Marek Jastrząb: Urzędowe zatwardzenie8 min czytania

()

06.06.2021

Nowela Malcolma Lowry, „Lapis”. Akcja rozgrywa się w szpitalu. Jeden z pacjentów zwierza się, że nad historią jego choroby, ustaleniem diagnozy i dalszą kuracją osobiście czuwa jeden z najlepszych medyków. Myśl, że jest pod opieką nietuzinkowego ktosia, pozwalała mu przetrwać pobyt w tym miejscu i żyć nadzieją na rychłe wyzdrowienie.

Wszelako, gdy po paru tygodniach bezskutecznego oczekiwania na lekarza, dostrzegł go na korytarzu, podchodzi do niego i stara się dowiedzieć, jak tam z jego problemem, zdziwiony lekarz pyta, kim jest i na co się skarży, bo go nie pamięta.

I druga przypowieść, tym razem z innej beczki, bo z kolekcji moich niepowodzeń podczas walki z bezdusznością urzędasów, kiedy zdarzało mi się spotykać jaśnie wielmożnych panów dyrów zawiadujących owymi społecznymi włościami.

Gdy po raz pierwszy miałem rozmowę z oficjelem, z radochy, że mogę mu przedstawić kwestię, z którą przyszedłem, nie wiedziałem, gdzie się podziać. Byłem otumaniony tym, że przy nim siedzę, że docierają do mnie jego wzniosłe sentencje, że doczekałem się wizyty u człowieka obdarzonego rozsądkiem i inteligencją.

W trakcie konwersacji wykazywał zrozumienie dla prezentowanych przeze mnie zagadnień, uznawał trafność i zasadność przedłożonych argumentów, wspólnie ze mną zastanawiał się, jak należałoby je rozwiązać, obiecywał pomoc. Jednym słowem, wychodziłem z jego gabinetu podniesiony na duchu, usatysfakcjonowany tym, że znalazłem kogoś zdolnego do empatii.

Lecz gdy po tygodniu nie następowały żadne tej rozmowy reperkusje, szedłem jeszcze raz. Witał mnie jak dobrego znajomego. Już od progu zapraszał do wnętrza swoich komnat. Uśmiechał się nawet po kumotersku. Tyle że już na początku rozmowy kazał mi przypomnieć, co mnie gnębi.

Później często wchodziłem do podobnych biur, siadałem w gościnnych fotelach i z furiacką energią zaczynałem swoje oracje od nowa. Mówiłem, przytaczałem, powoływałem się na przepisy, paragrafy i ustawy. I znowuż chwytali w mig, w czym rzecz. Jak poprzedni decydent, oni również utyskiwali na temat absurdów, z którymi styka się przewlekle chory, albo jaka pełnosprawna inwalida. Oni też ofiarowywali się z pomocą, na wyprzódki obiecywali, że pogadają z innymi dyrektorami wydziałów, a to z Architektem Miasta o barierach, a to z Lekarzem Wojewódzkim o głodowych refundacjach.

I apiać byłem zachwaszczony optymizmem, ubogacony wiarą i pełen krzepiącej ufności w swoją perswazyjną moc. Ale moja otucha, wiara w przyszłość, oraz pozostałe androny, legły w gruzach, gdy odwiedzałem ich po raz dziesiąty i gdy po raz dziesiąty musiałem klarować, z czym przychodzę.

Tego rodzaju ekskursji miałem w swoim życiu od pioruna i trochę a wszystkie razem nauczyły mnie ostrożności, rezerwy, sceptycyzmu. Ale działo się to wtedy, gdy istniał PRL i stosowanie podobnych biurokratycznych wybiegów należało do partyjnych obowiązków.

Lecz mimo upływu lat od obalenia poprzedniego reżimu, wizja powrotu do punktu wyjścia, staje się coraz bardziej realna. Wkrótce będzie wcielona w społeczny krwiobieg, a jej prawdopodobieństwo zalegalizowana już teraz waha się w okolicach stu procent. Tak się stanie, gdyż nazbyt wielu obywateli tęskni za opiekuńczym państwem i bezpiecznym życiem pasożyta.

*

Urzędnik jest inną kategorią człowieka: jak mawiają po wariatkowach, ma „zachowaną świadomość emocjonalną”, wścieka się według instrukcji, bulwersuje zgodnie z wytycznymi, przeraża go wyłącznie to, co powinno i narzeka, jak Bóg przykazał.

To w domu. Natomiast w pracy zachodzi w nim dokumentna metamorfoza: po godzinach opędzania się przed klientelą, zmachany od wyrażania współczucia, pozbawiony służbowego grymasu zatroskania, leżąc z brzuchem wycelowanym w telewizor, wachlując się gazetą z krwawymi tytułami, co sekundę oburza się na ludzi z pierwszych stron.

Czyta o machlojkach na świeczniku, o powszechnej znieczulicy, sądnych dniach i czarnych godzinach, oraz o krwawych jatkach z fruwającymi zębami w tle; co szpalta, to przekręt, wybuch, masakra. Czuje się osobliwie, nie na miejscu, jakby żył na obcej planecie, w otoczeniu nieczystych sił, z armatą gotową do strzału w osobistą pierś.

Lęka się zajrzeć do kuchni, skąd docierają podejrzane szmery, obawia się wyjść za próg bezpiecznej sypialni, słania się ze strachu przed fałszywym listonoszem z fałszywą torbą, który chce go napaść i pozbawić ulubionych siekaczy. Zatem wchodzi pod łóżko i marzy tylko o tym, by pójść do pracy, gdzie czeka go bezpieczny fotelik i ukochane skoroszyty.

*

Dokładnie nie wiadomo, czy to na widok pieczątki, dziurkacza czy biurka z telefonem, zwykły i w zasadzie wrażliwy poczciwiec spod miotły, przekształca się w złośliwą bestię z gałami jak paragrafy, przepisy i martwe litery prawa. I nie wiadomo, czy zdaje sobie sprawę, że wobec innego urzędnika z innego urzędu, z nieczułej bestii przemienia się w klęczącego petenta obserwującego smętnym wzrokiem, jak suplika, z którą przyszedł, drwiąco osiada w koszu na odmowne odpowiedzi.

*

Medyczny wrzód rośnie od dawna. Od powstania trzeciej RP słyszymy o konieczności reform. Co jaki minister pojawia się na horyzoncie ludzkiej doli, to, po zapoznaniu się z resortowym burdelem, rozkłada rączyny i zanosi się od wyuczonej lamentacji pod tytułem: CO JA MOGĘ?

*

Idea o ksywie dobra zmiana została zaprzepaszczona, bo za jej „wykon” zabrały się figurki wyposażone w gumowy kręgosłup i słaby pomyślunek. Lecz jeśli od lawirantów oczekujemy opamiętania i rozumu, to przecież z jakiegoś powodu nie mieli go ci, co przed nimi sprawowali władzę?

Co uczynili, gdy byli ministrami od zarządzania ludzkim zdrowiem? Opieką dla chorych i pogardzanymi niepełnosprawnymi? Gdzie się podziewali, gdy lekarze i pielęgniarki prosili o szacunek, lepsze życie i większą pensję? Gdy medyczne kadry wyjeżdżały z Polski do irlandzkiego raju? Dlaczego byli prominenci są znienacka mądrzy po szkodzie i na prawo lub lewo udzielają rządzącym trutniom zbawiennych rad?

*

Oczywiście, że PiS-owcy (do spóły z bandą entuzjastów mętnych wód) dobili cały ten hospitalizacyjny kram. Rzecz jasna, że przyczynili się do jego rujnacji poprzez niefrasobliwe i okrutne zamykanie szpitali dla osób chorych na insze inszości aniżeli wirus w koronie. A więc np. onkologicznych, gdzie natychmiastowa kuracja ratuje życie, a paromiesięczne odwlekanie zapewnia śmierć.

W szpitalu obowiązują martwe procedury i karne ich przestrzeganie, a pacjent jest niekiedy awaryjnym dodatkiem do sprawozdania dla NFZ. Terminy są odległe. Najmarniej paromiesięczne. W tym czasie choroba rozwija się ku uciesze ZUS: oto zbliża się moment, gdy przestaną dopłacać do hospitalizacji załóżkowanego/nej.

Kiedy schorowany delikwent zgromadził wszystkie konieczne wyniki badań, ponownie zapisuje się do kolejki w przyszpitalnej udręczalni i po paru banalnych tygodniach jest wniebowzięty, bo wreszcie dostał się do specjalisty, który orzeknie, co mu jest.

Lecz gdy sądzi, że od teraz będzie właściwie leczony i skończyły się jego stresujące chwile oczekiwania na wyrok, okazuje się, że ma nieaktualne wyniki i całą operetkę musi zacząć od nowa. Tymczasem na kolejnym tomografie wyszło szydło z wora: z malutkiego guza powstał i rozwinął się nieoperacyjny potwór.

*

Kiedy sięgam pamięcią, stwierdzam, że od zawsze tkwimy w nadziejach na lepsze jutro. Ale jutro jest jak horyzont, którego nigdy nie dościgniemy.

*

Truizm: leczenie jest kosztowne, a zwłaszcza – długotrwałe. Wiedzą o tym lekarze, a tym bardziej – pacjenci. Zdają sobie sprawę z potrzeby ratowania zdrowia i konieczności regularnego zażywania medykamentów. Jednak leki mają paskudną przywarę: są drogie. Im skuteczniejsze, tym droższe. Nie na każdą kieszeń. Starczy przejść się po aptekach i zobaczyć odchodzących od okienka z kwitkiem zamiast ze specyfikiem.

Rzecz jasna proponowane są im środki zastępcze, tańsze, działające słabiej, gorzej, z efektami ubocznymi. Są tak samo przydatne, jak ozdrowieńczy bulion dla nieboszczyka. Droga terapia jest dla ludzi przy forsie.

*

Niektóre szpitale nie przestrzegają kutwiarskich zaleceń i ponoszą finansowe kary za uczciwość. W odróżnieniu od lekarzy z prawdziwego zdarzenia, rachmistrze z NFZ nie widzą człowieka. Widzą natomiast moce przerobowe, bilanse i zyski. Szpital to dla nich taśma produkcyjna, która powinna działać zgodnie z przepisami. Jeżeli pozwala sobie na luksus łamania zakazu oszczędnego leczenia, zostaje doprowadzony do bankructwa.

*

Ps.

Z lewa i prawa słychać stentorowe pohukiwanie o prędziutkiej potrzebie naprawy służby zdrowia. Opozycja nie umie się pozbierać do kupy i goni w piętkę, a każda z jej odnóg szuka jedności przez podział; patrząc na całokształt zachodzących w Polsce metamorfoz, powiedzieć można, że znowu grożą nam rozbiory.

Ps2.

W państwach ucywilizowanych, naiwnych też nie brakuje. Ale zagraniczni, w odróżnieniu od polskich, nie bywają tak częstymi reprezentantami narodu; jeżeli gdzieś zasiadają, to głównie tam, gdzie król chadza piechotą.

Marek Jastrząb

Pisarz
Debiutował w 1971 roku na łamach „Faktów i Myśli”. Drukował także w wielu innych czasopismach swoje opowiadania, felietony, eseje, recenzje teatralne i oceny książek. Jego prozatorskie miniatury były wielokrotnie emitowane w Polskim Radiu w Bydgoszczy.

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.

źródła obrazu

  • jastrzab: BM