29.09.2020
W tych dniach od 27 września do 3 października odbywa się w Warszawie XII Kongres Kobiet pod hasłem „Jutro jest w naszych rękach”. W ramach kongresu ma się odbyć dwanaście debat online. Jedna z debat będzie poświęcona Ordo Iuris.
Wspominam akurat o tej debacie, bo mam w niej wziąć udział.

Jednak nie o Kongresie chciałem napisać tylko o kobiecie, która rzuciła wyzwanie papieżowi Franciszkowi. Robiła to zresztą wcześniej wobec jego poprzedników, ale jej dzisiejszy głos brzmi szczególnie wyraziście i nawiązuje do hasła wspomnianego Kongresu Kobiet.
Chodzi o Mary McAleese, byłą prezydentkę Irlandii (w latach 1997-2011). Jej prezydentura obfitowała w ciekawe spotkania, które zresztą dokładnie opisała w wydanej właśnie autobiografii Here’s the Story (Oto historia). Przypomnę jeden szczególnie pikantny epizod – spotkanie z Janem Pawłem II. Oto jak wspomina tamto spotkanie, kiedy polski papież nie tylko odmówił podanie jej ręki, ale zwrócił się z pytaniem do jej męża Martina: Czy nie wolałby Pan być prezydentem Irlandii zamiast swojej żony? Na co McAleese odpowiedziała papieżowi: Nigdy nie zachowałbyś się w ten sposób wobec prezydenta mężczyzny. Jestem wybranym prezydentem Irlandii, czy ci się to podoba, czy nie. Rzuca to sporo światła na wrażliwość dzisiejszego świętego. Równie ciekawe spotkania miała z tak prominentnymi hierarchami, jak Bernard Law z Bostonu (znany z krycia księży pedofilii) czy Angelo Sodano, który próbował zablokować opublikowanie dokumentu na temat nadużyć seksualnych kleru irlandzkiego.
W marcu 2018 roku wygłosiła otwierający wykład na ramach konferencji zorganizowanej przez Voices of Faith (Głosy wiary), stowarzyszenie katolickich kobiet, mające swoją siedzibę w Rzymie. Swój wykład zatytułowała ” Przyszedł czas na zmiany w Kościele katolickim”. Urzędnicy watykańscy próbowali (nieskutecznie) zablokować jej udział w tej konferencji. Zresztą słusznie obawiali się tego, co powie.
Otóż jej zdaniem Kościół znalazł się w pożałowania godnym położeniu dlatego, że „od dawna jest głównym globalnym nosicielem wirusa mizoginii. Nigdy nie szukał lekarstwa, chociaż lekarstwo jest ogólnie dostępne. Nazywa się równość”. Wykluczenie kobiet z wszelkich funkcji decyzyjnych w Kościele jest utwierdzaniem ich dyskryminacji, która trwa praktycznie od początku chrześcijaństwa. Wyjątkiem był Jezus, którego stosunek do kobiet był niezwykły, nawet jak na jego czasy. Traktował je po partnersku, powierzał im najważniejsze tajemnice swojego nauczania (na przykład kobiecie Samarytańskiej), a po swojej śmierci jako pierwszej ukazał się kobiecie. Dość szybko jednak ta postawa założyciela chrześcijaństwa została zapomniana. Mężczyźni całkowicie zawładnęli Kościołem Jezusa.
Dlatego przyszedł czas na zmianę i swoje wyzwanie McAleese kieruje bezpośrednio do papieża Franciszka i w swoim wykładzie mówiła: „Dzisiaj wzywamy Papieża Franciszka do opracowania wiarygodnej strategii włączenia kobiet jako równych sobie w struktury Kościoła”. Chodzi również o udział w procesie podejmowania decyzji istotnych dla życia tej instytucji. Brak traktowania kobiet jako równych sprawiło, że Kościół stał się instytucją zamkniętą i przyjazną tylko dla mężczyzn. Tak więc pierwszą ofiarą mizoginii jest sam Kościół, pozbawiając się najbardziej twórczych impulsów, jakie mogłyby wnieść kobiety.
Poza tym wykluczenie kobiet sprawiło, że Kościół: „trzepotał niezgrabnie jednym skrzydłem, podczas gdy Bóg dał mu dwa. Mamy prawo pociągać naszych przywódców kościelnych do odpowiedzialności za to i inne rażące nadużycia władzy instytucjonalnej”.
Co więcej, była prezydentka katolickiej Irlandii nie waha się i wytyka błędy samemu Franciszkowi. Przypomina, że papież Franciszek niefortunnie określił teolożki katolickie jako „wisienki na torcie”. Jej zdaniem to był błąd, gdyż kobiety są nie tyle „wisienką” ile raczej zaczynem. To one wprowadzają dzieci w świat wiary. Jednak ich rola jest zupełnie niedoceniona przez kościelnych urzędników.
Również — tak wychwalany — nowy feminizm Jana Pawła II nie znalazł łaski w oczach Mary McAleese, która zwraca uwagę, na pustkę wyrażeń takich jak głębsza teologia kobiet (papież Franciszek), czy tajemnica kobiety (Jan Paweł II). Jej zdaniem z kobietami należy rozmawiać i traktować je po partnersku, a wtedy okaże się, że nie ma w niech żadnej tajemnicy. Tak naprawdę za tymi wzniosłymi sloganami skrywa się „mizoginia przebrana za teologię”. Konferencja, w której czasie McAleese wygłosiła swój referat, odbywała się w Kurii Generalnej jezuitów, którzy już w 1995 roku w czasie swojej Kongregacji Generalnej przyjęli dekret, w którym deklarowali większą otwartość na współpracę z kobietami.
To właśnie dlatego na zakończenie McAleese zwróciła się do Franciszka, jako jezuity:
W tej sali w 1995 r. Kongregacja jezuicka prosiła Boga o łaskę nawrócenia z Kościoła patriarchalnego na Kościół równych, w którym kobiety naprawdę mają znaczenie. Tylko taki Kościół jest godny Chrystusa. Tylko taki Kościół może wiarygodnie uczynić Chrystusa ważniejszym. Nadszedł czas na ten Kościół. Papieżu Franciszku, nadszedł czas na zmiany.
Jak na razie tego wezwania papież Franciszek nie posłuchał, czego wyrazem jest niefortunny tytuł jego trzeciej encykliki „Fratelli tutti”, którą papież ma podpisać 3 października. Trudno się dziwić, że już samym tytułem wzbudził gniewne komentarze wielu kobiet, które zwracają uwagę na jego mizoginiczny wydźwięk. Wbrew różnym obrońcom papieża Franciszka tłumaczącym, że tytuł został wzięty z pism św. Franciszka z Asyżu, który na pewno nie był mizoginem. Jednak pozostaje faktem, że tytuł oznacza „Wszyscy bracia” i trudno zrozumieć, dlaczego papież nie mógłby swojej encykliki zatytułować po prostu „Do wszystkich braci i sióstr”.
Wracając do naszej bohaterki. W tym roku przechodząc na emeryturę, Mary McAleese obiecuje, że zrobi wszystko by rzucić wyzwanie Kościołowi ciągle zdominowanemu przez biskupów, którym się wydaje, że pozjadali wszystkie rozumy. Tymczasem historia tej instytucji skrywa ciemne strony, o których ci sami biskupi szybko zapomnieli (choćby długa tradycja antysemityzmu).
Jak powiada w udzielonym ostatnio wywiadzie dla sekcji BBC z Północnej Irlandii:
Duże fragmenty tej nauki są przerażające i znaczną część tej historii nauczano z wielką powagą, a potem uznano je za niedorzeczne i udało im się po cichu z nich zrezygnować.
O McAleese zrobiło się głośno na początku tego roku, gdy napisała do papieża Franciszka list, grożąc, że wystąpi z Kościoła, jeśli papież nie podejmie konkretnych działań chroniących członków wspólnot Arki, której założyciel Jean Vanier okazał się seksualnym przestępcą. Pod pretekstem duchowych porad Vanier molestował sześć kobiet z tych wspólnot.
Czy rękawica rzucona instytucji skostniałej w swojej hierarchicznej i klerykalnej bańce się zostanie podjęta trudno powiedzieć, ale warto odnotować, że nie wszyscy katolicy przyjmują z pokorą narzucane im nauki. Związek tych nauk z realnym życiem wydaje się coraz mniejszy. Dotyczy to niestety również papieża Franciszka, który otoczony klakierami nie dostrzega fatalnych konsekwencje własnego mizoginizmu.
Po zakończeniu kariery politycznej Mary McAlees studiowała prawo kanonicze na Papieskim Uniwersytecie Gregoriańskim w Rzymie, broniąc w 2018 roku doktorat. Jest więc ze wszech miar przygotowana do konfrontacji z mizoginiczną organizacją, którą poznała doskonale od wewnątrz.


„warto odnotować, że nie wszyscy katolicy przyjmują z pokorą narzucane im nauki”.
Więc znowu przypomniała mi się piękna fraza wiersza Urszuli Kozioł „kornie wypięta dynia dupy napłask”. Znaczy, oni wierzą nadal, ale bez przyjemności, jak ci nasi posłowie w teatrzyku demokracji maciupciej, co głosują za, choć bez satysfakcji.
Odnośnik: Urszula Kozioł, starsza o kilka lat od Stanisława Grochowiaka prekursorka tego „turpizmu”, co mnie zachwycał w dzieciństwie/młodości. Chyba jeszcze jest, w przeciwieństwie od Niego, co zmarł przedwcześnie (C2H5OH). Oboje są dla mnie wielkimi poetami. : Kurr…! Raptem doszedłem do tego, że określenie „poeta” jest „inwariantą”, podobnie jak prędkość światła, więc jakieś stopniowanie jest bez sensu
„ale warto odnotować, że nie wszyscy katolicy przyjmują z pokorą narzucane im nauki”,
„grożąc, że wystąpi z Kościoła, jeśli papież nie podejmie…”
No i co z tego? Straty dla KRK byłyby tylko bardzo niewielkie, wizerunkowe i mocno tymczasowe. Sprawa wygląda niezmiennie od wieków, Magisterium KK coś ogłasza (czy też „przedstawia co zostało mu objawione”), członek tego kościoła to przyjmuje całościowo jako komplementarny katolik albo stawia się poza wyznaniem (np niedorzecznie brzmi katolik mówiący „przyjmuję dogmat o niepokalanym poczęciu NMP, ale ten o wniebowzięciu to tak nie bardzo”). Jasne, że są jeszcze różne szczeble pozwalające na trochę swobody interpretacji, nauczanie zwykłe nie ma rangi nauczania dogmatycznego i tak dalej, w każdym razie osoba z takim wykształceniem i doświadczeniem jak Mary McAlees musi zdawać sobie z tego sprawę. Jeżeli grozi własną realną (niekoniecznie formalną) apostazją to oznacza, że już w tym kościele jest bardziej ze względów kulturowych i coraz mniej ją z nim łączy. Członek KK jest zobowiązany do wiary w realność sakramentów, nie tylko ich symboliczny wymiar, w tym realność transsubstancjacji, czy człowiek naprawdę w to wierzący sam by się od tego odcinał? Na szczeblu masowym religijność ma charakter głównie tradycyjny, obrzędowy, ludowy, ale wśród ludzi ze stosownym doświadczeniem, wykształceniem, wiedzą poprzeczka widnieje wyżej. Przypomniała mi się historią Uty Heineman, może pan profesor i o niej kiedyś by coś skrobnął.
Tu poważna kwestia roli kobiet w kościele, a u nas w Polsce zastępcze i średniowieczne w swojej wymowie dyskusje na temat LGBT (Są ludźmi? Nie są ludźmi, ale ideologią? Leczyć, czy nie leczyć? Da się leczyć, czy nie da? itd.) i brak poważnych rozliczeń z nadużyciami ludzi kościoła (np. pedofilia, molestowanie kleryków, afery tzw. komisji majątkowej, polityczne i finansowe zaangażowanie czy nawet uwikłanie jego funkcjonariuszy, czyli tzw. kościół toruński, cokolwiek ta nazwa znaczy). Widać, że czekają nas poważne zmiany, narastają ideologiczne napięcia, kobiety domagają się zmian i zauważenia swojej roli, ale nie jako kwiatka do kożuszka i „maszyny do rodzenia dzieci”, lecz równorzędnego partnera dla mężczyzn, w związku z czym oczywiście konserwa poczuła się zagrożona i przeszła do ofensywy, co szczególnie widać w krajach konserwatywnie katolickich.