Marek Jastrząb: Dwa światy5 min czytania

()

08.10.2021

Postanowiłem spędzić urlop w domowym zaciszu, w oddaleniu od zgiełku, z książką, dobrą muzyką i telewizorem razie czego. Na wypadek, gdyby fabuła okazała się niekompatybilna z ideą mojego wypoczynku, a muzyka, zamiast ukojenia, zaserwowała mi emocjonalną drżączkę. Osobiście nie cierpię telewizji imieniem Goebbelsa, ale przyznać trzeba, że niektóre jej kanały są niczego sobie: wolne od nachalnej manipulacji i demagogicznego łomotu, dają się oglądać.

Dopadło mnie przedsenne wirowanie myśli, lektura poszła w jedną, a ja w drugą stronę, zapuściłem więc telewizję. Ale zamiast wejść na Historię lub Kulturę, jakaś nieczysta siła podkusiła mnie, by zajrzeć do komercyjnej stacji, bo akurat tam miano nadać najświeższe wiadomości. W oczekiwaniu na nie rzucono dodatek do telewizyjnego kożucha, czyli reklamy.

Patrzyłem na ich rozmigotaną daremność, gdyż nie chciałem przegapić początku wieści. Wepchnął mi się we wzrok i zgwałcił pozostałe zmysły rozkoszny widok rewelacyjnej mikstury do sosu, przyprawy maczanej w egzotyce. Rozbrzmiał, upojny szept aktora reklamy zachęcającej mnie do kupowania proszku lepszego od gorszego i tańszego niż droższy.

Podeszła mi do gardła zachrypnięta poezja golarki wyrywającej owłosienie razem z czapką. Zostałem kulturalnie dopieszczony wokalizą faceta wyznającego mi z wdziękiem czarnej wdowy, że odkąd został szczęśliwym posiadaczem smarowidła na hemoroidy, poznikały mu wszelkie utrapienia, bo teraz krótko i wydajnie siedzi na sraczu.

Kolejna reklama poinformowała mnie, gdzie za tanie pieniądze mogę nabyć całkiem sympatyczną trumienkę. Za chwilę wyskoczył z pudełka przedstawiciel ZUS i poradził, jak mam dożyć do wizyty u lekarza ostatniego kontaktu.

Jestem przeganiany po mieszkaniu ścigającymi mnie bełkotami paniusi na Diecie — Cud, której udało się „schuść” sto kilo przez dwa dni bez przerywania obżarstwa. Oglądam umięśnionego ciapciaka w złotych cynglach, który namawia mnie na zaciąganie kredytów i ze spokojem uczciwego oszusta twierdzi, że im więcej kupię za darmo, tym mniej wydam na psychiatrę.

*

Zbliżał się koniec puszczania reklam, toteż ze zziajaną ulgą padłem na sybaryckie krzesło, by wysłuchać wiadomości. A tam nieustający festiwal nieszczęść, zbiorowych masakr lub pojedynczych dramatów. Jak nie susza, to powódź, jak nie klęska urodzaju, to choć oberwanie chmury. Tragedia goniła tragedię.

Odniosłem wrażenie, jakby cały naród błagał dziennikarzy o dostarczenie mu bodaj maciupeńkiej katastrofy. Jakby na kolanach prosił o zbawczy łyk codziennej dawki nonsensów.

Podsłuchane wpadki znanych polityków już przestają bawić. Sejmowe lub internetowe szlagiery w rodzaju karczemnych pyskówek, relacje z tratowania ludzi o toksycznym pochodzeniu, sprawozdania z jazdy wariata środkiem sklepu, z bicia dziewczyny w tramwaju wypełnionym znieczuleńcami, są nudne, zwietrzałe, nikogo nie bulwersują. Przywykliśmy do nich jak do stęchłych widoczków, więc patrzymy na nie jak na kreskówkę. Czuję się wtedy niczym wnuczek oskubany przez babcię.

*

Wiadomości kończą się i by dojść do siebie, decyduję się na obejrzenie filmu, bo podobno dobry. Po reklamowych namowach na zakup maści przeciwko plagom kretynizmu, następują filmowe atrakcje z plejadą trzeciorzędnych gwiazd i konstatuję, że moje niewczesne fantazje ani trochę nie przystają do rzeczywistości: spoza kadru wydobywa się aksamitny głos konferansjera o nienagannym braku dykcji, który zapowiada, że zamiast filmu o Van Goghu będzie kino akcji, nowa wersja odgruzowanej hecy do śmiechu, a Van Gogh zostanie puszczony nad ranem.

Przed okiem nastawionym na spostrzegawczość widzę rewelacyjną szmirę z ambicjami, kunsztowną bryndzę z krwawą siekaniną, filmową pląsawicę do wywabiania myśli, artystycznie rozlazłe, stereotypowe bezguście, nieporozumienie, w którym, spoconymi resztkami tchu, próżno doszukuję się sensu i ukrytych drogocenności, więc zmęczony filmowymi atrakcjami, wyłączam telewizor.

Lecz nie wyłączam refleksji, bo zastanawia mnie irytujący fakt, że pozwalam — bez protestów i rozdrażnionych min — by ów obraz namawiał mnie na przeżycia, których nie chcę, by przekonywał mnie do doznań, które są popłuczynami z opowiedzianych już lepiej, mądrzej i drzewiej.

Film, traktujący mnie jak matoła po lobotomii, bęcwała, któremu do życia potrzeba jest instrukcja spontanicznego śmiania, film, który zmusza do uczestnictwa w morderczo zabawnych rozrywkach, powoli zaczyna mnie obezwładniać niezmordowaną pustotą, zaczynam więc zachodzić w głowę, gdzie podziało się piękno i forma bergmanowskich treści, gdzie życiowe problemy i niewulgarne dialogi?

Toteż stwierdzam, że są dwa światy. Jeden to dziewicza przestrzeń obecnego życia, drugi, to przeszłość z odmiennymi wartościami. Kto wierzy w znaczenie guseł, ten jest cywilizacyjnie do przodu. A ten, co im nie ulega, idzie z właściwym postępem i choć ma feudalne życie, choć uprawia nieskuteczne narzekactwo, jest izolowany od patriotycznej reszty społeczeństwa. Lecz jako odszczepieniec mający przed sobą zgrzebną dolę, pamięta.

Dla ludzi żyjących tu i teraz, wspomnienia takich jak ja, żyjących minionym, są egzotyczne. Natomiast dla ludzi schyłkowych, z wolna zabierających się za pakowanie walizek i dokonywanie bilansów, obecny świat jest rozczarowaniem, bo nie tak wyobrażali sobie jutro.

Marek Jastrząb

Pisarz
Debiutował w 1971 roku na łamach „Faktów i Myśli”. Drukował także w wielu innych czasopismach swoje opowiadania, felietony, eseje, recenzje teatralne i oceny książek. Jego prozatorskie miniatury były wielokrotnie emitowane w Polskim Radiu w Bydgoszczy.

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.

źródła obrazu

  • jastrzab: BM