Stanisław Obirek Katolicyzm to nie ludzie. To po prostu ideologia

14.06.2020

Żeby było jasne: znam wielu katolików, to naprawdę wspaniali ludzie. Jednak nie należy mylić konkretnych wspaniałych ludzi z ideologią. Nawet jeśli ta ideologia ma dwa tysiące lat, to nie przestaje być ideologią.

Od razy przyznam, sam przez kilkadziesiąt lat byłem na służbie tej ideologii. Większość mojej rodziny nadal jej służy. Nie widzę w tym nic złego. Po prostu jest im ona do życia potrzebna, jakoś to życie organizuje, nadaje mu sens i spójność, ale to wcale nie oznacza, że przez to katolicyzm przestaje być ideologią.

Na przykład papież Franciszek od 2013 roku reformujący ideologię katolicką jest mi bardzo bliski. Podobnie wielu wspaniałych księży amerykańskich, piszących fantastyczne wręcz książki i artykuły pokazuje, jak można inteligentnie dekonstruować ideologię katolicką. Niektórzy z nich od kilkudziesięciu lat walczą o prawa ofiar nadużyć seksualnych dokonanych przez przestępców w sutannach, dotąd nierozliczonych. To są jednak konkretni ludzie, a nie ideologia, jaką w swej istocie jest katolicyzm.

Zdaję sobie sprawę, że dla wielu ludzi to stwierdzenie może być przykre, a nawet obraźliwe. Jednak muszą stanąć wobec tej rzeczywistości w pełnej prawdzie i ją po prostu przyjąć. By im to ułatwić, przypomnę kilka podstawowych elementów, jakie określają ideologię. Przede wszystkim jest to spójna konstrukcja teoretyczna, która wyklucza inne, często równie spójne. Co więcej, wykluczonym, jeśli warunki polityczne to umożliwiają, odmawia się prawa życia na obszarze zarezerwowanym dla zwolenników danej ideologii. Na przykład ogłasza się miasta, gminy, a czasem nawet państwa jako „wolne od …” i tu podstawia się dowolną grupę etniczną czy religijną.

W przypadku katolicyzmu jest to ideologia bardzo precyzyjnie zdefiniowana, która główną władzę daje w ręce bezżennym mężczyznom. Ich orientacja seksualna nie ma znaczenia, ale według różnych szacunków, podawanych zresztą przez socjologów katolickich, orientacje homoseksualna jest wśród nich przeważająca. Jeden z socjologów francuskich, sam niebędący katolikiem przeprowadził bardzo gruntowne badania w swojej książce pod znamiennym tytułem „Sodoma” i w pełni potwierdził te szacunki. Dodając, że im wyżej w karierze kościelnej, tym procent homoseksualistów większy, a w Watykanie dochodzi ponoć do 70 procent.

Choć przez wiele lat byłem w tej ideologii zanurzony po uszy, nie mogę tych wyników ani zdementować, ani potwierdzić; po prostu nie wiem.

Ale to nie wszystko. Ci mężczyźni trzymający władzę przeważnie są wyświęconymi księżmi, biskupami, kardynałami, a jeden z nich jest papieżem. To właśnie ten jedyny (wybierany zresztą z grona najbardziej zasłużonych kardynałów) nadaje ton całej ideologii. On ją trzyma, by uciec się do kolokwialnego wyrażenia, w garści.

Niekiedy jest to po prostu żelazny uścisk. Tak było na przykład w XIX wieku za papieża Piusa IX, który wręcz zmusił innych do ogłoszenia dogmatu o jego osobistej nieomylności. To się stało wprawdzie dość dawno, bo w 1870 roku, ale do dzisiaj niektórzy teologowie uważają ten dogmat za wspaniałe zwieńczenie ideologii katolicyzmu. Tak na pewno uważał św. Jan Paweł II, który dla wzmocnienia tego wrażenia nieomylności zrobił bardzo dużo.

Być może mają rację, bo dzięki temu ta ideologia trzyma się mocno. Na przykład jak dotąd nie udało się przełamać monopolu władzy mężczyzn (oczywiście tych wyświęconych przez innych wyświęconych na kapłanów i biskupów) i żadna kobieta nie dostąpiła zaszczytu święceń, choćby na najniższym stopni władzy, jakim są święcenia diakonatu (a te które zostały wyświęcone po prostu ze wspólnoty wykluczono).

Oczywiście nie ma w tym nic złego. Wiele ideologii było i minęło, zapewne i ta kiedyś minie, a na pewno ulegnie radykalnym przekształceniom. Jednak w niektórych krajach, na przykład w Polsce, tak ideologia otrzymała nieoczekiwane i dość mocne wsparcie polityków. Jednym z nich jest urzędujący prezydent Andrzej Duda, który nadal chce być prezydentem. Jednak czuje on, że jego notowania uległy w ostatnich tygodniach znacznemu osłabieniu, dlatego uciekł się do ideologii katolickiej.

Nie ma w tym nic złego. Politycy często to robią. Na przykład kolega polskiego prezydenta, amerykański prezydent Donald Trump, chętnie korzysta ze wsparcia ideologii ewangelikalnej, zwłaszcza z poparcia białych zwolenników tej ideologii. Bo na przykład ewangelikalni protestanci, którzy są Afroamerykanami, albo Latynosami — już tak bardzo urzędującego prezydenta USA nie popierają. A po ostatnich wydarzeniach, jakie nastąpiły po zamordowaniu Afroamerykanina George’a Floyda 25 maja w Minneapolis, to wsparcie jeszcze bardziej osłabło.

Jak będzie w Polsce, trudno ocenić. Jednak wszystko wskazuje na to, że ideologia katolicka, zwłaszcza reprezentowana przez niektórych biskupów i niektórych polityków wyraźnie traci grunt pod nogami (krótko mówiąc obserwujemy galopującą sekularyzację). Więc może tak jednoznaczne opowiedzenie się po jej stronie nie jest najlepszym argumentem w biegu po najważniejszy urząd w kraju.

Tym bardziej że jest to kraj tylko nominalnie katolicki.

Faktycznie bowiem tożsamość Polaków to proces, z którego jeszcze się do końca nie wykluło, czym naprawdę chcą być. Ja na przykład żyję w permanentnym kryzysie tożsamościowym. Wiem tylko, że jest mi coraz mniej po drodze z ideologią prezentowaną przez niektórych polityków rządzącej partii i popierających ich żarliwie bezżennych mężczyzn w sutannach.

Na koniec muszę przyznać, że bezpośrednią inspiracją do powyższych rozważań były medialne wystąpienia pewnego posła, który uznał, że LGBT to nie ludzie, tylko ideologia. Niewątpliwie rzeczony poseł inspirował się skrzydlatym słowem pewnego hierarchy, który uczył stygmatyzującego określenia „tęczowej zarazy”. Wiernym uczniem tego hierarchy wydaje się też prezydent Duda.

Od lat zajmuję się teorią gender i nie sądzę, by spełniała kryteria, definiujące ideologię. Wręcz przeciwnie — jest to bardzo solidny namysł teoretyczny nad kulturowym wymiarem ludzkiej seksualności. A już na pewno zajmującym się tą problematyką nie przychodzi do głowy, by kogokolwiek z tego namysłu wykluczać, jak to się notorycznie przydarza ideologii katolickiej.

Mam nieodparte wrażenie, że jednym z powodów zaostrzenia ideologicznego, jakie obserwuję w Kościele katolickim od końca lat sześćdziesiątych minionego wieku, jest brak refleksji krytycznej nad seksualnością bezżennych mężczyzn, których płeć kulturowa została poddana magicznej sakralizacji. Obserwując niektórych z nich, mam wrażenie, że to nie służy rozwoju ich ludzkiego potencjału. Wręcz przeciwnie.

Stłumienie własnej seksualności rodzi agresję, z którą sobie wyraźnie nie radzą.

avatar

Stanisław Obirek

Profesor

Teolog, historyk, antropolog kultury, profesor nauk humanistycznych, profesor zwyczajny Uniwersytetu Warszawskiego, były jezuita. Ur. 1956
Więcej w Wikipedii

Ostatnie artykuły Autora

6 najnowszych

Print Friendly, PDF & Email
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com