Marek Jastrząb: Obstalunek

30.11.2021

Przez długi czas nie mogłem rozgryźć sprawy; krążyłem wokół niej i nic mi nie przychodziło do głowy. Byłem zawiedziony, bo kiedyś zajmował stanowisko zbliżone do mojego. Nie takie samo, lecz porównywalne: wówczas wyrzucał z siebie heterogeniczne sądy, burzycielskie mniemania, wtedy coś nas łączyło, choćby wspólna membrana.

Mogliśmy przerzucać się tożsamymi przekonaniami, a nasze nocne dyskusje kończyły się, zanim na dobre zaczęły. Bo o czym mieliśmy gadać, gdy oboje zachwycaliśmy się tymi samymi książkami, lekturą wymagającą skupienia, dokładnego obeznania w dziejach literackiej ciągłości, gdy byliśmy otrzaskani w ich przypływach i odpływach, nawrotach i poniechaniach, w tej wibracji znaczeń falujących od czasu najdalszego po obecny.

*

Byłem rozczarowany jego zmianą, bo przecież dawniej wierzyliśmy razem, ufaliśmy sobie wzajem, zakładaliśmy wspólne pisanie. Jednak nic z tego nie wyszło, bo nasze kontakty i myślowe drogi straciły sens: rozjechaliśmy się, on rzucił się w amok szukania pracy, ja ruszyłem z kopyta w oczadziałą pogoń za początkującą, lecz już zmanierowaną poetką.

Na próżno łaziłem za nią trop w trop, starałem się jej przypodobać, wkraść w łaski, postępować tak, by zwróciła na mnie uwagę. Zrazu planowałem zostać jej totumfackim, niegroźnym dworzaninem, bym później, gdy już oswoi się ze mną, gdy przywyknie i zacznie mnie tolerować, tym śmielej mógł wejść w sam środek otaczającego ją wianuszka przyszłych luminarzy, zwyczajnych megalomanów przekonanych o swojej niepowtarzalności. By siedzieć z nimi w kawiarni i pić espresso wśród ożywionych dysput.

Bez powodzenia; traktowała mnie z góry. A choć na prawo i lewo serwowałem aprobujące uśmiechy i potakiwania, to przymilające się wysiłki, jakieś natrętne próby zasygnalizowania obecności, wszystkie te mimiczne wtręty, spełzały na niczym, odnosiłem więc wrażenie, iż między tymi bufonami sterczę na doczepkę: jak persona non grata, drewniany kołek lub niepotrzebny mebel.

*

Niekiedy korespondowaliśmy. Przebijaliśmy się niepowodzeniami, donosiliśmy sobie, co i jak. On, że mu ciężko, że tyra za trzech, a zarabia ledwie na połówkę bez korniszona, ja, że nic się nie dzieje i nie ma o czym gadać.

Nic o czytaniu, gasnącej i systematycznie odwlekającej się przyszłości naszych arcydzieł, jakby te tematy przestawały być dla nas ważne. I fakt: przestawały. Mnie, odepchniętego przez poetkę, wessało w stronę felietonowego przekomarzania, w zbieranie owoców podróży po sobie, w częste przebywanie poza domem, spędzanie czasu w delegacjach, hotelach i na walizkach, w poznawanie tego i owego: bez robienia romantycznych planów; spontanicznie, ad hoc.

Z nim natomiast stało się inaczej: gdy w trakcie jednej z delegacji odwiedziłem go, zauważyłem, że utknął w codzienności namiętnych intryg. Zamarzyły mu się domowe obiadki, zapolował więc na coś przyziemnego, lecz urodziwego do leżakowania.

A po dokonaniu technicznego przeglądu awaryjnych bab, wybrał najmniej szkaradną i ochajtnął się po kryjomu. W wyniku czego wyłysiał na intelekcie, bo od kiedy przestał być singlem, zapadł się w sobie: a to rozwodził się o szefie, a to przeszkadzała mu słona zupa i tak drałował po nieszczęściach, uciekając w milczenie, w kontemplacyjną ciszę, w symulowanie, że jest szczęśliwy do bólu.

Ostatniego dnia, kiedy żegnaliśmy się i wyglądało na to, że rozmawiamy po raz ostatni, powiedział: wybacz, ale choć śledzę, co publikujesz, to sądzę, że tak się nie mówi! Tego się nie czyta! Za dużo belferskich pouczeń i stawiania do kąta zamiast posługiwania się wskaźnikiem, poziomicą, suwmiarką, cyrklem i linijką do bicia po łapkach.

Dodał, że jak już piszę te swoje smęty, choćby o upadku kultury, to powinienem zaznaczyć, o jakiej kulturze mowa, o parafialnej czy zagranicznej. Powinienem zejść na ziemię i nudzić prościej, bo kiedy mnie sylabizuje, to mu się kitwaszą pojęcia z wyobrażeniami; nigdy nie wie, czy bredzę na serio, lub czy dworuję z niego i jak ma stwierdzić, com spłodził: operetkowy dramat, powiastkę dla niewidomych okulistów, no i komu to plaży, w imieniu kogo bajtluję i czy mnie podniecają ciemne strony życia.

Poza tym wytknął mi, że stosuję za dużo metafor i słów nawalonego pochodzenia, uprawiam głównie żonglerkę, językowe zbytki, barokowe pląsy, a na dodatek używam przedawnionych fraz, które są ni w pięć, ni w dziewięć, co przyzna większość literatów. Jak chcesz, to pisz tą metodą, ale nie narzucaj jej innym.

Bez urazy, dorzucił, może komuś podchodzą tego typu numery, lecz na ogół jest to nudziarstwo bez przyszłości i głębszej wymowy. Im prędzej dam sobie siana i przejdę na owies, tym łacniej przyjdzie mi się uporać z faktem, że na własne życzenie skazałem się na frustrację und brak zrozumienia.

Udzielił mi też rady, bym przestał nawijać furt o cierpieniach i rozterkach, bo to go dołuje, nie ma ochoty myśleć o nich, a ja na grandę wpycham mu te poparzone refleksje. Za wszelką cenę, zmuszam go do męczących namysłów, gdyż jak po dniu przy tokarce siada do lektury, to nie chce mordować sobie pały jakimiś przerostami formy nad treścią, jakimiś supozycjami, niuansami, egzystencjalnymi anoreksjami, tylko od razu i konkretnie pragnie mieć jasność, o co biega, chce wiedzieć, że jest tak, a tak, tu poszedł, tam zaszedł, bez opisów przyrody i humanitarnych ściem: kawa na ławę. Domaga się precyzyjnego określenia sytuacji: jakiejś instrukcji zachowania, totalnej podpowiedzi, ma płakać czy śmiać się jak wampir nad pustą trumną.

Czego ode mnie oczekuje? Mam mu spłodzić jakiś poczciwy kawałek do trusiania. Dla odmiany coś przyjemnego i niech to będzie dla ludzi. To ich kręci, tego chcą w obiad, na kolację i zamiast mleczka do kawy. A nie wzniosłych bajań o skomplikowanej rzeczywistości. Chcą wytchnienia, zapomnienia o Bożym półświatku.

Ich marzenie, to uchachać się po całości, bo kiedy od bladego świtu muszą zasuwać przy taśmie, kiedy od upojnego rana wiedzą, że znów czeka ich młócka, to ani sił, ani ochoty nie mają na brandzlowanie powietrza.

Ja na to, że już Feynman rzekł: Bardzo łatwo krytykować to, co ktoś już zrobił i wyrokować, co powinien był zrobić. I, wystaw sobie, miał cholerną rację, gdyż dzieło literackie nie jest szczególikowym raportem policyjnym, a tekściarz nie pełni w nim roli stójkowego, cicerone, protokolanta czy innego nawigatora.

Nie ma przepisu, by autor podawał wszystko „na tacy”, wpychał czytelnikowi namiary na prawidłowe pojmowanie treści. Musi zostawić mu jakiś niełopatologiczny margines. Uwierzyć, zaufać mu, że ma wyobraźnię zdolną do samodzielnego rozszyfrowania utworu.

Jednocześnie przyznałem mu częściową słuszność, a mianowicie powiedziałem, że skoro klient ma zawsze rację, to trudno i darmo, niech będzie, co ma być, wezmę problem na klatę i jako firma usługowa, postaram się dociec, co można z tym fantem zrobić.

Zatem, kiedy odwiedziły mnie transy i olśnienia, nadałem sprawie bieg: z impetem staranowałem klawiaturę i na ośle pożyczonym od Muzy pojechałem po bandzie: wybabuliłem telegraficzne zdanie. Układne, swobodne, oczyszczone z refleksji, niemędzące i na zawziętym luzie.

A zachęcony jego lakonicznością, poszedłem za ciosem i strumień krótkich zdań przekolebał mi się z globusa na ekran. Były zgodne z jego zamówieniem: na golasa i zrozpaczone niczym podmiot wyzuty z orzeczenia; bez przydawek, wolne od opisów przyrody, wartkie i potoczyste jak bobslejowa jazda bez trzymanki.

Byłem dla siebie pełen podziwu, bo ów tak byczo rozpoczęty wątek – zresocjalizował się, odmienił, a pod moim oszalałym palcem nabrał cech zerojedynkowych. Ale już po pierwszym jego akapicie straciłem zapał do dalszego sztrykowania: oblazły mnie poprzednie wątpliwości, bo choć czytelnik mógł być wreszcie usatysfakcjonowany, to mnie zemdliło.

Marek Jastrząb

Pisarz, publicysta

Zbiór publicystyki Autora w Bibliotece Studia Opinii

do pobrania w formacie pdf

Print Friendly, PDF & Email