi zmaganiami św. Pawła z namiętnościami, wpływami konkurencyjnych, dużo bardziej antycielesnych antycznych systemów, można badać ślady redakcyjne w NT podczas powstania dokumentów, krystalizowania się kanonu gdzie rola kobiet była cenzurowana, ale ile wtedy zostanie z historycznej 2000 letniej ciągłości Kościoła czy redukcji Biblii ze świętej księgi opisującej historyczne wydarzenia w teologicznym ujęciu do zbioru pobożnych mitów i legend Semitów sprzed wielu wieków?
Zaprezentowane wyżej argumenty odsłaniają dość osobliwą logike wiary, w myśl ktόrej należy tkwić w dawno już nieadekwatnych strukturach i normach tylko po to, by ocalić “nadprzyrodzony” status Biblii i takiż status Kościoła. Znaczyłoby to jednak, że dla podobnie myślących zarόwno Biblia, jak i Kościόl są idolami zbiorowego ego wierzących, a nie – jak utrzymują – władnymi zmieniać świat emanacjami Bożej woli.
Bardzo ciekawe jest pytanie zadane przez tyfaszy100: „ile wtedy zostanie z historycznej 2000 letniej ciągłości Kościoła czy redukcji Biblii ze świętej księgi opisującej historyczne wydarzenia w teologicznym ujęciu do zbioru pobożnych mitów i legend Semitów sprzed wielu wieków?” Zawiera jednak pewien błąd w rozumowaniu, na który warto zwrócić uwagę. Otóż nie chodzo i porównywanie czegokolwiek z historia czy tradycją, ale na stworzeniu nowej tradycji, dla której przeszłość jest tylko pretekstem. Może to zabrzmi nazbyt pretensjonalnie, ale mam wrażenie, że na tym polega rozwój refleksji nad religią, której nalepszym przykladem jest powiedzenie jednego z mistrzów Zen: „Jeśli spotkasz na swej drodze Buddę zabij go”. To radykalna zachęta do pełnej autonomii, również religijnej (jeśli ktoś odczuwa takowe potrzeby).
Dziękuję za odpowiedź. Z Buddą znam jeszcze wersje „gdy spotkasz Buddę napluj na niego” co jest wyolbrzymieniem i nie zachęca do aktu agresji, ale zwraca uwagę, że Buddy człowiek w swojej małości nie może obrazić chociaż bardzo by się w swoim zacietrzewieniu starał. Widzę tutaj nieprzekraczalną różnicę z chrześcijaństwem gdzie osobowy Bóg obserwuje każdy nasz czyn, widzi każdą naszą myśl, a swoje ukoronowanie aktu stworzenia, człowieka, będzie ze wszystkiego skrupulatnie rozliczał na Sądzie Ostatecznym, żąda wyłącznego kultu (pierwsze przykazanie dekalogu nieważne, z której wersji), czci i poddaństwa, a za akty profanacji, odstępstwa reaguje gniewem i karami (i nie jest to bożek wyłącznie uszyty wg marginalnych fundamentalistów traktujących dosłownie i bezkontekstowo starotestamentowe historie, ale wizja Boga zgodna z chrześcijańskim mainstreamem, w tym historycznym katolicyzmem wcale nieodrzuconym i po SWII).
***
Takie porzucenie tradycji będzie po prostu zerwaniem z „hermeneutyką ciągłości”, chodzi mi o intelektualna ucziciwość polegającą na wyznaniu „tak, zrywamy z tradycją apostolską albo i uznajemy, że nigdy nie była rzeczywista, encykliki (powiedzmy od 19 wiecznych papieży po HV Pawła VI), Sobór Watykański I i tym podobne mają dla nas wartość tylko historyczną, jeżeli wy, zwykli katolicy próbujecie dalej to wszystko jakos sobie pogodzić to bawcie się dobrze, ale już bez nas, nasze drogi rozchodzą się”.