27.04.2020

Nie można umieć na 100%. Człowiek pobieżny, uważający się za erudycyjnego macho, popełnia śmiertelny grzech próżności: ma skażone, toksyczne, wąskie pole manewru, dysponuje chybotliwym zestawem argumentów, które są w zasadzie słuszne, niejako właściwe i ogólnie wyznawane: dopóki nie puknie się w głowę i nie odkryje nowych.
Ulega czarom samo pychy: im mniej wie, tym łatwiej mu lawirować pomiędzy interpretacjami. Orientuje się co prawda, że komuś biją dzwony, lecz co to za powód do dumy, skoro nie zna ich znaczenia dla samotności dzwonnika, ma blade rozeznanie o jego rodzinie i jeszcze skromniejsze pojęcie o ilości spróchniałych schodów prowadzących na wieżę, gdzie mieszka, nie mówiąc o ewolucji ludwisarstwa w Kolumbii.
Lecz kiedy już nareszcie przekopał się przez encyklopedyczną wiedzę o kraju, skąd bije dzwon, i gdy stał się niekwestionowanym autorytetem w temacie „Kolumbia”, jedzie po mapie spłoszonym wzrokiem i widzi, że tuż obok rozciąga się Wenezuela, jego następna, rozdzwoniona ignorancja, kolejna przestrzeń nasycona sidłami dylematów, strefa, w której dzwony stanowią ledwie szczyt góry lodowej, bo oto pojawiają się przed nim dodatkowe zagadnienia związane z dziejami metalurgii podczas wypraw krzyżowych.
A gdy przebrnął przez problemy związane z dzwonami, dowiaduje się, że w Hiszpanii, krainie byków i Picassa, też jest co nieco do przyswojenia i tam też można popisać się nieuctwem. I z taką niekompletną wiedzą, przekonany o doskonałości swojej uczoności, wdrapuje się na sejmową gęgalnicę.
*
Zarzucono mi, że nie jestem wystarczająco kompromisowy w ocenianiu naszej rejwachowej areny. Ponoć brakuje mi obiektywizmu. I to na portalu optującym za konsensusem, że zamiast znęcać się nad wszystkimi, z uporem zdartej płyty cięgiem sucharzę o wyliniałej kanapie PiS; być może jest w tym zarzucie ociupinka półprawdy, ale ja jej nie dostrzegam. Przeciwnie, uważam, że nie wyróżniam jednej partii kosztem innej. Dlatego to przypomnienie.
W tekście zatytułowanym „Smok” napisałem: „wszyscy kolebiemy się na tym samym wozie. Oczywiście, możemy dyskutować, który polityczny obóz rozpoczął wkładanie kija w szprychy, ale co to da? Są dwa garnki i oba smolą”. I nadal tak utrzymuję: obojętnie jakiego wyznania są zwalczające się stronnictwa. Jeśli któreś z nich szkodzi Polsce, trzeba piętnować, wytykać, pokazywać pasztety i kaszaloty spędzające sen z gałek, bo, powtarzając słowa Mistrza Młynarskiego: róbmy swoje.
W artykule „Abonament” powiedziałem: „Odcinam się od dzisiejszych sekciarzy: współczesnych głosicieli średniowiecznych herezji. Jestem przeciw patriotom dzielenia, optuję za powrotem zdrowego rozsądku, autorefleksji, za przestaniem małostkowego przerzucania się winą”.
Felieton „Znachorzy” zawierał diagnozę obecnej degrengolady: „Do spółki z aktualnymi reformatorami zgadzamy się na nonsensy, regulaminy, procedury, przepisy i ustawowe buble pozwalające niszczyć z takim trudem budowane państwo”.
W „Credo ignoranta” nabazgrałem: „Odczuwam brak poważnych dyskusji o tym, co należałoby poprawić. Celowo mówię „poprawić”, a nie – zburzyć, zniszczyć, rozpocząć jeszcze raz, czyli nie zamieniać siekierki na kijek i wuja na stryja. Nie domagam się ponownego odkrywania Ameryki, czy konstruowania bardziej okrągłego koła”. A choć dalej tak myślę, to w temacie merytoryczne dyskusje obserwuję konsekwentne puchy.
Na koniec pokazywania, jaki ze mnie tendencyjny dziennikarzyna, posłużę się cytatem z felietonu „Amnezja”: „Jesteśmy zafascynowani pozorami, blichtrem, zmodyfikowanym uprawianiem pustosłowia, poruszaniem tematów zastępczych, podczas gdy te, które należałoby rozwiązać od razu, natychmiast i radykalnie, ślimaczą się jak galopujący żółw.”
Niekiedy myślę, że mało komu zależy na zakopywaniu toporów, porozumieniu, dialogu, odkręcaniu popełnionych pomyłek: większość woli lekceważyć coraz potężniejszą ulewę słów uględzonych z nienawiści. Tym samym zgadza się na burzę z piorunami i przybiera strusią postawę. Pragnie przespać lepsze czasy i przemarudzić życie w błogim spokoju.
Sądzę, że zadanie tego portalu polega na tym, by zachęcać do przerwania zaklętego kręgu wszechpartyjnej niemożności. Że tylko wówczas, gdy oczyścimy się z błota, gdy poczniemy walczyć z patologicznymi ZJAWISKAMI, gdy zrezygnujemy z jałowego przerzucania się odpowiedzialnością za nie, a zaczniemy pokazywać, że oprócz idiotyzmów istnieją pozytywy, szlachetność, rycerskość, piękno i dobro – wyjdziemy na prostą.
Zastanawia mnie tylko fakt, z jakiego to powodu nie potrafimy skutecznie przeciwstawić się negatywnym zjawiskom, które nas dotyczą i permanentnie ulegamy dyktatom ludzi działających na naszą szkodę? I dokąd będziemy ulegać?

Marek Jastrząb
Pisarz
Debiutował w 1971 roku na łamach „Faktów i Myśli”. Drukował także w wielu innych czasopismach swoje opowiadania, felietony, eseje, recenzje teatralne i oceny książek. Jego prozatorskie miniatury były wielokrotnie emitowane w Polskim Radiu w Bydgoszczy.
źródła obrazu
- jastrzab: BM

Jeśli rzeczywiście masz takich krytyków, to oni nie odróżniają wyróżniania od odróżniania.
Może jednak zasługujesz na lepszych.
Prawdą po oczach. Jest jak jest, choć to smutna konstatacja.